Wojciech Kilar i Psalmy. Wybitny,
zdumiewający. Zasłynął pracowitością i estymą, jaką darzył Katowice. Związek
muzyki (filmowej) z Miastem objaśniał ontologicznie. Zapytany o charakter,
jakość, głębię akustycznego tła obrazów, do realizacji których został zaproszony,
deklarował tajemniczo, że parametry tworzonych kompozycji stanowią konsekwencję
przywiązania do Katowic. Długo zastanawiałem się, na ile szczerą zaprezentował wypowiedź; Kilara w Katowicach fascynowały zapewne imponderabilia, coś istniejącego przenikliwie, wyrastającego z niewymuszonych rozpoznań oraz nagłych olśnień. Czy
były to osobne pejzaże akustyczne? Kompozytor sycił się bogactwem pospolitego,
banalnego, rezydującego na obrzeżach logiki i metafory matecznika odgłosów
towarzyszących pracy, przemieszczania się, plątaninie krzyku, westchnień,
sapania. Sporadycznie przeszywał go odgłos wystrzałów, dźwięk natury i faktury,
bezprzykładne darcie się pojazdów przekraczających grubo klauzulę uprzywilejowania.
Cisza; długa, rozprzestrzeniona w kompozycjach Kilara stanowi zwykle uroczystą preambułę
i zarazem aluzję do miejsca implikującego potrzebę harmonizacji dźwięków
pospolitych. Wojciech Kilar znał i pokochał Katowice kosztownych,
zachwycających zawsze szybowców. Aktualnie, w dziewięćdziesiątą rocznicę jego urodzin,
miejsce wyboru stało się przestrzenią akustycznych gangsterów popadających w
letarg wyłącznie w dni słotne. Pamiętam tradycję wyprowadzania na trzeci krąg
uroczych latawców poruszanych elegancją smyczka nad otworami wiolonczeli. Czy ktoś
ich taniec kiedyś nagrał, sfotografował, sfilmował? Z uporem godnym lepszej
sprawy upominam się, by kryteriów piękna i komfortu życia nie utożsamiać wyłącznie
z twardością i zmywalnością podłoża, koncesjonowaniem zieloności, w którą nurza
się wóz, barwą klinkieru, aromatem czereśni, smakiem miodu, sukniami dziewcząt.
Ponad wymienionymi rozrasta się niebo z barokiem obłoków, cylindrem ciemności
bez dna i blaszką klosza pospolitej polityki. Polityka to przyrząd do zapalania
i gaszenia świec o knotach instalowanych wysoko.
Katowice, w istocie do końca nie wiadomo kto: mieszkańcy, strażnicy obejść, instytucje, włodarze mniej lub
bardziej subtelni, świętując dziewięćdziesiątą rocznicę urodzin
najwybitniejszego ambasadora Katowic i najsłynniejszego ambasadora w Katowicach,
kontemplują fenomen istnienia czegoś niemożliwego. I nie mam na myśli wyłącznie
obecności muzyki Wojciecha Kilara składowej filmów o gabarytach Psałterza. Myślę
i Jubilacie jako człowieku dostrzegającym szansę, żyjącym nadzieją
przekraczania ram epoki, stylu, urządzenia świata. Jego obecność i praca,
otwartość i wiara zastanawiają i przynaglają. Komuś takiemu poza hołdem
ofiarujmy zdziwienie. Sto pięćdziesiąt - liczba wymowna, dająca do myślenia, inspirująca.
Za sześćdziesiąt lat, w sto pięćdziesiątą rocznicę urodzin Wojciecha Kilara pitagorejskie
zależności osiągną postać doskonałą. Już się cieszę, wnosząc, że z powijaków
wyrasta menager – maestro wydarzenia. Chcąc wypełnić zamiar nestora katowickich
muzyków, dziewięćdziesięcioletniego dyrygenta, kompozytora i pedagoga (liczącego
aktualnie lat trzydzieści) przygotuje i poprowadzi koncert nad koncertami, na
wieść o którym nie tylko Kilar, ale i król Dawid westchnie, uśmiechnie
się.