środa, 28 października 2026

Kontekst "Potęgi smaku".

 

Intuicja wyprowadziła mnie na manowce rozważań dotyczących wyglądu, potęga potęgą, smak smakiem, ale jak - pytałem po kolejnej, kolejnej lekturze - najważniejszego wiersza prezentuje się twarz, sylwetka, powierzchowność osoby, której Mistrz dziękuje za opiekę w zawiłych, ciężkich, szarpanych czasach. Z tego wiersza wyniosłem bezcenną - okaże się - naukę rozjaśniającą zjawisko relacji między nauczycielem a uczniem. Zauważyłem ogniotrwałość gestu wybrania, którego dokonuje niezgłębiona intuicja Nauczycieli i Nauczycielek; intuicja preferująca korzystanie z obfitości najrozmaitszych kostiumów, masek, rekwizytów. Cała ich mądrość w tym, że potrafili odróżnić status uczniowskiej brzemienności od próżni. Tylko medycyna, zaraz medycyna, zajawka spojrzenia wystarczy, by stwierdzić ów stan zasadniczy, czyli ontologiczny, to znaczy taki, który zmienia wszystko wokół. Herbert wiedział, że wiersz - nawet taki - nie wyrówna drobnej cząstki obowiązkowej należności. Mimo wszystko porzucił inne zajęcia, osłabił ku czemuś innemu skłonność, zamiar, zwalczył arogancję dyktatu nowoczesności, mającej gest pisania z myślą o kimś, z myślą, by kanoniczny efekt tej właśnie osobie dedykować; pomyślał, z marynarki strącił strzępek i napisał wiersz - latarnię, co nie tylko żeglarzom, ale i lądem podróżującym świeci. Pamiętam, że wiersz ów przejął mnie natychmiast w całości. Z przywiezionego przez Ojca "Raportu z oblężonego miasta" miałem pożytek niezrównany. Pogodne popołudnie, skwer na Diablinie - tak o tym miejscu mówiła Mira i jej koledzy - zajmuję twardą ławę, czytam, czytam, szukam pomocy, wyjaśnienia. Wokół drzewa, krzewy, ścieżki, kwiaty. Pomyśleć, przed niespełna rokiem uważałem Herberta za kogoś, kogo łatwo można opanować krawędziami szuflady, zestawić, opanierować, rozwiesić na sznurku z bielizną. Tym razem opór i nieoczekiwany smutek braku zrozumienia. Zbiór wierszy niemych i bez uzasadnienia. Czy pierwszy raz w życiu przyszło mi stwierdzić, że na lekturę czasu szkoda... Bynajmniej. Szczęściem zaopatrzył Poeta jaskinię, po której oprowadzał w symetrię strzałek, myślników, kółeczek, podpowiedzi. Wierszem spełniającym rolę zbiegowiska klarownych odnośników była "Potęga smaku". Izydora przywołana w dedykacji, przywołana z w pełni zasłużonym tytułem i nazwiskiem brzmiącym i wyglądającym dziwnie, uzyskała nagle rangę impulsu siły elektromotorycznej stymulującej potrzebę kolejnego odczytania. W encyklopedii o adresatce wiersza ni śladu, we francuskich gazetach co najwyżej jakieś drobne wzmianki w pomijanych zwyczajowo przypisach. Kim jest pani Izydora? Właścicielka osobliwego, odstraszającego imienia. Pijani (szczęściem) ojciec z matką postanowili narodzoną przed chwilą sumiennie zabezpieczyć przed chłopakami z placu, pola, podwórka, sieni. Postanowili wyrwać pociechę z objęć pospolitości, skojarzyć z nazwiskiem wymierzonym w pospolitość. Praktyka życia zrobionego, wydrukowanego, zaprojektowanego w postaci zajmującego, obezwładniającego skryptu. I od razu pytania, lawina pytań: kiedy i gdzie Zbigniew Herbert poznał Panią Profesor? 

W jakich pozostawali relacjach? Jak mogli wyglądać na sali wykładowej, w gabinecie podczas składania egzaminu, na peronie dworca w trakcie kompletowania listy uczestników wycieczki? Są jakieś okoliczność, które składają się na całość. Przecież istnieć musiały. Skoro musiały, to i były. Gdzie one teraz? Zachodzę w głowę. Dzisiaj, w kolejnym dniu nowenny poprzedzającej setną rocznicę urodzin Zbigniewa Herberta, na życzliwej, pełnej smaku stronie odnajduję fotografię Wielkiej Tajemniczej Uczonej. Z tej twarzy wyłania się wszystko na jej temat. Wszelkie radości i frasunki, dowody potęgi i palców łamania. Intuicja podpowiedziała już wtedy, że wyglądać musi jak Antygona, jak Marysia. Jak Simone Weil.

czwartek, 22 października 2026

"Lalkę" oświetlam z czterech perspektyw...

"Lalkę" oświetlam z czterech perspektyw: serialowej, literackiej, percepcyjnej i partykularnej. Pierwotną, zasadniczą i określającą jest perspektywa serialowa, którą dane mi było zachwycić się w drugiej połowie lat siedemdziesiątych minionego wieku. Kolejny odcinek "Lalki" w reżyserii Ryszarda Bera stanowił podwalinę rodzinnego święta. Czekaliśmy na kolejny i kolejny, i kolejny odcinek z oskomą spragnionych najlepszego na świecie sernika. Być może wywoływanie atmosfery rodzinnego skupienia stanowiło najcenniejszy profit cotygodniowej projekcji. Chłodny, surowy monochromat wyzwalający feerię barw domyślnych uznałem za najlepsze, co mnie mogło spotkać w zakresie gry o zrozumienie świata przedstawianego i kierunkowanie sympatii bądź niechęci. Monochromat - jedyna oferta szklanego odbiornika uzurpującego kompetencję nadajnika - otrzymała, chcąc nie chcąc, rangę wielkiej, największej do pomyślenia metafory. 

 

Otrzymaliśmy nie tylko wizję, obraz, ale nade wszystko barwę świata, pikanterię kolorów w obrębie możliwie najszerszego, w istocie ostro zawężonego pasma bieli, grafitu i czerni. Zdumiewał mnie już wtedy spójny pod każdym względem dobór detali, przebogate dostojeństwo szczegółów funkcjonujących w ramach planów zamkniętych oraz otwartych do połowy i na oścież. Kamera w pomieszczeniach czuła się doskonale, a operatorzy światła potwierdzili najwyższe zdolności zawodowe. Profesjonalny montaż, znakomity, wierny powieściowej chronologii scenariusz, spójny i wyrazisty scenopis. 

 

O słuszności przed chwilą wypowiedzianej obserwacji przekonam się dopiero na trzecim roku studiów. W kochanym elzecie wiedzę o powieści, a ściślej wyartykułowanych w niej problemach, czerpałem z bezkonkurencyjnego serialu. "Lalka" uczciwie odczytana to doświadczenie stanowczo zbyt późne jak na personę aspirującego do roli polonisty. Na szczęście się zdarzyło! Już podczas pierwszej bezinteresownej lektury, gdy nie musiałem zajmować się lepieniem ze słów wizerunków i powierzchowności lubianych i nielubianych postaci, odkrywałem z rosnącym zdziwieniem literackie calizny, wypełniacze fabuł, krople zużytego bezsensownie atramentu. Już wtedy "Lalkę" utożsamiałem z wykładnią i efektem zobowiązań społecznych pełniących rolę furmana, kelnera i maszynisty procesu twórczego. Już wtedy, chcąc Aleksandrowi Głowackiemu oszczędzić wstydu, ze dwadzieścia stron surowego tekstu wyekspediowałbym w kosmos a dziesięć jeszcze dalej. I nie miałem na myśli fragmentów podporządkowanych zapisem wynikającej z myśli słabej lub złej, lub fałszywej; kwestia dotyczy kilkudziesięciu krzaczków wkradających się między zdania pełne godności, jasności i wdzięku. Dość powiedzieć Homer drzemał, Wergiliusz, Dante, Kochanowski, Mickiewicz. Drzemkę ucinał sobie także najwybitniejszy z wybitnych epików drugiej połowy dziewiętnastego wieku. Świadectwa chwilowej ospałości, mniej lub bardziej udane przejawy procesów uruchamiających poznawczą adekwatność brałem przez lata za fastrygę wysilonego kojarzenia jednego z drugim; dzisiaj myślę o tym inaczej, a ściślej za coś innego mam. Za co zatem? Za element, jaskrawy fragment tła, na które Głowacki rzutował autentyzm właściwych trosk i proporcji. Tym właśnie zasłużył na tytuł mistrza przedstawiania świata.  

 

"Lalka" to zasadniczo świat bez matek i dzieci. Trzy wiodące postaci: Wokulski, Rzecki, Łęcka egzystują poza koniecznością reagowania na matczyne bodźce i impulsy. Ewentualny wpływ matek u tych postaci podlega ostrej reglamentacji lub zatarciu. Podobną preferencję zdaje się przejawiać schemat fabularny i katalog okrętów w "Panu Tadeuszu". Instynkt dyspozytora fabuły wskazuje konieczność zastosowania spersonalizowanej przeciwwagi. W tej roli wystąpiła figura samotrzeci w osobach pani Heleny Stawskiej, córeczki Heluni oraz jej matki, czyli pani Misiewiczowej. Siłę żeńskiej flaki powiększają baronowa Krzeszowska pogrążona w wieczystej żałobie po stracie bezimiennej? córeczki, a także ciotka Joanna - organizatorka akcji na rzecz sierot. Stwarzająca rzekomą przeciwwagę struktura figur wyczerpuje się na pozorach, performensach i karykaturze. Najwięcej ciepła tym figurom dostarczają passusy redagowanego nieustannie, nigdy nieczytanego: pamiętnika starego subiekta. To praktycznie przesądza o miejscu i roli matek i dzieci w strukturze przesłania utworu. Z wymienionych względów "Lalka" stanowi diagnozę wyzbytą nadziei. Świat bez dzieci ociera się zaiste o terytorium trwałego bezwładu. Ilość doprowadzonych w powieści do śmierci sugeruje faktyczny rozmiar degrengolady i ostrość zapowiadanego kresu. Mądry, najmądrzejszy i najuczciwszy w mądrości dr Michał Szuman - sumiennie stymulowane porte parole podmiotu czynności twórczych - na wieść o śmierci Rzeckiego, rzucił retorycznie: to kto zatem zostanie? po czum z ust przedstawicieli czwartego garnituru usłyszał ostentacyjne: my! Ten świat nasz przejmą spryciarze, spekulanci, oszuści, improduktywy i kawalerowie bez posagu. Nawet Ochocki, który znamiennie milczał, ani myślał o tym, że akurat on znalazłby, kiedy czas na głupstwa. Milczał dlatego, ponieważ spostrzegł wreszcie, że głoszonych przezeń koncepcji nie zmonetaryzowałby nawet Wokulski, ponieważ są nazbyt teoretyczne. Z założenia uczciwy wkrótce się przekona, że nominalne, mizerne efekty poprzedziło hołdowanie symetrii fałszywych przesłanek. 

 

Kwestia istnienia i asymilacji obcych. Najistotniejszymi w tym gronie są Rosjanie. Rosjaninem jest cenzor, pierwszy czytelnik poszczególnych odcinków. "Lalka" to gigantyczna, strategicznie dojrzała i przemyślana gra z cenzurą. Dychotomie: coś za coś, jakoś w miejsce ilości podporządkowana bilansowi sympatii i antypatii. Poza żandarmami i stójkowymi nie znajdziemy w "Lalce" Rosjan wyzbytych cech ludzkich. Taki na przykład Suzin... gałgan, spryciarz, pijaniuteńki, ale czy można nie przepadać za kimś, kto w osobie protagonisty widzi gwarancję spełnienia marzeń o szczęściu w interesach? A postać sędziego pokoju rewiru piątego... co kontrowersyjnego można by o nim powiedzieć? Uczciwy, rzetelny, ponadto orzeka zgodnie z naszym życzeniem. To dopiero zagadka. A Żydzi na przykład, jak względem tychże układają się relacje, oceny? A tak, jak na to zasługują. Są przydatni, a krytykę ewentualną wypowiadają usta subiekta drugiej rangi i wspomnianego doktora Szumana, który w ocenie współwyznawców unika nawet zajawkowej protekcji. Gdybyśmy   kwestię oceny życiowej wiedzy doktora rzutowali na płaszczyznę poglądów, otrzymalibyśmy klasyczny model myślenia krytycznego. Koniec końców przypomniał sobie o swoich. Za sprawą figury bezdzietnego lekarza i  antropologa narrator uzmysłowia, akcentuje wymowę skutków niemożności przejawiania się na tym świecie cnót kardynalnych. Dawniej trzymały go w ryzach; z symbolicznym końcem kolejnej dekady tę funkcję przejęły parodie, anomalia i karykatury.

 

Ze stanu badań nad "Lalką" wyprowadzam esplanadę zapewnień, że arcydzieło polskiej epiki to stałe źródło najczulszych i najbardziej rzeczowych odkryć i rewelacji. Szczególnie wiarygodnie zdają się przemawiać tezy podnoszące powieść do rangi świata osobnego i całkowicie samoistnego, w którym porządek linearny łączy się z obfitością postrzegania wykorzystujące rozmaite perspektywy. Absolutnie wiele, bodaj najwięcej dowiedziałem się podczas lektury mistrzowskiej odsłony badań mikrologicznych, jakim są rozważania Aleksandra Nawareckiego - mojego profesora - na temat obecności i funkcji zwierząt w krajobrazie wielkiego miasta. Obecności i absencji; sezonowych i ogarnianych nominacjami wyobraźni symbolicznej. Pełnię szczęścia przyniosło jednak odkrycie rzeczonego mechanizmu w odniesieniu do imienia przydanego pudlowi maści czarnej. Pan Ignacy w stanie solidnego zakropienia zwrócił się raz do jednookiego pupila per: "ty świnio", czym zasadniczo wyczerpał zasób... samokrytyki. Zwrócił się jak do siebie, wszak na imię pieska składają się raptem dwie litery, zapewne przypadkowo stanowiące inicjały Ignacego Rzeckiego. Wobec braku nadmiaru, wielości, obfitości, wobec instrumentalnego traktowania ryb, koni i drobiu, więź, której rozmiar i przyleganie genialny autor przypisał relacji człowieka ze zwierzęciem odczuwającym i reagującym, zasługuje na miano dopełnionej ilustracji świata. Pan Ignacy ma wprawdzie oczu dwoje, ale dobrze widzi na jedno!

 

To także nasz status, narastający wraz z uświadamianiem niemożliwości przeniesienia na ekran historii aż tak niezwykle złożonej i na swój sposób współczesnej zarazem. Temu czemuś ulec musiał autor koncepcji scenariusza. Także scenarzysta, kostiumolog, dostawca detali i rekwizytów, operator kamery, organizator castingu, reżyser. 

Odpowiedź na pytanie o możliwość ubiegania się o nagrody w konkurencji dla filmów nieanglojęzycznych i w związku z tym o możliwość traktowania serio historii przedstawionej w najwybitniejszej polskiej powieści, brzmi znajomo: no niestety.

poniedziałek, 13 lipca 2026

Głową... do końca

 

Głową… do końca

Opublikowano 14 lipca 2006 | Przez Corona radiata

 

    Głowa, gdy mądra, i z nogami rada rozumem się dzielić. Najpierw głowa. Głowa przede wszystkim. Mimowolnie wspieram argumenty pragnących dokonać od dawna oczekiwanej korekty nazwy najpopularniejszej dyscypliny. Nawet postronni konstatują, że piłka nożna ewoluuje totalnie. Monochromatyczne pamiątki boiskowych zdarzeń z epoki błyskotliwych powiedzonek: „świat nie jest piłką futbolową, świat się zdobywa głową”, takiej na przykład ja ta frazy skrzydlatej, która iskrzyła pod piórem orędownika przejawiania się teraźniejszości  również w poezji; wpędziłaby nas w stan to kontrolowanej, to nieznośnej lekkości. Sportowcy, ledwie złożą podpis pod wyglądającym niepozornie cyrografem, zaczynają marzyć o chłodzie krawędzi dzielących dwie strony medalu. Nie ma wątpliwości, nie miał ich także cytowany  Antoni Słonimski - za pakt skwitowany na wołowej skórze płaci się duszą. Zawsze. No chyba, że mamy rozum.

 

  Zorganizowana praca tysięcy służy rozrywce milionów. Z myślą o niej przemieściła się na pozycje okupowane dotąd przez dekadentów. Samowystarczalne jak step, izolowane pianą napojów z gazem, impregnowane mazią niejawnych intencji środowiska władzy. Trwające miesiąc święto animozji, wrogości, kiczu i błazenady; zdolne zainteresować niezliczone zastępy niezaangażowanych, demonstracja szczytowych możliwości technicznych i menedżerskich, dolina łez i śmiechu przez łzy, nieuzasadnionej euforii, niekontrolowanych odruchów serca, wątroby, pęcherza i płuc. Ale także rozpaczy stanowiącej efekt kontemplowania pustki. Ileż przy tym nadużyć. Najbardziej jednak zastanawia  skłonność do stawania sercem po jednej ze stron? Bycia tak bardzo za kimś. Tak bardzo przeciw komuś. Chyba zdajemy sobie sprawę, że uczestniczymy w przedsięwzięciu ludycznym, że wchodzimy na karuzelę, która za moment i nie wiadomo na jak długo zacznie nami powodować. Resztką rozsądku powstrzymujemy zamiar wystąpieniem z protestem przeciwko zawrotom głowy. W takich okolicznościach szukamy czegoś pewniejszego, choćby resztek płotu użytego do wytyczania granic podwórek dzieciństwa. Tylko powrót do źródeł, niekoniecznie genezy, do emocji gwarantujących udział w czymś autentycznym, mógłby nas przywrócić okolicom sensu. Widowisko sportowe to przestrzeń krystalizowania, konkretyzowania i rozładowywania empatii. Jeżeli podopieczni naszych serc przedstawią nam powody do euforii, trwać w niej będziemy póty inne wydarzenie nie przetnie panującego w najlepsze nastroju. Upadki ze śliskich balustrad, kąpiele w rwących nurtach, lądowania na torach – tuż przed nadciągającą lokomotywką kolejki miejskiej. A co ze skutkami nieodpowiedzialnego czyszczenia broni, wdrapywania się po słupach, tańca na poziomie trakcji, nagłej ulewy, jakiegoś grzmotu, interwencji służb wezwanych bezwarunkowo przez matkę, której po pięciogodzinnym kołysaniu zasnęło wreszcie niemowlę. Jakiś pożar. Póki coś takiego nie rozerwie entuzjazmu, póty zabawom po utratę sił nie będzie końca. Jakże często rozprawia się z nimi dopiero blask jutrzenki. 

 

           Doczekaliśmy chwili przełomowej. Akt jednoznaczny podniesiono do rangi scenicznego  gestu twórczego. Postępowanie LORDA odsłania tajemnicę umykającą zgromadzonym przed telewizorami milionom. Drużynie w Mundialu 2006 reprezentującą Francję można by nadać miano esencji kontynentów. Tygiel kultur z niemożliwą do zaprojektowania mieszaniną diamentów. Trener, który z nadmiaru obfitości wyprowadzi formułę scalającą, stworzy zespół nie do pokonania; zdolny wygrać z każdym i ze wszystkimi.

W fazie wstępnej temperamenty miałaby prawo wywołać popłoch, a tymczasem o sile pozycji  zajmowanej na boisku przesądza moc osobistych walorów gotowa piłkarski spektakl zrównać z wydarzeniem zapoczątkowanym w sercu teorii gier. W epoce powszechnej unifikacji Francja  źrenicom całego świata ukazuje oblicze pełne zamyślenia. Twarz czuwającą i gotową. Przywołującą  potrzebę refleksji głębszej, zdecydowanie i bezapelacyjnie potwierdzającej fakt, że w gonitwie dwudziestu dwu za kawałkiem skóry rozpoznać można nie tylko przejaw  aktu myślenia, ale także wydarzenia kreowanego – jak w życiu – nagromadzeniem gestów ukrytej proweniencji. Gdyby Zizou postąpił jak zwyczajny, przeciętny, stłamszony wewnętrznymi oporami efekt współczesnej deprawacji, posłuszny – wzorem Ismeny – kawałek mięska drżącego na widok samozwańczego autorytetu, przeszlibyśmy do porządku i nad tym, co wisiało w powietrzu, i nad samą godnością, której nie miał już kto bronić. Skutkiem postępowania wymierzonego w metodę pokolenia, które wstępuje, okazałoby się, że ludzkości nie pozostaje nic innego jak towarzyszyć około środy – czwartku niejakiemu M.M. w jego ostatniej drodze. Mogłoby zatem dojść nie tylko do klęski sportowej, ale także do porażki człowieka. Do porażki myślenia. Komentarze znawców przepisów porządkowych, wierne poetyce relacji bezpośredniej, zawisły w próżni. Oto mieliśmy do czynienia z aktem wykraczającym daleko poza obręb piłkarskiego decorum. Trzeba dystansu – duszy piękna – jak zasugerowała nieodżałowana apologetka myślenia, zakorzenienia i godności Simone Weil, żeby w ostatnim geście Zizou dostrzec obecność mocy wielokrotnie przewyższającej ludzkie możliwości, mocy kierującej człowiekiem, mocy, która u zarania wyposażyła go w niezawodną, jak się okaże wskazówkę na drogę wiodącą przez zasieki: „Zinedine – graj głową. Do końca głową”. Uczestniczyliśmy w tym wydarzeniu w roli obserwujących. Nie mogło ono minąć bez echa. Godny najwyższego uznania kapitan – mało: Admirał tylu konstruowanych na wzór profesjonalnych drużyn zespołów podwórkowych, podkreśla więź wielkiego sportu z odruchem kreującego potrzebę społecznego zaistnienia. Podstawową, acz niepisaną niestety regułą, według której przebiegać będzie proces formacji, akt założycielski, nominacja gwarantowana potęgą funkcji stanowiącej języka, reasumując coś, co stwarza okazję, aby ten ktoś, mógł być transparentem geniuszu – jest fakt umiłowania godności. Tak tę rzecz zdaje się pojmował rodak największego z wielkich – Albert Camus, patron konkretnych i głęboko zamyślonych. Sport jako źródło godności, godność jako wartość, wartość, dlatego cenna, ponieważ trzeba jej bronić, bronić, czyli podejmować ryzyko, ryzyko to konkretny okup, czasami wobec tego, czego należy bronić równający się życiu, innym razem – mimo, iż nadal z życiem zrównany i życie oznaczający – niewiele względem tego, czego się broni, wart! Godny występowania w głównej roli Zizou, jedyny, który może powiedzieć: to jest mój mecz, definicja czystej gry, dyrygent zdolny uruchomić energię zasobów szacowanych na następne lata, ktoś, kto poraża umiejętnością koncentrowania na sobie uwagi. Do końca zagrał Głową. Jakże wielu to zagranie kojarzy z zachowaniem z repertuaru chłopca portowego. Nie mogę przystać na to, że można to jakoś wytłumaczyć, wypolerować, czerwoną kartkę pokazać i kwita. M. Teste wystąpił w roli wypędzającego sprzedawców ze świątyni. A w samym przejściu obok bezcennego trofeum było coś, co równało się powagą z przewróceniem stołu bankiera. Żeby wychować wypada czasem w kufę albo w mostek strzelić. Zawczasu, zdecydowanie, żeby przypadkiem objęty naszym usprawiedliwieniem, nie zaczął w poczuciu bezkarności żyć z zabijania niewinnych. W meczu równych szans przeznaczenie wypowiedziało swoje sakramentalne fiat w 110 minucie. A o wyniku zadecydował los. Jeszcze tego samego dnia prowadzący studio zaakcentował, że wielce prawdopodobnym skutkiem mundialowego tryumfu Włochów ma być amnestia. Amnestia, którą zostaną objęci prawdziwi, najprawdziwsi przestępcy.

 

 

niedziela, 2 listopada 2025

Bardzom tego ciekaw...

 

Bardzom tego ciekaw, bardzom, bardzom. Powroty do przerwanych nagle rozmów. Pamiętam, w dniach ostatnich dzwoniła Kasia, nie odebrałem, nie zdążyłem, nie podniosłem... Oddzwaniam i oddzwaniam. Puste milczenie między przywoływaniem dzwonka było mi odpowiedzią. Czekałem chwili, gdy procedurę przywołania przetnie bezduszny klaps i breweria nieznośnej zajętości. Wrócimy do tej rozmowy, wiesz Kasiu, do tylu, tylu rozmów, tematów, wątków. Jeśli to prawda, że drzewa chłoną melodykę naszego śpiewu, krzyku, wrzasku - uszanujmy ich kruchość i to, że będą chciały służyć kolejnym pokoleniom i tym, które nastaną po nich.

Obietnica nawiązania relacji, odnawiania relacji wykluczającej konieczność autoprezentacji, jakbyśmy na czole mieli pieczęć: ładną i prawie niewidoczną; powoduje we mnie potrzebę bycia przynajmniej w miarę dobrym, czyli wystarczająco cichym, żeby nie spłoszyć i nie rozproszyć bliższych i dalszych 🌿🙏⛵

niedziela, 13 lipca 2025

z Dantego Alighieri, La vita nuova. Sonet II - naśladowanie

 

  z Dantego Alighieri, La vita nuova.

 

Sonet II  - naśladowanie

 

Przebiegli, bo pobiegli ścieżyną miłości,

Ku płytkiej namiętności kroki obracają.

Przystańcie i choć jednym zaopatrzcie okiem

Tę ranę, co mi sadze afektu zadały.  

 

Wyłożony ciężarem korzec utrapienia.

Amor – satrapa łaski – okruszyną wabi,

Cudze wieści odbijam, bym się nie udławił  

Wyławianiem radości przebrzmiałego pienia.

 

Odeszły, odpłynęły - przepadam bez winy.

Smutny i onieśmielon osaczam godzinę

Chłodem niemej obręczy, co złotą się zdała.   

 

Znów dłonie kładę w zawój, znów tuszę: za mało,

Nawet resztek nie znajdę dawnego wzruszenia,

Znów szepczecie, żem wesół snadź od urodzenia.    

 

 

Kontekst "Potęgi smaku".

  Intuicja wyprowadziła mnie na manowce rozważań dotyczących wyglądu, potęga potęgą, smak smakiem, ale jak - pytałem po kolejnej, kolejnej l...