Z wierszy tkany śmiech
sobota, 29 listopada 2025
niedziela, 2 listopada 2025
Bardzom tego ciekaw...
Bardzom tego ciekaw,
bardzom, bardzom. Powroty do przerwanych nagle rozmów. Pamiętam, w dniach
ostatnich dzwoniła Kasia, nie odebrałem, nie zdążyłem, nie podniosłem...
Oddzwaniam i oddzwaniam. Puste milczenie między przywoływaniem dzwonka było mi
odpowiedzią. Czekałem chwili, gdy procedurę przywołania przetnie bezduszny
klaps i breweria nieznośnej zajętości. Wrócimy do tej rozmowy, wiesz Kasiu, do
tylu, tylu rozmów, tematów, wątków. Jeśli to prawda, że drzewa chłoną melodykę
naszego śpiewu, krzyku, wrzasku - uszanujmy ich kruchość i to, że będą chciały
służyć kolejnym pokoleniom i tym, które nastaną po nich.
Obietnica nawiązania
relacji, odnawiania relacji wykluczającej konieczność autoprezentacji, jakbyśmy
na czole mieli pieczęć: ładną i prawie niewidoczną; powoduje we mnie potrzebę
bycia przynajmniej w miarę dobrym, czyli wystarczająco cichym, żeby nie spłoszyć
i nie rozproszyć bliższych i dalszych 🌿🙏⛵
niedziela, 13 lipca 2025
z Dantego Alighieri, La vita nuova. Sonet II - naśladowanie
z Dantego Alighieri, La vita
nuova.
Sonet II - naśladowanie
Przebiegli, bo pobiegli
ścieżyną miłości,
Ku płytkiej namiętności kroki
obracają.
Przystańcie i choć jednym zaopatrzcie
okiem
Tę ranę, co mi sadze afektu
zadały.
Wyłożony ciężarem korzec
utrapienia.
Amor – satrapa łaski – okruszyną
wabi,
Cudze wieści odbijam, bym
się nie udławił
Wyławianiem radości
przebrzmiałego pienia.
Odeszły, odpłynęły - przepadam
bez winy.
Smutny i onieśmielon osaczam
godzinę
Chłodem niemej obręczy, co złotą
się zdała.
Znów dłonie kładę w zawój, znów
tuszę: za mało,
Nawet resztek nie znajdę dawnego
wzruszenia,
Znów szepczecie, żem wesół snadź
od urodzenia.
środa, 2 lipca 2025
Poetka na sto dwa
Poetka
na sto dwa.
Dwójka w życiu i biografii literackiej Wisławy
Szymborskiej to liczba naznaczająca wielowymiarowo i głęboko. Dość powiedzieć,
urodziła się jako druga. To dużo, bardzo dużo. Zatrzymałem się obok punktu
wyjścia na szerokie morze nie bez przyczyny. Obchodzę w zamyśleniu wspomnienie
sto drugiej rocznicy urodzin Damy Poezji Świata – poetki na sto dwa. Postępujmy
skupieniu, lecz bez pomp i pompek. Nie ma powodu nadymać niegdysiejszych
szuflad. Należą się jej słowa czci i zrozumienia. I wdzięczności. Wisławę
powszechnie świat kojarzy z wierszami ku czci. Skaranie Boże, utrapienie
wielkie. Napisała. Napisała też wiersz określany w refleksji metaliterackiej
mianem: „sierotka”. Wiersz zagubiony w szufladzie, przy którymś sprzątaniu odkryty;
pisany pewnie od niechcenia, na kuchennym stole, pośród zaniedbanych ingrediencji
potraw i wzgardzonych przypraw. Napisała i odłożyła. Po miesiącu przeczytała
dwukrotnie i pomyślała, że wymuszony post lub ściślej: niejedzenie ma prawo
domagać się czegoś bardziej odświętnego, czegoś poprzedzonego żmudnym badaniem
źródeł, wertowaniem bibliotek; własnych, cudzych, publicznych. Nic
wartościowego w wypowiedzi wyrosłej wyłącznie z domysłu i popuszczania
wodzy, absurdalnego ciśnienia dopominającego się dyscypliny stroficznej i wersyfikacyjnej.
Tym wierszem – ożywiła przekonanie – nie zmażę obłapiającego mnie odium skryby
na usługach. Zawsze będę – myśli sobie – defilować pod transparentem uproszczeń.
Z drugiej strony marna to zasługa bojki przy nadbrzeżu, ale ten skandal na tyle
się skurczył, że mógłby się sprawdzić w roli deski ratunkowej, kółka z pianki,
solidnie splecionej, ugniecionej linki. Albo wabika. Bo dzisiaj do poezji
trzeba wabić, obiecać coś, co wykracza daleko poza konkret skupienia na
czynności czytania lub słuchania. Czy kiedykolwiek było inaczej? Pytam,
jakbym miał pretensję do przeszłości, która nie ocaliła poezji figurującej w
roli sprawczej i porządkującej. Na tym odcinku nic się nie zmieniło, przybyło
jedynie bodźców i rozpraszaczy, informacyjnej plewy i metod reifikowania wszelkich
przejawów życia, i przemieniania człowieka myślącego w durnia. Z tego wypada się
otrzepać w trakcie czytania, deklamowania wierszy i rozmyślania na ich temat.
Poetkę kojarzę z jednym jedynym
ważnym! Z okolicznością posłużenia się tomem: „Ludzie na moście”. Wszedłem w
posiadanie skromnego tomu (każdy wiersz to arcydzieło!) za sprawą ofiarności
profesora Aleksandra Nawareckiego. W jednej z księgarń wyłowił „Zmęczenie”
Bronisława Maja a w drugiej wspomnianą książkę Szymborskiej. Wyłowił, uregulował,
wręczył: „proszę, to ode mnie, przeczytaj przy sposobności”. Aleksander był
wówczas magistrem, prowadził konwersatorium z poetyki. Występowałem wówczas w
roli kandydata na studenta drugiego roku filologii polskiej. Obaj byliśmy przed
czterdziestką. „Zmęczenie” przyjąłem od razu. Pierwotnie jako sposób radzenia
sobie z własnym albo metodę na własne. Szymborska, niczym długoterminowa lokata,
czekała chwili wyczerpania się mniej lub bardziej drastycznych środków do stosowania
przy zapaleniu oskrzeli. Instynktownie zacząłem czytać, zacząłem z wielką
nieufnością, jako tako wspieraną autorytetem sytuacji wejścia w jej posiadanie.
Skoro Aleksander ofiarował i polecił, to dlaczego niby opieram się dotąd i do nadal
stawiam… I się zaczęło. Po godzinie czułem, że jestem beneficjentem szlachetnej
fiesty. Po dwóch stwierdziłem, że zdrowieję! Pomyślelibyście? Czy książka, czy
uważna, aktywna lektura może leczyć? Wysoki ustanowiłem pułap. Absurdalnie
niedostępny, zastrzeżony. Innego nie ma, jak świat światem. Poznanie i terapia.
Nie śmiej się nadęty groszorobie, obsrana szczekaczko dentystycznych poczekalni,
producencie słownego chwastu, który za nic masz, że twoje wymiociny trafiają
mimowolnie do uszu najmłodszych, zapychając wyloty drogocennej jaźni i
wyobraźni. Na to wszystko jedynym lekarstwem poezja. Wiersze z tomu „Ludzie na
moście” nade wszystko i przede wszystkim. Teraz się zastanawiam, jakim kanałem
mogłaby dotrzeć do Poetki informacja przed chwilą zaprezentowane, ostentacyjne wyznanie:
twoje wiersze leczą! Przecież miałem okazję. Tak, ale wtedy akurat gotowa byłaś
słuchać nie mnie a cudzej trąbki. Żywię przekonanie, że specyficzną właściwość
Twojej liryki uzmysłowiły reakcje odbiorców bliskich i wiarygodnych. Czym
się tu zatem przejmować. Już wiesz.
sobota, 31 maja 2025
Alicja i przyjaciele w Teatrze Śląskim. Nareszcie!
„Alicja w krainie czarów”. Premiera
spektaklu w Teatrze Śląskim. Lewica, prawica, centrum – wszystko we mnie
pracowało; zgodnie, radośnie, z przytupem. Znakomita realizacja ambitnych
pomysłów. Daj Boże przedświt tego, czego widz oczekuje od przedstawienia,
każdego przedstawienia! Mam na myśli ogół faktów scenicznych poprzedzonych
pracą ze słowem. Słowem eksplikującym przesłanie podporządkowane regule
scenicznego przywileju. Zaskoczyła mnie rezygnacja z eksponowania ścieżki
dialogowej w postaci wyświetlanych kwestii poszczególnych postaci. Koncepcję
reżyserską ufundowało przekonanie, że słowo zawsze da sobie radę. W kontekście
specyficznego tworzywa zamysł nadaje wyborowi walor heroiczny. Specyfika polega
na wyłączeniu czy sparowaniu pojedynczej i rozbudowanej semantyki. Dzieło
Lewisa Carrolla spowijała pierwotnie szara, mglista, nieświeża prawidłowość
przesądów epoki wiktoriańskiej. Swoim
dziełem Lewis Carroll sprzeciwił się organizatorom świadomości zbiorowej
kolejnego etapu uprzemysłowienia; sprzeciwił skromnie i konsekwentnie. Zamiast
języka, który mówi z nami, ponieważ jest częścią zbiorowej wyobraźni,
otrzymaliśmy na powitanie możliwość kontaktu z kodem szukającym odrębności. Teatr
Śląski im. Stanisława Wyspiańskiego w Katowicach kultywuje zwyczaj inicjowania serii
zróżnicowanych zdarzeń scenicznych długo przed pierwszym dzwonkiem.
Zaskoczonych widzów zaczepiały, emablowały, prowokowały multiplikacje Białego
Królika jeszcze przed wejściem na widownię. Największe mimo wszystko
zaskoczenie wywołała postać oblegająca krawędź sceny. Spod warstw sierściuchowatego
kostiumu wydobywała się wyzbyta wszelkiej fatyczności recytacja
najsłynniejszego poetyckiego fragmentu „Alicji…”. Z dziką satysfakcją wobec
najważniejszej osoby oraz grona towarzyszącego nam na widowni recytowałem
kunsztowne, koronkowe, spiżowe frazy wiersza o Jaszmijach smukfijnych. Moment
rozciągał się niczym surowe ciasto na stolnicy. Zgromadzonych ogarniał zwolna
niepokój, przejmował rodzaj niesprawiedliwie obecnej tremy, eksplikacja obawy poprzedzającej
wejście w dławicę aporii. W tym momencie uroczyście zapewniam, że samo
brzmienie sformatowane w postaci pętli przywołało cudowne, najcieplejsze
wspomnienia młodości uczniowskiej, studenckiej i nauczycielskiej. Miarą radości
było jednoczesne recytowanie fraz wyzbytych oczywistych znaczeń. Lewis Carroll zamierzał
udowodnić, że słowa, a nawet związki leksykalne, wyrazy gramatyczne, układy
syntaktyczne, zdania, akapity mimo narastającej i pęczniejącej asemantyczności należą
do języka. Mimo niespójności znaczeń i rozrastającej się polisemii nie można
składników kunsztownego komunikatu wyprowadzać poza gramatykę. Nauczycielska młodość,
dawne dobre czasy, zaznaczyła się udziałem w roli autora zestawu maturalnych pytań
egzaminacyjnych. Z braku ciekawszych pomysłów poleciłem przystępującemu (ilekroć
wylosuje rzeczony zestaw) ustalić parametry gramatyczne form składających się
na cytat z „Alicji…”. Wyrywnym postępkiem naraziłem wicedyrektor Danutę - przewodniczącą
komisji – na zgrzyt i desperację. Niech pan natychmiast usunie to pytanie z zestawu,
nie daj Boże jeszcze ktoś wylosuje i dopiero będzie. Ale przecież nasi
absolwenci… Nie zgadzam się (dostrzegłem błysk ostrza katowskiego topora) niech
pan będzie łaskaw usunąć, zlikwidować cały zestaw. O jest egzamin… maturalny z
języka polskiego! A nie z fizyki kwantowej.
Na żądanie zareagowałem jeszcze większym,
jeszcze godniejszym przywiązaniem do: świdrokęrtów, zagewników i
smutcholijnych peliczapli. Chciałbym wprowadzonym wątkiem zapewnić Justynę
Łagowską - autorkę koncepcji scenicznej, scenografa i reżysera, że najwyższa
troska o dobrostan idealnego odbiorcy to latarenka w pęku kluczowych koncepcji.
Warto założyć, że na widowni miejsca wysokie lub niskie zajmują osoby, które na
spektakl (proszony lub z łapanki) przybyły celem umocnienia więzi z tekstem
stanowiącym punkt wyjścia libretta lub postacią wiodącą czy grupą bohaterów. Zdaje
się, na czymś takim zależało koryfeuszom teatru światowego. Wyobrażenie widza –
znawcy lub odbiorcy, który wie, pułapem kaloryczności przekracza rozmiar czapki
pełnej pieniędzy. Pani Justyno, proszę pamiętać, że w gronie zaproszonych na
premierę i spektakle popremierowe może się znaleźć na przykład profesor Tadeusz
Sławek. Nie napisałem tego po to, by – Boże broń – straszyć osobą profesora.
Wręcz przeciwnie, napisałem po to, by podkreślić znaczenie obecności godnej i
zdolnej pozycjonować wartość przedstawienia. Nie ma nic piękniejszego nad widok
wysokich drzew w krępym lesie. Jeśli jakimkolwiek kanałem dotrą te słowa do
Dariusza Chojnackiego, kreującego rolę Kota i Niby Żółwia, nich ożywią wyczekiwaną
pewność, że się nie spinał, trudził, powtarzał po próżnicy. W postaci tytułowej
można się wręcz zakochać. Uwielbiam takie właśnie wejścia i osadzenia w roli.
Rewelacyjny, jak zawsze i w przyszłości, Paweł Kempa – wysoki, światowy poziom
epizodu z Jajem Bajem. No i nieoceniony, wprost do wyściskania, Marcin Gaweł –
wielka, może największa nadzieja Teatru Śląskiego. Premierą „Alicji w krainie czarów”
zespół Teatru Śląskiego poprzez: koncepcję, reżyserię, scenografię, kostiumy, makijaż,
ruch sceniczny, funkcjonalne i proporcjonalne wspomaganie akcji głównej
rekwizytem wideo, oprawę muzyczną, nienaganną dykcję, wchodzenie w rolę,
wychodzenie z roli – udowodnił, że w Katowicach można się spodziewać
przedstawień na miarę wielkości i prawdziwego zdarzenia. Oby tak dalej!
Wywołane
„co dalej” przekształćmy w: „co nadal”? Nadal należy sięgać po wspaniałą,
genialną literaturę, by odpowiednio przystosowywać ją do roli źródła libretta
przedstawień. Zatem: precz z efemerycznymi bukietami bezsensu! Precz z
eksperymentami spod znaku gier wideo. Won z przekonaniem, że ruch sceniczny
zastąpi kwestie wyściełane po czubek subtelnym głosem. Po raz pierwszy od
dłuższego czasu na pracę zespołu reagowałem długo i oburącz. Ad multos annos.
poniedziałek, 5 maja 2025
Źródło nadziei w czasach trudnych dla człowieka.
Źródło nadziei w czasach trudnych dla
człowieka.
„Nadzieja zawieść nie
może” – rozbrzmiewa proklamacja zawarta w liście apostolskim Św. Pawła; skoro
tak, jej indywidualną, osobniczą rangę pragnie podnieś do poziomu
przekraczającego standard wielu, bardzo wielu charyzmatów. Podnosi i sytuuje w
zestawie cnót kardynalnych. Sytuuje pomiędzy wiarą i miłością. Symbolem nadziei
jest kotwica, wykaz średniowiecznych alegorii przypisuje jej kolor zielony –
chlorofil odrodzenia i wychodzenia ze stanu zapaści, letargu, sytuacyjnej komy.
W poemacie „Ziemia jałowa” T.S. Eliot przypisuje opisaną sytuację jednej
dwunastej roku kalendarzowego. Przypisuje i jednocześnie oznacza epitetem:
„najokrutniejszy”. „Najokrutniejszy miesiąc to kwiecień”. Kunsztownie wydrążona
fraza nadaje mu atrybut pozwalający połączyć „z pamięcią pożądanie”,
zaniepokoić bezduszną nieobecnością pewności, obandażować ją właśnie nadzieją.
Nadzieja się zjawia, gdy pewności brak, a tacy, którzy ją za nic mają,
zasługują na lekceważenie i pogardę. Nadzieja nie lubi, gdy się z niej
kpi, gdy się ją emabluje tytułem: „matka głupich”. Zaiste marny los bez deka
ufności.
Literatura polska to
wielkie, głębokie, przegadane i zakurzone repozytorium nadziei. Już w średniowieczu
w kontekście kardynalnych cnót zdobywano się na maksimum oryginalności. Jeżeli genialny
twórca lub genialni twórcy „Bogurodzicy” zrezygnowaliby z tego, co
swojskie, rodzime, organicznie skojarzone i powiązane z plemionami
posługującymi się mową polską, wymowę tego utworu rozproszyłaby esplanada
efektów specjalnych. Tymczasem zaczyn, a mówiąc ściślej „przedczyn”
polskiej literatury, wyłonił się z predylekcji teologicznych, instynktownie
podejmujących temat nadziei w trudnych czasach. Zanim pojawił się zapis, istnieć
musiał zamysł deklaracji programowej. Mądry twórca wiedział, że „zbożny pobyt”
to zaledwie formuła wariantu losu, którego nie dostrzeżemy, nie dostąpimy
wyłączając udział pomocy nadprzyrodzonej.
„Ty mnie przy sobie postaw, a przezpiecznie/ będę wojował i wygram statecznie” –
sparafrazuje treść średniowiecznej prośby wielki poeta pogranicza renesansu i
baroku - Mikołaj Sęp Szarzyński. Przywołane teksty stanowią cząstkę gigantycznego
zbioru myśli podejmujących krytycznie (czyli opisowo) fenomen trudnych czasów. „Bogurodzica”
ów stan ostrożnie antycypuje, sonet z nurtu metafizycznego odnosi do fanaberii
doświadczania niemocy i pomocy. Bez nadziei ani do proga. A co na ten temat
inni? Ojciec poezji polskiej występował często w roli propagatora nadziei w
życiu publicznym; odwoływał się do niej, rozpatrując, dzieląc niczym włos na
czworo, dylematy polityczne. Szykować się czy może poczekać na decyzję półmiska?
Gotować się orężnie czy może posiłkować sprytem? Czy każdy, kto potrafi dostrzec
niedorzeczność i nielogiczność działań sprawujących urząd, zajmujących miejsce
Boga na ziemi, ma obowiązek nad własny honor, dobre imię ojczyzny wynosić? Pytania,
dylematy unurzane w konfiturze z klauzulą pierwszej świeżości. Słyszy się,
coraz częściej się słyszy, że trudne czasy to dzieło słabych ludzi. Weźmy na tapet
ową słabość i pomedytujmy chwilkę… Do czego się wywołana słabość sprowadza? Do
słabości woli, do szukania wygody, do unikania konfrontacji, do maskowania wewnętrznych
intencji? Do hipokryzji w relacjach z głosem Boga i głosami ludzi? Na tym ta
słabość polega; słabość, która jest fundamentem i osnową trudnych czasów.
Jednym z przykładów trudności jako takiej jest ciąg epizodów ilustrujących
dramat utraty niepodległości. Onegdajszy faworyt, który w bitwie pod Wiedniem
wybił z głowy Turkom pomysł opanowania chrześcijańskiej Europy, staje się po
niespełna dwustu latach kawałkiem sukna do rozdarcia. Paradoks sytuacyjny,
czego między innymi dowodzi biografia i twórczość Mickiewicza, polega na tym,
że kulturowi spadkobiercy przegranych spod Wiednia stali się przeciw Rosji
naszymi sojusznikami i sprzymierzeńcami. W Turcji, która nigdy nie uznała
zaborów, zapamiętale czekano na posła z Lechistanu. „Gładź dróżkę jak po duszy,
a bij jak po szubie”. Czy tego typu podejście nie powinno opuścić wreszcie zaciągające
stęchlizną regały politycznego panoptikum? Czy zawsze oba końce w wodzie?
Miejmy nadzieję, nie tę lichą marną, że wyzbyta z drętwego i wygodnego
serwilizmu podmiotowość polityczna, pozwoli przynajmniej zaistnieć bohaterom
trudnych czasów. Niech się to odbędzie pod auspicjami nadziei, która zawieść
nie może. Źródłem nadziei jest mądrość, pochodna myślenia, efekt łączenia
wiedzy z doświadczeniem. Czasami w literaturze upolujemy i taką – dumną i niezmęczoną
namysłem frazę – „ja z synowcem na czele i jakoś tam będzie”. Otóż nic z pięknem
uwodzącego bukietu słów. Formuła może dotyczyć kwestii istotnych, ale bez
większego znaczenia. Dobrze postąpimy, gdy przypiszemy jej odpowiednie miejsce.
Nadzieja nasza ma tymczasem
z nami niełatwo. Czuje się wśród nas nieswojo, niewyraźnie. Pragnie, by pokochali
ją mądrzy. Niestety, mechanizm polskiej kultury ustawiono na program: mielenie.
„Daj ać ja pobruszę, a ty poczywaj”. Mnie pozwól kręcić, mielić, omłotu dodawać
– a ty odpocznij. Odpocznij nieco. Z nadzieją w sercu. Zaiste nic z tego.
I jeszcze mi smutniej, i jeszcze mi trudniej.
niedziela, 13 kwietnia 2025
Opowiem wam o Kasi
Opowiem wam o Kasi
Ręce i nogi
ludzkiego plemienia sprawca zbawienia
Uciekam w milczenie, w bezruch
zdziwienia i zadziwienia; jakbym rezygnował z prawa do myślenia o tobie,
do mówienia i pisania. A jednak nie powinienem milczeć o przejawach łaski losu.
Pięknie, przepięknie wspominałaś Umarłych. Nigdy jak o nieżyjących, zawsze z obfitości
doświadczenia i przyjmowania darów. Ciocia Ewelina - wspominana zdecydowanie najczęściej.
Zawsze wywoływana w chwilach wychodzenia z niewiedzy i zagubienia. Teraz,
dopiero teraz mnie olśniło; twoim życzeniem stało się pragnienie, abym, gdy
będę opowiadał o tobie, pamiętał, co mówiłaś o niej. Ewelina zawstydzała bezzasadną
żarłoczność trywialnej hiperboli, jej portret z okładem przekraczał jej ramy. Zdobywała
się na wzniosłość, by po chwili zatkać usta słuchających zapowiedzią wyjazdu wymuszonego
pilną potrzebą nabycia futra. Jedno i drugie z równą ostentacją otwiera inkrustowane
podwoje i zgrzebne wentylacyjne otwory kultury wzniosłej i osadzonej. Wyznaliśmy
kiedyś, że jesteśmy poetami jezior. Jeśli nie jezior to zapewne stawów – zdobyłem
się na dowcip. Wspólną fotografię zrobiono nam na moście. Pod nim snuła się
wolno, coraz wolniej gęsta zawartość jednego z bypassów Odry. Nie lubię tego
miasta, ale w żadnym innym nie zobaczymy tak wielu przejawów szaleństwa rokoka.
Pomysł narodził się nad wodą. Wpatrywaliśmy się poruszenia mokrego grzbietu. Umiejscowiono
ławkę z myślą o dostarczaniu zamorskich widoków zażywającym relaksu na siedząco.
Czy cię to nie przekonuje do tego miasta, do serdeczności municypalnej władzy i
zawsze oddanych obywatelom urzędnikach średniego szczebla, niewybieralnej,
odpornej na kaprysy i fanaberie ludzkiej menażerii… Takiego czegoś w twoich
ukochanych Mysłowicach nie zobaczysz… Wygląda na to, że nie znasz Mysłowic.
Zaiste, to miasto ma jedną gigantyczną zaletę. Ciekawe jaką? Dało nam ciebie. Może
wystarczy tego dobrego, wracamy? Zobacz i posłuchaj, co się tam wyprawia na
ścieżce z asfaltu. Poczekajmy, nie spieszmy się. Gromu się nie bój, Ewelina
mówiła, że bać się powinni jedynie osobnicy bez sumienia. Po raz kolejny, nie
pamiętam który, chciałem cię objąć. Zawsze jednak, ilekroć twoimi ustami władał
cytat z „Księgi mądrości ludzkiej” konstatowałem, że będę musiał otoczyć ramionami
jednocześnie ciebie i Ewelinę. Otoczyć ciebie i marzenie o tobie.
Tego dnia nabrałem pewności, że
nie mogłaś, jak zdecydowana większość urodzonych, przeskoczyć barierki ścieżką
natury. Zostałaś nam zadana i podyktowana. Cdn
-
„Alicja w krainie czarów”. Premiera spektaklu w Teatrze Śląskim. Lewica, prawica, centrum – wszystko we mnie pracowało; zgodnie, radośnie,...
-
Źródło nadziei w czasach trudnych dla człowieka. „Nadzieja zawieść nie może” – rozbrzmiewa proklamacja zawarta w liście apostolskim ...
-
EWOLUCJA JERÓW Jer twardy: ъ w pozycji słabej uległ zanikowi. Jer miękki: ь...

