poniedziałek, 4 maja 2026

Wpływ pracy na człowieka... wokół tematu wypracowania maturalnego 4 maja 2026

                                                 

Wpływ pracy na człowieka i na otaczającą go rzeczywistość. 

Bez tego „czegoś” nie ma nic. Tym „czymś” jest praca. Marzenie, dopust, szczęście, klęska,  przekleństwo, ciężar, obiekt marzeń, wzruszeń i poetyckich ekscytacji. Publikowane w latach osiemdziesiątych minionego stulecia antologie prezentujące ekspresje w tematycznych seriach obok „Strof… o kwiatach, miłości, ojczyźnie, poezji, dreszczyku eksponują także liryczne treści dotyczące pracy… W gronie przyjaciół konstatowaliśmy, że tego rodzaju publikacja to swoiście pojmowany haracz, z opłaceniem którego musiało się liczyć grono komponujących poszczególne tomy. Jak tam było, tak było; dość powiedzieć od lektury tekstów zgromadzonych w rzeczonych antologiach zaczęła się nasza przygoda z poezją w jej przebogatych zestawach i propozycjach. Imiona i nazwiska autorów uwikłane w kunsztownie zaprezentowanym kwiatostanie to najważniejszy profit chwil łączonych z lekturą; podręczny imionnik twórców godnych szczegółowych poszukiwań. „Strofy o pracy”… kto by pomyślał. We wskazanym dziesięcioleciu brzmiało to jak oścień lub kpina. Kuchennymi drzwiami wdzierała się do zbiorowej świadomości koncepcja funkcjonowania naszej kultury w obrębie rzeczywistości skłamanej. Co najmniej skłamanej, o ile nie nieprawdziwej. Instytucjonalną ofiarą tejże był najistotniejszy wykładnik losu, czyli praca. Z niej to uczyniono rekwizyt o niezaprzeczalnej urodzie marchewki i kija. Czegoś zdrowego, niekoniecznie kalorycznego i wyznaczającego miejsce w szyku bez konieczności zabijania. Pracujemy, by odegnać nudę… Pozwalamy na przygniot pracy, by jakoś przeżyć. A przecież tak, jak zostało zaprezentowane, być nie musi. Aż tak być nie powinno. Praca bowiem należy do jednego z ważniejszych przywilejów. Pracując uczestniczymy w misterium świętego naśladowania. Naśladujemy Boga Ojca, Stwórcę wszystkich rzeczy, widzialnych i niewidzialnych.  W tym samym dziele wspomniany bonus przekształcił się ponure przeciwieństwo. Dokonał tego czas umocniony ideą nadzwyczajnego zobowiązania, jakie dostrzegł kroczący w ciemnościach ludzki ród. Praca stała się przekleństwem, narzędziem przemocy, matką i ojcem życiowych klęsk i zawodów. Stała się także wykonywaniem zawodu, czyli przejawem co najmniej rozdwojenia lub roztrojenia; zupełnie tak, jakbyśmy nie dostrzegali związku między nami jako takimi (aspiracje, ambicje, marzenia, świadomość, miłość własna) i nami wykonującymi określone zadanie, nami dokonującymi fundamentalnego i powierzchownego namysłu nad pracą. Z namysłu, a często tylko z namyślunku wynikają relacje oraz ich rozmaite i urozmaicone wektory. Brak wewnętrznej zgody prowadzi do rozdwojenia, rezultatem wzmocnienia zarysowanego obrazu sytuacji będzie rozstrojenie. Nawet odbiornik radiowy na dłuższą metę tego nie wytrzyma. Mam na myśli rozstrojenie. Stokroć milsza nam będzie cisza od słuchania zlepu szumów i ciągów. Rozstrojony odbiornik brzmi i czuje się podle. Z jakąż dotkliwością podobny stan przeżywa osoba rozstrojona oraz jej bliższe i dalsze otoczenie. 

Ciężar pracy, ból brzemienności, nauczanie… własnych dzieci. Taki los, taki przepych losu. Praca jako taka, trzeba przyznać z naciskiem, jest tematem źle obecnym w literaturze pięknej. Autorzy zdają się w pracę występującą w roli wdzięcznego obiektu opowiadania i opisu ewidentnie wątpić. Ilekroć pisarz nabiera rozpędu, by przedstawiać okoliczność i sytuacyjność pracy, tylekroć instynktownie zwalnia, powściąga uwagę, zadowala się eufemizmami. Jakże często mija się z prawdą, osadza w niewiarygodności, ośmiesza rangę tematu i czyni z odbiorcy zakładnika złudzeń. Praca pozostaje  zdecydowanie poza możliwościami literatury dążącej do pełni ośmielającej się kosztować owoców platońskiej triady. Kosztować i dzielić się nimi. A może nie mam racji, może wewnętrzny zmysł literatury, kierując się nadprzyrodzoną logiką, korzysta z profitu sygnalizowanego ustępowania innym formom aktywności literackiej. Czasami myślę, że gdyby się wzięła w garść, solidnie w karby, coś by się mogło na surowym horyzoncie zmienić. Skoro tak, jakie zatem literackie akty zawodu czerpią radość z doświadczenia funkcjonowania na granicy niemożliwego? Czy pars pro toto pracy: dorobek, osiągnięcia, majątek, poszanowanie umiejętnie skumuluje charakter i charyzmat olbrzymiego zagadnienia?  Pomyślmy o Hiobie, bohaterze z pogranicza kultur, o gruntownym monoteiście. Żaden z niego Hebrajczyk. Obyczaje i obrzędy, jakie chciałby praktykować, ośmieszają doskonałością formy religijności pogańskie. „Bóg dał – Bóg wziął. Niech Imię Jego będzie uwielbione”. Pomiędzy emocjami odważnego wyznania zauważymy implikację podbitą nerwową obecnością pytań: „Co dał”? „Kiedy wziął”? „Dlaczego?”. Praca stanowiła dowód uczciwości, rzetelności, Hiob pracując mnożył i potęgował majątek. Poznajemy tego bohatera w chwili szczególnej, w momencie, w którym przechodzi przez doświadczenie pokoju ponad wszelkie pojęcie. Na niczym innym, poza zdrową duchową kondycją dzieci tak bardzo mu nie zależy. Żywi świadomość, że stan towarzszący naturalnej pobożności musi się  domagać liturgicznej aktualizacji; wie, że szczęściu dzieci zagraża coś, co wypada odegnać lub zawczasu unieszkodliwić ufnością modlitwy wstawienniczej. Czynił tak z przekonaniem, mając świadomość, że zwyczajem tym nade wszystko podtrzymuje więź ze Stwórcą darzącym świat błogosławieństwem pokoju. Komfort najsłynniejszego mieszkańca ziemi, jego żony, dzieci, krewnych, zaufanych, bliższych i dalszych to zasługa podjętych i ukierunkowanych działań, nadprzyrodzonego namysłu i żelaznej konsekwencji. To wielka odpowiedzialność. Hiob mimo wszystko jawi się jako postać skromna, pokorna i znająca tajnię relacji między intencją, działaniem i rezultatem. Czytając  opowieść na swój temat zapewne nie spostrzegłby uwikłania zdań szczerej aprobaty w styl i syntaksę prognozy nieszczęść i klęsk odwracających wskazówkę wykładnika losu. „Miał siedmiu synów i trzy córki […] siedem tysięcy owiec, trzy tysiące wielbłądów, pięćset jarzm wołów, pięćset oślic oraz wielką liczbę służby”.   Z tego wyliczenia wyłania się obraz niewyobrażalnej majętności; obfitości ujętej w surowe karby ekonomii naznaczonej, ukierunkowanej, pomniejszającej. Był bogobojny, uczciwy, innym żyć pozwalał. Ten status przynosił mu sławę. Cieszył się autorytetem, którego cząstkę rezerwował z myślą od dobrach duchowych własnego potomstwa, którego los, aspiracje, ambicje i piękno jako czytelnicy mamy za nic. Praca Hioba, praca, której przejawów tylko się domyślamy, twierdząc, że był wspaniałym pracodawcą, kapłanem domowego status quo.

W osobie szczęśliwego Hioba rozpoznajemy sprawiedliwego zarządcę, wybornego organizatora, spolegliwego obrońcę obarczonych cierpieniem. Odwrócony wykładnik losu odsłania potęgę kolejnej zdolności nadzwyczajnego bohatera; jest nią umiejętne łączenie godności z doświadczaniem kenozy. Ktoś mógłby zapytać, dlaczego tak długo i zapewne dysproporcjonalnie szeroko wywód niniejszy koncentruje się na osobie Hioba? Imię tego bohatera; bohatera szerokiego uniwersum, reprezentanta rodzaju ludzkiego występuje w co najmniej dwóch wariantach. Pierwszy już poznaliśmy, drugi przybiera formę „Job”. Po angielsku „job” to robota, zawód, praca, zajęcie. Nadprzyrodzony instynkt literatury dyskretnie podpowiada, by temat pracy traktowała oględnie, widowiskowo, incydentalnie, Radzi, by o niej raczej nie traktowała, nie rozbierała jej, nie dzieliła na cząstki i czynniki. Jednoznacznych gróźb nie przedstawia, ostentacyjnego szantażu nie stosuje; raczej delikatnie, naskórkowo przestrzega przed skutkami nudy czyhającej za każdym opisem pracy i opowiadaniem o niej. Szczęściem sytuacja siłowania się z autorytetem wzmiankowanego instynktu nie skrzywiła autorom charakteru i nie wpędziła poczucie wstrętu. Dotyczy to wielu, wielu piszących. W dość licznym gronie przeważają miłośnicy utrudniania sobie. Miał ten zwyczaj każdy, kto pozwalał narracjom zejść o oktawę niżej, kto dostrzegał w prezentacjach zajęć pospolitych i powtarzalnych zalążek radosnych odkryć. Nie gardzono tytułem przyznającym wysoką pozycję w gronie znawców duszy. Ten szczególny przywilej spotkał autora szczęśliwie ocalałej tak zwanej „Satyry na leniwych chłopów” – dzielnie mierzącego się z paradoksami i paroksyzmami świata. Tutaj wizerunek pracy kreuje jej przeciwieństwo oraz przepis wyjęty z plecaka przeciwników nachalnej dosłowności. Obecność nienachalna odsłania najwłaściwszą rangę pracy w literaturze epok dawnych. Zmienił to dopiero… Norwid. Zmienić usiłował przed Norwidem Mickiewicz. Emblematycznym twórcom zależało na eksponowaniu zastępu zakładników systemu grzejącego dotąd literacką ławę. Dawnie, dawniej pisali o nich Szymon Szymonowic, Sebastian Fabian Klonowic i Walenty Roździeński. Wymienieni przenoszą nas na pola, środek brodu i obejścia warsztatu żelaznego. Niskie nakłady dzieł wspomnianych autorów skłoniły następców do przekonania, że to im właśnie zostanie przyznany laur za premierowe prezentowanie świata w roli wielkiego laboratorium. „Pracom i dniom” Hezjoda nikt tego przywileju nie odbierze. 

Centrum najbardziej oczywistego obrazu wpływu pracy na człowieka i otaczającą go rzeczywistość odnajdziemy w tekstach pozytywistów. Najbardziej naiwnych wyobrażeń dostarczają zwięzłe literackie wprawki poszczególnych autorów. Nowele, opowiadania i felietony z powagą i znawstwem prezentują tezy wyłaniającego się zamętu propozycji. Praca zdobi sztandary, szyldy, podróżne kufry. Organiczna. U podstaw. Nad sobą. W dojrzalsze wszedłszy lata naiwność pojęciowa i optymizm reformatorski ustąpił dojrzałości, mądrości, zmysłowi wyboru i porównania. Musiał się także liczyć z wymaganiami cenzury systematycznie tępiącej najdrobniejsze przejawy propagowania mody na odpowiedzialność, przedsiębiorczość i stabilność moralną. Im gorzej – tym lepiej, myślał carski lub cesarski gubernator, dlatego najgoręcej sprzyjał opisom relacji między przedsiębiorczymi autochtonami ze spekulantami ze wschodu i zachodu. Kupcem taki na przykład Wokulski mógłby zostać, naukowcem w żadnym razie. Ostatecznie mógłby, ale tylko takim, który marzeniowo traktuje odkrycia nauk ścisłych i zajmuje wysokie stanowisko w gronie miłośników urządzeń spod znaku perpetuum mobile. Są wprawdzie wyjątki. Mamy w „Lalce” portrety działaczy i pracusiów – owszem. Dominują w ich gronie utracjusze, opilcy, bankruci, podkomendni, najemnicy i kamieniarze. Zakładnicy świata usług, marzyciele, łobuzeria, mizeria i spekulanci. Produkcji żadnej. Nawet się na nią nie zanosi, skoro z nadwyżkami się męczą manufaktury z okolic Smoleńska. Wokulski przystał do zastępu spekulantów, na widok których nawet w Paryżu unoszą się jedynie kapelusze; ewentualny wpływ na otaczającą go rzeczywistość ogranicza do incydentów, ogranicza się do aktu niezrozumiałej fanaberii i wyprysków filantropii.  Pełne sprytu podejście do wymogów cenzury i znakomite odczytanie atmosfery nadciągającej dekadencji to literacki odpowiednik wpływu podmiotu czynności na rzeczywistość. 

Literatura dwudziestego wieku i żerująca częściowo na doświadczeniach tejże twórczość obecnego stulecia potwierdza nieludzki i odczłowieczający efekt wpływu pracy człowieka w objęciach i kleszczach rzeczywistości. Potwierdza również słabe, złe, fatalne samopoczucie pracy w dziele literackim. Praca w roli wykładnika koszmaru zniewolenia, rozpaczliwych, bezsensownych nadużyć, wyzysku i niesprawiedliwości, narzędzia propagandy i biurokracji. Mimochodem podcierały się tą kategorią zbrodnicze ideologie, mordercze systemy, zadufani ironiści oraz zuchwali spekulanci. Wyciskano z pracy możliwie najgorsze ingrediencje. Ośmieszano ją i deprecjonowano, koronowano i strącano z podestów. Straszono nią i ostrzegano. Używano i nadużywano. Relacji z miejsc niewolniczej pracy dostarczają między innymi opowiadania Tadeusza Borowskiego i proza Gustawa Herlinga – Grudzińskiego. Praca staje się przekleństwem, człowiek niewolnikiem lub zakładnikiem rzeczywistości. Zabrzmi to naiwnie, ale to, co stanowi obecnie o sile wpływu na otaczającą nas rzeczywistość, wychowywało się poza realnym wpływem literatury, takim, który przenika do głębi, przekazuje odprysk doświadczenia wspólnoty i solidarnie, we wspólnocie wyczekuje Paruzji. Wpływ karbujących rzeczywistość przejmuje dokumentnie i nieodwoływalnie wymiar co najwyżej przejściowy. Konkretyzacje dokonań dowodzą, że z dostępnego i zalecanego kanonu przyswoili co najwyżej passus z „Przedwiośnia” Żeromskiego. Słynną opowieść o szklanych domach. Przyswoili marzenie wypowiedziane w malignie.

 

           

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Wpływ pracy na człowieka... wokół tematu wypracowania maturalnego 4 maja 2026