środa, 6 stycznia 2021

Kłaniamy się nisko

 

Nadzwyczajne Święto implikuje złożoną oprawę. Instrumentarium symboliczne twardym głosem domaga się redukcji nadmiaru tajemnic, znaczeń literalnych i synergicznych. Trzej Mędrcy, żeby kolejny raz mądrość własną (wiedzę plus doświadczenie) potwierdzić, zapadli naprzód w sen, by po chwili inną drogą udać się do ojczyzny. Jednej ojczyzny? Czy tylko jednej, wszak tradycja przypisuje im występowanie w roli tych, którzy jako wyprawieni z własnych ojczyzn, spotkali się niby szczęśliwym zbiegiem gdzieś po drodze. Ewangelista, wygadany zazwyczaj - wybitny specjalista od zawiłych enumeracji genealogicznych - zachowuje daleko idącą powściągliwość, jakby się chciał pochwalić: patrzcie, podziwiajcie: potrafię również tak! Trzeba, zaiste użyć wyobraźni, żeby ten ciekawy (najciekawszy bodaj) epizod Ewangelii Dzieciństwa wartościowo dookreślić. Niby co się wówczas działo, stało w Betlejem? Scenarzysta opery mydlanej z udziałem K + M + B w rolach głównych stanąłby wobec największego zawodowego wyzwania. Zobaczyli, uzgodnili, wyruszyli, idą, idą, idą. Nikt tego na dłuższą metę nie wytrzyma, nawet oni sami czuć będą, że ktoś ich stopniowo umieszcza i grąży w szufladzie z napisem: nuda. Nuda, nic się nie dzieje, żadnej drogi ni kurhanu. Jest tylko ona, przewodniczka: Super Nowa na ich prywatnym i wspólnym niebie. Na ich niebie i naszym. Ale komplikujemy, nie komplikujmy więc. Święty Mateusz niech odegra w tym przedsięwzięciu rolę zagubionej – szczęśliwie odnalezionej latarenki. Poświećmy więc sobie. Przede wszystkim nie mnóżmy bytów. Nie udawajmy, że obligatoryjnym świadkiem Pokłonu Trzech Króli był Święty Józef - słynny rejent Milczek, największy niemowa, od którego najwięcej spośród urodzonych przed Chrystusem zależało. Myślałem dzisiaj o tym, że Ewangelista celowo obecności Świętego Józefa nie potwierdza;  myślałem wówczas: gdzieś poszedł, nie dokądś poszedł sobie, ale poszedł gdzieś, powiedzmy: do pracy jakiejś poszedł, a to drew by mógł narąbać, a to koszyk upleść, by zarobić na utrzymanie, wszak opisana scena rozgrywa się w domu, już nie w grocie czy pod gratisową, falistą wiatą, przy której  lądują odrzutowce. Świętego Józefa wówczas nie było, był  - owszem - ale jego obecności Ewangelista nie zauważa. Stokroć ważniejsi są Mędrcy, Królowie, Magowie. Kłaniają się Dziecięciu i od razu zamiast kawki, herbatki o własnych Mu opowiadają kłopotach. Otwierają swoje skarby i wyjmują z nich... To dopiero, do tej pory myślałem, że przekazali Bogu, od którego pochodzi wszelka doskonałość, wypracowany i zaoszczędzony z trudem posag Syna Bożego, o którym mówili skromnie, aczkolwiek na czubkach palców: nowo narodzony Król Żydowski..

 Skąd znamy to sformułowanie? Oczywiście, z Golgoty. To tam dopełniła się ceremonia początkująca wieczyste Królowanie. I w Jerozolimie za Heroda i w Jerozolimie za Heroda innego królowaniu temu sprzeciwiać się będą, mordować zaczną, świadków likwidować, w ogóle do strasznych wydarzeń dojdzie. Mędrcy liczyli na audiencję. Liczyli i nie przeliczyli się. To było, przepraszam za trywialność, ich przeżycie pokoleniowe. Nawet bez specjalnego pouczenia inną drogą udaliby się do ojczyzny lub (zgodnie z wolą tradycji) ojczyzn. Jak o tym opowiedzieć w Jerozolimie, no jak? Wszak mieli wystarczająco wiele zapasu oliwy, żeby się przekonać o własnym  nadmiernym przywiązaniu do wygodnych sofizmatów; gdzie - na niebo otwarte - szukać nowo narodzonego Króla, jeśli nie w pałacu... Już podczas rozmowy z Herodem zdali sobie sprawę, że meldując się u niego, wybrali łatwiejszą drogę. W każdym z nas budzi się teraz odważnik ze szlachetnego stopu; myślimy, deklarujemy: ja to bym do Heroda nie polazł, sam bym wiedział, dokąd trzeba by, mnie tam potrzebna tylko gwiazda, nic mi po jerozolimskim GPS-esie. O tyle bym tę historię uprościł, Herod żyłby jak dotąd w błogiej nieświadomości przypisywanej wierchuszce elity narodu przysposobionego do systematycznego, sprawiedliwego ograbiania. Ktoś nowy, Ktoś nowo narodzony, Ktoś pełen królewskich aspiracji, będzie naturalnym wrogiem Heroda. Mędrcy pojęli to natychmiast, przypuszczam, że nawet wspólny każdemu sen ze specjalnym pouczeniem, nie byłby potrzebny. Opuszczali Betlejem z jarzmem słodkim i z brzemieniem lekkim, ubogaceni zrozumieniem. Wnet ich śladem wyruszy Święta Rodzina. Czy tym samym będzie kroczyć? Zapewne gdzieś tam kiedyś dojdzie do rozstania; kolejnego w długiej historii zbawienia. Do betlejemskich rogatek przemieszczać się będą tropem wytyczonym przez Magów. Każdy krok Mędrców zostawił, a ściślej: ustanawiał ślad, chcę przez to powiedzieć, że w symbolicznym rosarium, w którym się nagle znaleźliśmy, znaczy dosłownie wszystko, znaczy każdy szczegół, niuans. Nie mogło być inaczej. Spotkanie z Panem, który nas stworzył, jest doświadczeniem sycenia się istnieniem. Spotkali nie tylko nowo narodzonego Króla  Żydów, co byłoby zaledwie spełnieniem ambitnych założeń marszruty; spotkali Boga w kenozie i blaskiem promieniującego.

niedziela, 27 grudnia 2020

Opowieść o Tuwimie

 

Jolu, opowieść o Tuwimie za każdym razem zaczynam od przedstawienia tego epizodu. Odpowiednio koloryzując i akcentując. Suchy fakt: wziął - uratował naszym obecnym milusińskim niczego nie uzmysławia; dowiadują się i tyle, że wziął i uratował. Trzeba to opowiedzieć inaczej… Przyszedł, a właściwie wtargnął, wyzwał bolka od najgorszych, rozsiadł się za jego biurkiem, zzuł trzewika, walnął (antycypująco) obcasem w politurę - gest ten powtórzy nikita w oenzecie  - i wrzasnął: kurna bierut, czy ty chcesz w mordę? Czy dlatego tu przyjechałem, wróciłem, dlatego pozwoliłem wam brudne gęby moimi wierszami wycierać, żeby o takich rzeczach słyszeć, że porządnych ludzi przed ścianą albo pod stryczkiem się tu stawia? Natychmiast stąd wyjeżdżam i światu ogłoszę, jakie z ciebie zajęcze serce, jaki z ciebie gagatek, jakie z ciebie bydlę Tymczasem pełniący obowiązki /powinności głowy państwa ruszył sobie na odsiecz: a kim ty w ogóle jesteś Tuwim? za kogo się uważasz?  Pytasz - bolku - kim jestem, ignorancie od boleści siedmiu, powiem ci frajerze o zmurszałej cerze; otóż wiedz, że przed wojną za możliwość przyjęcia solidnego obsobaczenia ktoś taki jak ty musiał wnieść opłatę w walucie twardej, za łagodne przejście do fazy tolerancyjnego gaworzenia o pogodzie i sporcie musiał podstawić walizę pieniędzy, za pochwałę co najmniej tęgich kufrów cztery. Od ciebie niczego nie chcę, ciebie mógłbym nawet pochwalić, ale muszę mieć powód. Domagam się łaski dla tego człowieka. To bohater. Ocalił moją matkę. Spadnie mu włos z głowy, cały świat się dowie, jaki z ciebie obrońca pokoju! Ostatnie słowo: jaką jesteś wszeteczną świnią! 

Po wszystkim poderwał się z namiestnikowskiej żerdki i nie spuszczając wzroku z mordercy sądowego usiłował oślep trafić stopą do buta trzymanego dotąd za cholewkę.

Tutaj, natychmiast podpisujesz stosowny papier, prawo łaski bierut, dla tego człowieka, a gdyby znalazł się ktoś, kto dwudziestu lat nie przeżył, w lesie siedział, a teraz ma podobny problem, to dla niego też! Zrozumiano!?

Trzeba przyznać, że bez tej kody mógłby niewiele wskórać, ówcześni bardzo lubili stanowczość i bezceremonialność. Bardzo lubili, szczególnie w wariancie pozwalającym kojarzyć te cechy z czymś w masowej ilości niedostępnym. Samo podejrzenie o możliwość przejawiania zdolności rozumienia i rozumowania porównać mogli jedynie z czymś błogim, wdzięcznym, odległym. Sami się wszak nie certolili: ja cię tu nauczę!  - tak to wariant najłagodniejszy spośród! Jakimś sposobem – do końca jakim nie wiadomo - Tuwim miał tę potyczkę zaliczoną. Zostało mu przypilnować, aby zalakowana koperta z wykaligrafowanymi autografami pod aktami łaski dla pięciu bohaterów opuściła bezpiecznie próg gabinetu. Dopiero wtedy mógł zacytować w myślach treść poważnego postulatu, wysokiego, najwyższego z możliwych: „czym jest poezja, która nie ocala narodów ani ludzi, wspólnictwem urzędowych kłamstw, piosenką pijaków, którym za chwilę ktoś poderżnie gardła, czytanką z panieńskiego pokoju".  Jeżeli jest, jest i nie ocala, nic tu po niej, nic z niej, a bez niej jeszcze większe chwilowo nic. Julian wiedział, na jak wysoki słup się wdrapał. W bezsensie pogrąży się cała moja dotychczasowa, aktualna i przyszła pisanina. Niech mnie to ile chce, kosztuje. Idę tam. Ocalać. Nic tu po mnie.    

Jak tam ten twój Pan Buk?

 

Jak tam ten twój Pan Buk?  

dopytuje z przekąsem

domorosły dendrolog -

znawca teologii.

 

Co powiedzieć: przybywa,

darzy, wabi, owocuje,

na dobitkę ci powiem:

w kadrze się nie mieści.

 

niedziela, 20 grudnia 2020

Po pięćdziesięciu

 



Po pięćdziesięciu pięciu latach

za progiem, przed absydą,

do której mnie doniesiono,

abym został przyjęty i otoczony.

 

Wszedłem tym razem

o własnych siłach.

poniedziałek, 14 grudnia 2020

Nie myśl że mu zazdroszczę

Nie myśl że mu zazdroszczę

projektowi wywiedzionemu z marzeń

katalogowi cnót

i wzorowych reakcji

instrumentaliście multi

zapodzianym liściom

akceptowanych bukietów

i utarczkom krótkim

schnącym niczym papier

czułego wdzięku odbiorcy

amatorowi schadzek i spacerów  

podeszwie szytej na miarę

bardziej niż człowiekowi zazdroszczę odzieży

i powietrzu i wodzie która objąć ma cię

daruj sobie powiastki bery o etacie,

domowego lokaja, którym będę, jeśli…

daruj wklęsłą formułę solennej odmowy

niczym decyzja banku

i bez tego będę

i bez zazdrości rzeczom

miejscom człowiekowi

sobota, 12 grudnia 2020

Lubię moment

 

                Lubię moment


Lubię moment, po którym następuje zmiana,

po którym nie powróci, co bywało kiedyś,

ciekawość, błysk, wdzięk, talent zasnęły za nami,

już o błahe fantomy zahaczają pięty.

 

Niby dlaczego lubię, zapytuję siebie,

ku marnym niedopałkom obracając oczy,

ten moment jest jak śmierć, droga bez powrotu

albo puszczanie wody, twardy sen po zmroku.

 

Czekam na przypomnienie

przebrzmiałej tortury, może

dlatego lubię w wersji łagodzącej

 

jeszcze raz przeżyć grozę, noc i czarne słońce,

zuchwałej  przedmaterii wyziewy gorące. 

czwartek, 10 grudnia 2020

Odbierał zasłużoną nagrodę

 

Odbierał zasłużoną nagrodę, ekwiwalent w imieniu tylu do żywego dotkniętych, działo się to jednak poza nami, byliśmy przy Tobie oddawanej ziemi, zajęci Tobą aniśmy spostrzegli, że ktoś tam gdzieś się kłania, strzela lakierkami;  całkowicie zajęci brakiem nagłym w nas. Po roku, po dwóch dotarło echo tamtego wydarzenia, chcąc je dopędzić, rzuciłem się oślep, wysnuwając z wnętrza stokroć więcej niż chce przyzwoitość. Miałaś rację Babciu, Achilles nie dogoni żółwia - ani w tym, ani tamtym życiu.

 

 


Kontekst "Potęgi smaku".

  Intuicja wyprowadziła mnie na manowce rozważań dotyczących wyglądu, potęga potęgą, smak smakiem, ale jak - pytałem po kolejnej, kolejnej l...