środa, 28 października 2026

Kontekst "Potęgi smaku".

 

Intuicja wyprowadziła mnie na manowce rozważań dotyczących wyglądu, potęga potęgą, smak smakiem, ale jak - pytałem po kolejnej, kolejnej lekturze - najważniejszego wiersza prezentuje się twarz, sylwetka, powierzchowność osoby, której Mistrz dziękuje za opiekę w zawiłych, ciężkich, szarpanych czasach. Z tego wiersza wyniosłem bezcenną - okaże się - naukę rozjaśniającą zjawisko relacji między nauczycielem a uczniem. Zauważyłem ogniotrwałość gestu wybrania, którego dokonuje niezgłębiona intuicja Nauczycieli i Nauczycielek; intuicja preferująca korzystanie z obfitości najrozmaitszych kostiumów, masek, rekwizytów. Cała ich mądrość w tym, że potrafili odróżnić status uczniowskiej brzemienności od próżni. Tylko medycyna, zaraz medycyna, zajawka spojrzenia wystarczy, by stwierdzić ów stan zasadniczy, czyli ontologiczny, to znaczy taki, który zmienia wszystko wokół. Herbert wiedział, że wiersz - nawet taki - nie wyrówna drobnej cząstki obowiązkowej należności. Mimo wszystko porzucił inne zajęcia, osłabił ku czemuś innemu skłonność, zamiar, zwalczył arogancję dyktatu nowoczesności, mającej gest pisania z myślą o kimś, z myślą, by kanoniczny efekt tej właśnie osobie dedykować; pomyślał, z marynarki strącił strzępek i napisał wiersz - latarnię, co nie tylko żeglarzom, ale i lądem podróżującym świeci. Pamiętam, że wiersz ów przejął mnie natychmiast w całości. Z przywiezionego przez Ojca "Raportu z oblężonego miasta" miałem pożytek niezrównany. Pogodne popołudnie, skwer na Diablinie - tak o tym miejscu mówiła Mira i jej koledzy - zajmuję twardą ławę, czytam, czytam, szukam pomocy, wyjaśnienia. Wokół drzewa, krzewy, ścieżki, kwiaty. Pomyśleć, przed niespełna rokiem uważałem Herberta za kogoś, kogo łatwo można opanować krawędziami szuflady, zestawić, opanierować, rozwiesić na sznurku z bielizną. Tym razem opór i nieoczekiwany smutek braku zrozumienia. Zbiór wierszy niemych i bez uzasadnienia. Czy pierwszy raz w życiu przyszło mi stwierdzić, że na lekturę czasu szkoda... Bynajmniej. Szczęściem zaopatrzył Poeta jaskinię, po której oprowadzał w symetrię strzałek, myślników, kółeczek, podpowiedzi. Wierszem spełniającym rolę zbiegowiska klarownych odnośników była "Potęga smaku". Izydora przywołana w dedykacji, przywołana z w pełni zasłużonym tytułem i nazwiskiem brzmiącym i wyglądającym dziwnie, uzyskała nagle rangę impulsu siły elektromotorycznej stymulującej potrzebę kolejnego odczytania. W encyklopedii o adresatce wiersza ni śladu, we francuskich gazetach co najwyżej jakieś drobne wzmianki w pomijanych zwyczajowo przypisach. Kim jest pani Izydora? Właścicielka osobliwego, odstraszającego imienia. Pijani (szczęściem) ojciec z matką postanowili narodzoną przed chwilą sumiennie zabezpieczyć przed chłopakami z placu, pola, podwórka, sieni. Postanowili wyrwać pociechę z objęć pospolitości, skojarzyć z nazwiskiem wymierzonym w pospolitość. Praktyka życia zrobionego, wydrukowanego, zaprojektowanego w postaci zajmującego, obezwładniającego skryptu. I od razu pytania, lawina pytań: kiedy i gdzie Zbigniew Herbert poznał Panią Profesor? 

W jakich pozostawali relacjach? Jak mogli wyglądać na sali wykładowej, w gabinecie podczas składania egzaminu, na peronie dworca w trakcie kompletowania listy uczestników wycieczki? Są jakieś okoliczność, które składają się na całość. Przecież istnieć musiały. Skoro musiały, to i były. Gdzie one teraz? Zachodzę w głowę. Dzisiaj, w kolejnym dniu nowenny poprzedzającej setną rocznicę urodzin Zbigniewa Herberta, na życzliwej, pełnej smaku stronie odnajduję fotografię Wielkiej Tajemniczej Uczonej. Z tej twarzy wyłania się wszystko na jej temat. Wszelkie radości i frasunki, dowody potęgi i palców łamania. Intuicja podpowiedziała już wtedy, że wyglądać musi jak Antygona, jak Marysia. Jak Simone Weil.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Kontekst "Potęgi smaku".

  Intuicja wyprowadziła mnie na manowce rozważań dotyczących wyglądu, potęga potęgą, smak smakiem, ale jak - pytałem po kolejnej, kolejnej l...