poniedziałek, 13 lipca 2026

Głową... do końca

 

Głową… do końca

Opublikowano 14 lipca 2006 | Przez Corona radiata

 

    Głowa, gdy mądra, i z nogami rada rozumem się dzielić. Najpierw głowa. Głowa prede wszystkim. Mimowolnie wspieram argumenty pragnących dokonać od dawna oczekiwanej korekty nazwy najpopularniejszej dyscypliny. Nawet postronni konstatują, że piłka nożna ewoluuje totalnie. Monochromatyczne pamiątki boiskowych zdarzeń z epoki błyskotliwych powiedzonek: „świat nie jest piłką futbolową, świat się zdobywa głową”, takiej na przykład ja ta frazy skrzydlatej, która iskrzyła pod piórem orędownika przejawiania się teraźniejszości  również w poezji; wpędziłaby nas w stan to kontrolowanej, to nieznośnej lekkości. Sportowcy, ledwie złożą podpis pod wyglądającym niepozornie cyrografem, zaczynają marzyć o chłodzie krawędzi dzielących dwie strony medalu. Nie ma wątpliwości, nie miał ich także cytowany  Antoni Słonimski - za pakt skwitowany na wołowej skórze płaci się duszą. Zawsze. No chyba, że mamy rozum.

 

  Zorganizowana praca tysięcy służy rozrywce milionów. Z myślą o niej przemieściła się na pozycje okupowane dotąd przez dekadentów. Samowystarczalne jak step, izolowane pianą napojów z gazem, impregnowane mazią niejawnych intencji środowiska władzy. Trwające miesiąc święto animozji, wrogości, kiczu i błazenady; zdolne zainteresować niezliczone zastępy niezaangażowanych, demonstracja szczytowych możliwości technicznych i menedżerskich, dolina łez i śmiechu przez łzy, nieuzasadnionej euforii, niekontrolowanych odruchów serca, wątroby, pęcherza i płuc. Ale także rozpaczy stanowiącej efekt kontemplowania pustki. Ileż przy tym nadużyć. Najbardziej jednak zastanawia  skłonność do stawania sercem po jednej ze stron? Bycia tak bardzo za kimś. Tak bardzo przeciw komuś. Chyba zdajemy sobie sprawę, że uczestniczymy w przedsięwzięciu ludycznym, że wchodzimy na karuzelę, która za moment i nie wiadomo na jak długo zacznie nami powodować. Resztką rozsądku powstrzymujemy zamiar wystąpieniem z protestem przeciwko zawrotom głowy. W takich okolicznościach szukamy czegoś pewniejszego, choćby resztek płotu użytego do wytyczania granic podwórek dzieciństwa. Tylko powrót do źródeł, niekoniecznie genezy, do emocji gwarantujących udział w czymś autentycznym, mógłby nas przywrócić okolicom sensu. Widowisko sportowe to przestrzeń krystalizowania, konkretyzowania i rozładowywania empatii. Jeżeli podopieczni naszych serc przedstawią nam powody do euforii, trwać w niej będziemy póty inne wydarzenie nie przetnie panującego w najlepsze nastroju. Upadki ze śliskich balustrad, kąpiele w rwących nurtach, lądowania na torach – tuż przed nadciągającą lokomotywką kolejki miejskiej. A co ze skutkami nieodpowiedzialnego czyszczenia broni, wdrapywania się po słupach, tańca na poziomie trakcji, nagłej ulewy, jakiegoś grzmotu, interwencji służb wezwanych bezwarunkowo przez matkę, której po pięciogodzinnym kołysaniu zasnęło wreszcie niemowlę. Jakiś pożar. Póki coś takiego nie rozerwie entuzjazmu, póty zabawom po utratę sił nie będzie końca. Jakże często rozprawia się z nimi dopiero blask jutrzenki. 

 

           Doczekaliśmy chwili przełomowej. Akt jednoznaczny podniesiono do rangi scenicznego  gestu twórczego. Postępowanie LORDA odsłania tajemnicę umykającą zgromadzonym przed telewizorami milionom. Drużynie w Mundialu 2006 reprezentującą Francję można by nadać miano esencji kontynentów. Tygiel kultur z niemożliwą do zaprojektowania mieszaniną diamentów. Trener, który z nadmiaru obfitości wyprowadzi formułę scalającą, stworzy zespół nie do pokonania; zdolny wygrać z każdym i ze wszystkimi.

W fazie wstępnej temperamenty miałaby prawo wywołać popłoch, a tymczasem o sile pozycji  zajmowanej na boisku przesądza moc osobistych walorów gotowa piłkarski spektakl zrównać z wydarzeniem zapoczątkowanym w sercu teorii gier. W epoce powszechnej unifikacji Francja  źrenicom całego świata ukazuje oblicze pełne zamyślenia. Twarz czuwającą i gotową. Przywołującą  potrzebę refleksji głębszej, zdecydowanie i bezapelacyjnie potwierdzającej fakt, że w gonitwie dwudziestu dwu za kawałkiem skóry rozpoznać można nie tylko przejaw  aktu myślenia, ale także wydarzenia kreowanego – jak w życiu – nagromadzeniem gestów ukrytej proweniencji. Gdyby Zizou postąpił jak zwyczajny, przeciętny, stłamszony wewnętrznymi oporami efekt współczesnej deprawacji, posłuszny – wzorem Ismeny – kawałek mięska drżącego na widok samozwańczego autorytetu, przeszlibyśmy do porządku i nad tym, co wisiało w powietrzu, i nad samą godnością, której nie miał już kto bronić. Skutkiem postępowania wymierzonego w metodę pokolenia, które wstępuje, okazałoby się, że ludzkości nie pozostaje nic innego jak towarzyszyć około środy – czwartku niejakiemu M.M. w jego ostatniej drodze. Mogłoby zatem dojść nie tylko do klęski sportowej, ale także do porażki człowieka. Do porażki myślenia. Komentarze znawców przepisów porządkowych, wierne poetyce relacji bezpośredniej, zawisły w próżni. Oto mieliśmy do czynienia z aktem wykraczającym daleko poza obręb piłkarskiego decorum. Trzeba dystansu – duszy piękna – jak zasugerowała nieodżałowana apologetka myślenia, zakorzenienia i godności Simone Weil, żeby w ostatnim geście Zizou dostrzec obecność mocy wielokrotnie przewyższającej ludzkie możliwości, mocy kierującej człowiekiem, mocy, która u zarania wyposażyła go w niezawodną, jak się okaże wskazówkę na drogę wiodącą przez zasieki: „Zinedine – graj głową. Do końca głową”. Uczestniczyliśmy w tym wydarzeniu w roli obserwujących. Nie mogło ono minąć bez echa. Godny najwyższego uznania kapitan – mało: Admirał tylu konstruowanych na wzór profesjonalnych drużyn zespołów podwórkowych, podkreśla więź wielkiego sportu z odruchem kreującego potrzebę społecznego zaistnienia. Podstawową, acz niepisaną niestety regułą, według której przebiegać będzie proces formacji, akt założycielski, nominacja gwarantowana potęgą funkcji stanowiącej języka, reasumując coś, co stwarza okazję, aby ten ktoś, mógł być transparentem geniuszu – jest fakt umiłowania godności. Tak tę rzecz zdaje się pojmował rodak największego z wielkich – Albert Camus, patron konkretnych i głęboko zamyślonych. Sport jako źródło godności, godność jako wartość, wartość, dlatego cenna, ponieważ trzeba jej bronić, bronić, czyli podejmować ryzyko, ryzyko to konkretny okup, czasami wobec tego, czego należy bronić równający się życiu, innym razem – mimo, iż nadal z życiem zrównany i życie oznaczający – niewiele względem tego, czego się broni, wart! Godny występowania w głównej roli Zizou, jedyny, który może powiedzieć: to jest mój mecz, definicja czystej gry, dyrygent zdolny uruchomić energię zasobów szacowanych na następne lata, ktoś, kto poraża umiejętnością koncentrowania na sobie uwagi. Do końca zagrał Głową. Jakże wielu to zagranie kojarzy z zachowaniem z repertuaru chłopca portowego. Nie mogę przystać na to, że można to jakoś wytłumaczyć, wypolerować, czerwoną kartkę pokazać i kwita. M. Teste wystąpił w roli wypędzającego sprzedawców ze świątyni. A w samym przejściu obok bezcennego trofeum było coś, co równało się powagą z przewróceniem stołu bankiera. Żeby wychować wypada czasem w kufę albo w mostek strzelić. Zawczasu, zdecydowanie, żeby przypadkiem objęty naszym usprawiedliwieniem, nie zaczął w poczuciu bezkarności żyć z zabijania niewinnych. W meczu równych szans przeznaczenie wypowiedziało swoje sakramentalne fiat w 110 minucie. A o wyniku zadecydował los. Jeszcze tego samego dnia prowadzący studio zaakcentował, że wielce prawdopodobnym skutkiem mundialowego tryumfu Włochów ma być amnestia. Amnestia, którą zostaną objęci prawdziwi, najprawdziwsi przestępcy.

 

 

niedziela, 2 listopada 2025

Bardzom tego ciekaw...

 

Bardzom tego ciekaw, bardzom, bardzom. Powroty do przerwanych nagle rozmów. Pamiętam, w dniach ostatnich dzwoniła Kasia, nie odebrałem, nie zdążyłem, nie podniosłem... Oddzwaniam i oddzwaniam. Puste milczenie między przywoływaniem dzwonka było mi odpowiedzią. Czekałem chwili, gdy procedurę przywołania przetnie bezduszny klaps i breweria nieznośnej zajętości. Wrócimy do tej rozmowy, wiesz Kasiu, do tylu, tylu rozmów, tematów, wątków. Jeśli to prawda, że drzewa chłoną melodykę naszego śpiewu, krzyku, wrzasku - uszanujmy ich kruchość i to, że będą chciały służyć kolejnym pokoleniom i tym, które nastaną po nich.

Obietnica nawiązania relacji, odnawiania relacji wykluczającej konieczność autoprezentacji, jakbyśmy na czole mieli pieczęć: ładną i prawie niewidoczną; powoduje we mnie potrzebę bycia przynajmniej w miarę dobrym, czyli wystarczająco cichym, żeby nie spłoszyć i nie rozproszyć bliższych i dalszych 🌿🙏⛵

niedziela, 13 lipca 2025

z Dantego Alighieri, La vita nuova. Sonet II - naśladowanie

 

  z Dantego Alighieri, La vita nuova.

 

Sonet II  - naśladowanie

 

Przebiegli, bo pobiegli ścieżyną miłości,

Ku płytkiej namiętności kroki obracają.

Przystańcie i choć jednym zaopatrzcie okiem

Tę ranę, co mi sadze afektu zadały.  

 

Wyłożony ciężarem korzec utrapienia.

Amor – satrapa łaski – okruszyną wabi,

Cudze wieści odbijam, bym się nie udławił  

Wyławianiem radości przebrzmiałego pienia.

 

Odeszły, odpłynęły - przepadam bez winy.

Smutny i onieśmielon osaczam godzinę

Chłodem niemej obręczy, co złotą się zdała.   

 

Znów dłonie kładę w zawój, znów tuszę: za mało,

Nawet resztek nie znajdę dawnego wzruszenia,

Znów szepczecie, żem wesół snadź od urodzenia.    

 

 

środa, 2 lipca 2025

Poetka na sto dwa

 

Poetka na sto dwa.

 

     Dwójka w życiu i biografii literackiej Wisławy Szymborskiej to liczba naznaczająca wielowymiarowo i głęboko. Dość powiedzieć, urodziła się jako druga. To dużo, bardzo dużo. Zatrzymałem się obok punktu wyjścia na szerokie morze nie bez przyczyny. Obchodzę w zamyśleniu wspomnienie sto drugiej rocznicy urodzin Damy Poezji Świata – poetki na sto dwa. Postępujmy skupieniu, lecz bez pomp i pompek. Nie ma powodu nadymać niegdysiejszych szuflad. Należą się jej słowa czci i zrozumienia. I wdzięczności. Wisławę powszechnie świat kojarzy z wierszami ku czci. Skaranie Boże, utrapienie wielkie. Napisała. Napisała też wiersz określany w refleksji metaliterackiej mianem: „sierotka”. Wiersz zagubiony w szufladzie, przy którymś sprzątaniu odkryty; pisany pewnie od niechcenia, na kuchennym stole, pośród zaniedbanych ingrediencji potraw i wzgardzonych przypraw. Napisała i odłożyła. Po miesiącu przeczytała dwukrotnie i pomyślała, że wymuszony post lub ściślej: niejedzenie ma prawo domagać się czegoś bardziej odświętnego, czegoś poprzedzonego żmudnym badaniem źródeł, wertowaniem bibliotek; własnych, cudzych, publicznych. Nic wartościowego w wypowiedzi wyrosłej wyłącznie z domysłu i popuszczania wodzy, absurdalnego ciśnienia dopominającego się dyscypliny stroficznej i wersyfikacyjnej. Tym wierszem – ożywiła przekonanie – nie zmażę obłapiającego mnie odium skryby na usługach. Zawsze będę – myśli sobie – defilować pod transparentem uproszczeń. Z drugiej strony marna to zasługa bojki przy nadbrzeżu, ale ten skandal na tyle się skurczył, że mógłby się sprawdzić w roli deski ratunkowej, kółka z pianki, solidnie splecionej, ugniecionej linki. Albo wabika. Bo dzisiaj do poezji trzeba wabić, obiecać coś, co wykracza daleko poza konkret skupienia na czynności czytania lub słuchania. Czy kiedykolwiek było inaczej? Pytam, jakbym miał pretensję do przeszłości, która nie ocaliła poezji figurującej w roli sprawczej i porządkującej. Na tym odcinku nic się nie zmieniło, przybyło jedynie bodźców i rozpraszaczy, informacyjnej plewy i metod reifikowania wszelkich przejawów życia, i przemieniania człowieka myślącego w durnia. Z tego wypada się otrzepać w trakcie czytania, deklamowania wierszy i rozmyślania na ich temat.

 

    Poetkę kojarzę z jednym jedynym ważnym! Z okolicznością posłużenia się tomem: „Ludzie na moście”. Wszedłem w posiadanie skromnego tomu (każdy wiersz to arcydzieło!) za sprawą ofiarności profesora Aleksandra Nawareckiego. W jednej z księgarń wyłowił „Zmęczenie” Bronisława Maja a w drugiej wspomnianą książkę Szymborskiej. Wyłowił, uregulował, wręczył: „proszę, to ode mnie, przeczytaj przy sposobności”. Aleksander był wówczas magistrem, prowadził konwersatorium z poetyki. Występowałem wówczas w roli kandydata na studenta drugiego roku filologii polskiej. Obaj byliśmy przed czterdziestką. „Zmęczenie” przyjąłem od razu. Pierwotnie jako sposób radzenia sobie z własnym albo metodę na własne. Szymborska, niczym długoterminowa lokata, czekała chwili wyczerpania się mniej lub bardziej drastycznych środków do stosowania przy zapaleniu oskrzeli. Instynktownie zacząłem czytać, zacząłem z wielką nieufnością, jako tako wspieraną autorytetem sytuacji wejścia w jej posiadanie. Skoro Aleksander ofiarował i polecił, to dlaczego niby opieram się dotąd i do nadal stawiam… I się zaczęło. Po godzinie czułem, że jestem beneficjentem szlachetnej fiesty. Po dwóch stwierdziłem, że zdrowieję! Pomyślelibyście? Czy książka, czy uważna, aktywna lektura może leczyć? Wysoki ustanowiłem pułap. Absurdalnie niedostępny, zastrzeżony. Innego nie ma, jak świat światem. Poznanie i terapia. Nie śmiej się nadęty groszorobie, obsrana szczekaczko dentystycznych poczekalni, producencie słownego chwastu, który za nic masz, że twoje wymiociny trafiają mimowolnie do uszu najmłodszych, zapychając wyloty drogocennej jaźni i wyobraźni. Na to wszystko jedynym lekarstwem poezja. Wiersze z tomu „Ludzie na moście” nade wszystko i przede wszystkim. Teraz się zastanawiam, jakim kanałem mogłaby dotrzeć do Poetki informacja przed chwilą zaprezentowane, ostentacyjne wyznanie: twoje wiersze leczą! Przecież miałem okazję. Tak, ale wtedy akurat gotowa byłaś słuchać nie mnie a cudzej trąbki. Żywię przekonanie, że specyficzną właściwość Twojej liryki uzmysłowiły reakcje odbiorców bliskich i wiarygodnych. Czym się tu zatem przejmować. Już wiesz.            

sobota, 31 maja 2025

Alicja i przyjaciele w Teatrze Śląskim. Nareszcie!

 

„Alicja w krainie czarów”. Premiera spektaklu w Teatrze Śląskim. Lewica, prawica, centrum – wszystko we mnie pracowało; zgodnie, radośnie, z przytupem. Znakomita realizacja ambitnych pomysłów. Daj Boże przedświt tego, czego widz oczekuje od przedstawienia, każdego przedstawienia! Mam na myśli ogół faktów scenicznych poprzedzonych pracą ze słowem. Słowem eksplikującym przesłanie podporządkowane regule scenicznego przywileju. Zaskoczyła mnie rezygnacja z eksponowania ścieżki dialogowej w postaci wyświetlanych kwestii poszczególnych postaci. Koncepcję reżyserską ufundowało przekonanie, że słowo zawsze da sobie radę. W kontekście specyficznego tworzywa zamysł nadaje wyborowi walor heroiczny. Specyfika polega na wyłączeniu czy sparowaniu pojedynczej i rozbudowanej semantyki. Dzieło Lewisa Carrolla spowijała pierwotnie szara, mglista, nieświeża prawidłowość przesądów epoki wiktoriańskiej.  Swoim dziełem Lewis Carroll sprzeciwił się organizatorom świadomości zbiorowej kolejnego etapu uprzemysłowienia; sprzeciwił skromnie i konsekwentnie. Zamiast języka, który mówi z nami, ponieważ jest częścią zbiorowej wyobraźni, otrzymaliśmy na powitanie możliwość kontaktu z kodem szukającym odrębności. Teatr Śląski im. Stanisława Wyspiańskiego w Katowicach kultywuje zwyczaj inicjowania serii zróżnicowanych zdarzeń scenicznych długo przed pierwszym dzwonkiem. Zaskoczonych widzów zaczepiały, emablowały, prowokowały multiplikacje Białego Królika jeszcze przed wejściem na widownię. Największe mimo wszystko zaskoczenie wywołała postać oblegająca krawędź sceny. Spod warstw sierściuchowatego kostiumu wydobywała się wyzbyta wszelkiej fatyczności recytacja najsłynniejszego poetyckiego fragmentu „Alicji…”. Z dziką satysfakcją wobec najważniejszej osoby oraz grona towarzyszącego nam na widowni recytowałem kunsztowne, koronkowe, spiżowe frazy wiersza o Jaszmijach smukfijnych. Moment rozciągał się niczym surowe ciasto na stolnicy. Zgromadzonych ogarniał zwolna niepokój, przejmował rodzaj niesprawiedliwie obecnej tremy, eksplikacja obawy poprzedzającej wejście w dławicę aporii. W tym momencie uroczyście zapewniam, że samo brzmienie sformatowane w postaci pętli przywołało cudowne, najcieplejsze wspomnienia młodości uczniowskiej, studenckiej i nauczycielskiej. Miarą radości było jednoczesne recytowanie fraz wyzbytych oczywistych znaczeń. Lewis Carroll zamierzał udowodnić, że słowa, a nawet związki leksykalne, wyrazy gramatyczne, układy syntaktyczne, zdania, akapity mimo narastającej i pęczniejącej asemantyczności należą do języka. Mimo niespójności znaczeń i rozrastającej się polisemii nie można składników kunsztownego komunikatu wyprowadzać poza gramatykę. Nauczycielska młodość, dawne dobre czasy, zaznaczyła się udziałem w roli autora zestawu maturalnych pytań egzaminacyjnych. Z braku ciekawszych pomysłów poleciłem przystępującemu (ilekroć wylosuje rzeczony zestaw) ustalić parametry gramatyczne form składających się na cytat z „Alicji…”. Wyrywnym postępkiem naraziłem wicedyrektor Danutę - przewodniczącą komisji – na zgrzyt i desperację. Niech pan natychmiast usunie to pytanie z zestawu, nie daj Boże jeszcze ktoś wylosuje i dopiero będzie. Ale przecież nasi absolwenci… Nie zgadzam się (dostrzegłem błysk ostrza katowskiego topora) niech pan będzie łaskaw usunąć, zlikwidować cały zestaw. O jest egzamin… maturalny z języka polskiego! A nie z fizyki kwantowej.

Na żądanie zareagowałem jeszcze większym, jeszcze godniejszym przywiązaniem do: świdrokęrtów, zagewników i smutcholijnych peliczapli. Chciałbym wprowadzonym wątkiem zapewnić Justynę Łagowską - autorkę koncepcji scenicznej, scenografa i reżysera, że najwyższa troska o dobrostan idealnego odbiorcy to latarenka w pęku kluczowych koncepcji. Warto założyć, że na widowni miejsca wysokie lub niskie zajmują osoby, które na spektakl (proszony lub z łapanki) przybyły celem umocnienia więzi z tekstem stanowiącym punkt wyjścia libretta lub postacią wiodącą czy grupą bohaterów. Zdaje się, na czymś takim zależało koryfeuszom teatru światowego. Wyobrażenie widza – znawcy lub odbiorcy, który wie, pułapem kaloryczności przekracza rozmiar czapki pełnej pieniędzy. Pani Justyno, proszę pamiętać, że w gronie zaproszonych na premierę i spektakle popremierowe może się znaleźć na przykład profesor Tadeusz Sławek. Nie napisałem tego po to, by – Boże broń – straszyć osobą profesora. Wręcz przeciwnie, napisałem po to, by podkreślić znaczenie obecności godnej i zdolnej pozycjonować wartość przedstawienia. Nie ma nic piękniejszego nad widok wysokich drzew w krępym lesie. Jeśli jakimkolwiek kanałem dotrą te słowa do Dariusza Chojnackiego, kreującego rolę Kota i Niby Żółwia, nich ożywią wyczekiwaną pewność, że się nie spinał, trudził, powtarzał po próżnicy. W postaci tytułowej można się wręcz zakochać. Uwielbiam takie właśnie wejścia i osadzenia w roli. Rewelacyjny, jak zawsze i w przyszłości, Paweł Kempa – wysoki, światowy poziom epizodu z Jajem Bajem. No i nieoceniony, wprost do wyściskania, Marcin Gaweł – wielka, może największa nadzieja Teatru Śląskiego. Premierą „Alicji w krainie czarów” zespół Teatru Śląskiego poprzez: koncepcję, reżyserię, scenografię, kostiumy, makijaż, ruch sceniczny, funkcjonalne i proporcjonalne wspomaganie akcji głównej rekwizytem wideo, oprawę muzyczną, nienaganną dykcję, wchodzenie w rolę, wychodzenie z roli – udowodnił, że w Katowicach można się spodziewać przedstawień na miarę wielkości i prawdziwego zdarzenia. Oby tak dalej!

Wywołane „co dalej” przekształćmy w: „co nadal”? Nadal należy sięgać po wspaniałą, genialną literaturę, by odpowiednio przystosowywać ją do roli źródła libretta przedstawień. Zatem: precz z efemerycznymi bukietami bezsensu! Precz z eksperymentami spod znaku gier wideo. Won z przekonaniem, że ruch sceniczny zastąpi kwestie wyściełane po czubek subtelnym głosem. Po raz pierwszy od dłuższego czasu na pracę zespołu reagowałem długo i oburącz. Ad multos annos.              

Głową... do końca

  Głową… do końca Opublikowano 14 lipca 2006 | Przez Corona radiata       Głowa, gdy mądra, i z nogami rada rozumem się dzielić. Najpi...