Głową… do końca
Opublikowano 14 lipca
2006 | Przez Corona radiata
Głowa, gdy mądra, i z nogami rada rozumem
się dzielić. Najpierw głowa. Głowa prede wszystkim. Mimowolnie wspieram argumenty
pragnących dokonać od dawna oczekiwanej korekty nazwy najpopularniejszej
dyscypliny. Nawet postronni konstatują, że piłka nożna ewoluuje totalnie.
Monochromatyczne pamiątki boiskowych zdarzeń z epoki błyskotliwych powiedzonek:
„świat nie jest piłką futbolową, świat się zdobywa głową”, takiej na przykład
ja ta frazy skrzydlatej, która iskrzyła pod piórem orędownika przejawiania się
teraźniejszości również w poezji; wpędziłaby
nas w stan to kontrolowanej, to nieznośnej lekkości. Sportowcy, ledwie złożą podpis
pod wyglądającym niepozornie cyrografem, zaczynają marzyć o chłodzie krawędzi
dzielących dwie strony medalu. Nie ma wątpliwości, nie miał ich także cytowany Antoni Słonimski - za pakt skwitowany na
wołowej skórze płaci się duszą. Zawsze. No chyba, że mamy rozum.
Zorganizowana praca tysięcy służy rozrywce
milionów. Z myślą o niej przemieściła się na pozycje okupowane dotąd przez
dekadentów. Samowystarczalne jak step, izolowane pianą napojów z gazem,
impregnowane mazią niejawnych intencji środowiska władzy. Trwające miesiąc
święto animozji, wrogości, kiczu i błazenady; zdolne zainteresować niezliczone
zastępy niezaangażowanych, demonstracja szczytowych możliwości technicznych i
menedżerskich, dolina łez i śmiechu przez łzy, nieuzasadnionej euforii,
niekontrolowanych odruchów serca, wątroby, pęcherza i płuc. Ale także rozpaczy
stanowiącej efekt kontemplowania pustki. Ileż przy tym nadużyć. Najbardziej
jednak zastanawia skłonność do stawania
sercem po jednej ze stron? Bycia tak bardzo za kimś. Tak bardzo przeciw komuś.
Chyba zdajemy sobie sprawę, że uczestniczymy w przedsięwzięciu ludycznym, że
wchodzimy na karuzelę, która za moment i nie wiadomo na jak długo zacznie nami
powodować. Resztką rozsądku powstrzymujemy zamiar wystąpieniem z protestem
przeciwko zawrotom głowy. W takich okolicznościach szukamy czegoś pewniejszego,
choćby resztek płotu użytego do wytyczania granic podwórek dzieciństwa. Tylko
powrót do źródeł, niekoniecznie genezy, do emocji gwarantujących udział w czymś
autentycznym, mógłby nas przywrócić okolicom sensu. Widowisko sportowe to
przestrzeń krystalizowania, konkretyzowania i rozładowywania empatii. Jeżeli
podopieczni naszych serc przedstawią nam powody do euforii, trwać w niej
będziemy póty inne wydarzenie nie przetnie panującego w najlepsze nastroju.
Upadki ze śliskich balustrad, kąpiele w rwących nurtach, lądowania na torach –
tuż przed nadciągającą lokomotywką kolejki miejskiej. A co ze skutkami
nieodpowiedzialnego czyszczenia broni, wdrapywania się po słupach, tańca na
poziomie trakcji, nagłej ulewy, jakiegoś grzmotu, interwencji służb wezwanych bezwarunkowo
przez matkę, której po pięciogodzinnym kołysaniu zasnęło wreszcie niemowlę.
Jakiś pożar. Póki coś takiego nie rozerwie entuzjazmu, póty zabawom po utratę
sił nie będzie końca. Jakże często rozprawia się z nimi dopiero blask
jutrzenki.
Doczekaliśmy chwili przełomowej. Akt
jednoznaczny podniesiono do rangi scenicznego gestu twórczego. Postępowanie LORDA odsłania tajemnicę
umykającą zgromadzonym przed telewizorami milionom. Drużynie w Mundialu 2006
reprezentującą Francję można by nadać miano esencji kontynentów. Tygiel kultur
z niemożliwą do zaprojektowania mieszaniną diamentów. Trener, który z nadmiaru obfitości
wyprowadzi formułę scalającą, stworzy zespół nie do pokonania; zdolny wygrać z
każdym i ze wszystkimi.
W fazie wstępnej temperamenty
miałaby prawo wywołać popłoch, a tymczasem o sile pozycji zajmowanej na boisku przesądza moc osobistych
walorów gotowa piłkarski spektakl zrównać z wydarzeniem zapoczątkowanym w sercu
teorii gier. W epoce powszechnej unifikacji Francja źrenicom całego świata ukazuje oblicze pełne
zamyślenia. Twarz czuwającą i gotową. Przywołującą potrzebę refleksji głębszej, zdecydowanie i bezapelacyjnie
potwierdzającej fakt, że w gonitwie dwudziestu dwu za kawałkiem skóry rozpoznać
można nie tylko przejaw aktu myślenia,
ale także wydarzenia kreowanego – jak w życiu – nagromadzeniem gestów ukrytej
proweniencji. Gdyby Zizou postąpił jak zwyczajny, przeciętny, stłamszony
wewnętrznymi oporami efekt współczesnej deprawacji, posłuszny – wzorem Ismeny –
kawałek mięska drżącego na widok samozwańczego autorytetu, przeszlibyśmy do
porządku i nad tym, co wisiało w powietrzu, i nad samą godnością, której nie
miał już kto bronić. Skutkiem postępowania wymierzonego w metodę pokolenia,
które wstępuje, okazałoby się, że ludzkości nie pozostaje nic innego jak
towarzyszyć około środy – czwartku niejakiemu M.M. w jego ostatniej drodze.
Mogłoby zatem dojść nie tylko do klęski sportowej, ale także do porażki
człowieka. Do porażki myślenia. Komentarze znawców przepisów porządkowych,
wierne poetyce relacji bezpośredniej, zawisły w próżni. Oto mieliśmy do
czynienia z aktem wykraczającym daleko poza obręb piłkarskiego decorum. Trzeba
dystansu – duszy piękna – jak zasugerowała nieodżałowana apologetka myślenia,
zakorzenienia i godności Simone Weil, żeby w ostatnim geście Zizou dostrzec
obecność mocy wielokrotnie przewyższającej ludzkie możliwości, mocy kierującej
człowiekiem, mocy, która u zarania wyposażyła go w niezawodną, jak się okaże
wskazówkę na drogę wiodącą przez zasieki: „Zinedine – graj głową. Do końca
głową”. Uczestniczyliśmy w tym wydarzeniu w roli obserwujących. Nie mogło ono
minąć bez echa. Godny najwyższego uznania kapitan – mało: Admirał tylu
konstruowanych na wzór profesjonalnych drużyn zespołów podwórkowych, podkreśla
więź wielkiego sportu z odruchem kreującego potrzebę społecznego zaistnienia.
Podstawową, acz niepisaną niestety regułą, według której przebiegać będzie
proces formacji, akt założycielski, nominacja gwarantowana potęgą funkcji
stanowiącej języka, reasumując coś, co stwarza okazję, aby ten ktoś, mógł być
transparentem geniuszu – jest fakt umiłowania godności. Tak tę rzecz zdaje się
pojmował rodak największego z wielkich – Albert Camus, patron konkretnych i
głęboko zamyślonych. Sport jako źródło godności, godność jako wartość, wartość,
dlatego cenna, ponieważ trzeba jej bronić, bronić, czyli podejmować ryzyko,
ryzyko to konkretny okup, czasami wobec tego, czego należy bronić równający się
życiu, innym razem – mimo, iż nadal z życiem zrównany i życie oznaczający –
niewiele względem tego, czego się broni, wart! Godny występowania w głównej
roli Zizou, jedyny, który może powiedzieć: to jest mój mecz, definicja czystej
gry, dyrygent zdolny uruchomić energię zasobów szacowanych na następne lata,
ktoś, kto poraża umiejętnością koncentrowania na sobie uwagi. Do końca zagrał
Głową. Jakże wielu to zagranie kojarzy z zachowaniem z repertuaru chłopca
portowego. Nie mogę przystać na to, że można to jakoś wytłumaczyć, wypolerować,
czerwoną kartkę pokazać i kwita. M. Teste wystąpił w roli wypędzającego sprzedawców
ze świątyni. A w samym przejściu obok bezcennego trofeum było coś, co równało
się powagą z przewróceniem stołu bankiera. Żeby wychować wypada czasem w kufę
albo w mostek strzelić. Zawczasu, zdecydowanie, żeby przypadkiem objęty naszym
usprawiedliwieniem, nie zaczął w poczuciu bezkarności żyć z zabijania
niewinnych. W meczu równych szans przeznaczenie wypowiedziało swoje
sakramentalne fiat w 110 minucie. A o wyniku zadecydował los. Jeszcze tego
samego dnia prowadzący studio zaakcentował, że wielce prawdopodobnym skutkiem
mundialowego tryumfu Włochów ma być amnestia. Amnestia, którą zostaną objęci
prawdziwi, najprawdziwsi przestępcy.