poniedziałek, 17 maja 2021

Leszkowi, w dniu urodzin

         Miazgę literatury formuje materia uwolniona spod doraźnego i administracyjnego wpływu. W objęciach świadomych i tajemniczych uwarunkowań przekształci się w miniaturę stowarzyszenia non profit; świetnie zorganizowaną, całkowicie bezradną i zależną od świata. Czy nie powinno być na odwrót? Świat murszeje – pieśń uchodzi, to że uszła cało lub na czworakach, stanowi zasługę nielicznych admiratorów, ale także fal łagodnego powietrza i bezmiaru zalet cierpliwej celulozy. Celuloza przeskoczyła zaporę i zajęła pozycję tradycji, z której wyłoniło się piękno i porozumienie. Osaczony regałami potrzebowałbym godziny, by onegdajsze wyobrażenia o ładzie skonfrontować z nadmiarem. Krytyka praktycznego rozumu podpowiada konieczność przesuwania materii formowanej w zwały. Wariant najprostszy: otwieram okno i wyrzucam je hurtem na plac. Następnie wsparty o balustradę balkonu, przyglądam się dalszym losom. Kogo zainteresują wyrzucone książki? Które zostaną podniesione w pierwszej kolejności, którymi i dlaczego nikt się nie zainteresuje? Ile zostanie tam, gdzie upadły, czy o procesie wyboru decydować będą kryteria? Jeśli tak, to jakie: estetyczne, użytkowe, pragmatyczne? Kto reflektuje na rozpadający się słownik polsko-angielski, kto nie pogardzi słownikiem rosyjsko-szwedzkim, który, wylądowawszy miękko na stosie wyrzuconych wcześniej, zachował wiele ze swej nienagannej urody? Kogo zainteresuje sam fakt wyrzucania książek? Jaką wywoła reakcję? Czy wyrzucane znajdą obrońców, czy raczej wyłącznie prześmiewców; ludzi skłonnych nadać czynności formułę skrajnego barbarzyństwa, a może aktu rozpaczy? Kto wreszcie w tym czynie odczyta godny napiętnowania akt naruszenia porządku, kto zauważy przejaw najpospolitszego zaśmiecania miasta, kto frenetyczny protest przeciwko zaniechaniom egzekwowania ustawy o obowiązku reagowania na grubsze potrzeby czworonogów? Kto zauważy w tym akt nieporadnej ekspiacji lub składową procedury towarzyszącej procedurze przechodzenia na inne wyznanie; tak, ten ktoś na buddyzm zapewne – mówiliby – przeszedł, skoro tak radykalną umysłowi przepierkę funduje, czyszcząc z lęku przed znanym i nieznanym. Najprawdopodobniej na buddyzm przeszedł, skoro na stos ofiarny trafiły dzieła Ojców i Doktorów, a  także Katechizm i przekłady Biblii. Ciekawi mnie, jak na nienormalne, było nie było, zachowanie zareagują przedstawiciele władzy? Uformują ekipę ratunkową, a może ograniczą się do zabezpieczenia dowodów? Kto ruszy książkom na ratunek, jakie dodatkowe treści odsłonią słowa aktu oskarżenia? Z publicznego czy prywatnego powództwa przed Obliczem stanę? Jeśli zrobiłbym to pod osłoną nocą, zmalałaby szansa na zastosowanie formuły o działaniu z zimną krwią i w porozumieniu.  Brakuje świadków, ale są poszlaki! Wystarczy zapytać o czytelnicze lub kolekcjonerskie inklinacje lokatorów ze środkowego pionu. W grę wchodzi wyłącznie profesorek, tym mianem określiła mnie jedna z pań, zanim minął pierwszy tydzień sąsiadowania. Nawet opis trajektorii wskazałby, że rozpaczliwą podróż nieszczęsne musiały zacząć na wysokości trzeciego piętra. Lista możliwych tematów obserwacji jest niewyczerpana, jeden implikuje kolejne, wnioski wymykają się objęciom uniwersalnej formuły, lawina niczym deszcz gęsty wydaje się nie mieć końca. Wypadają z gry jak piasta z prowadnicy i jak naszelnik z połamanego dyszla. Wypadają z porządku obrad. Tymczasem papierowy model Santa Marii przy brzegu przeciwnym kotwiczy. Rozlegnie się śpiewanka: Hej ha kolejkę nalej, hej ha kielichy wznieśmy. Rozlegnie się i ucichnie. I będzie ją można kupić na aukcji w internecie za dwa pięćdziesiąt bez porto. Tymczasem jestem człowiekiem – a nie myślą czystą, jaką się stanę pod warunkiem, którego i tak  nie spełnię, ponieważ go nie pojmuję. 

   Pojmuję, owszem, ale mgliście, dość powiedzieć: rozważam. Drogi Lechu – list ten to w pewnym sensie zadanie, którego się Pan nie spodziewał. Pisząc o czynnym metaforyzowaniu książek, uroczyście zapewniam, że do czegoś takiego nie byłbym ani zdolny, ani chętny. Nawet cudzym bym tego nie zrobił… Już nie mógłbym. I jeszcze nie mógłbym. Czyżby zakamuflowana i kąśliwa zarazem zapowiedź? Wszak wystarczy raz położyć palec na zatrzasku kabury, by uruchomić sekwencję zakończoną hucznie. Wyrzucanie zatem wisi w powietrzu… 

    Obiecałem wiersz geograficzny, a zamiast rymów snuję zawiłe wątki o związkach  anegdoty z literaturą. Obiecałem, więc i dotrzymam. Poprzedzę go jednak następującą historyjką. Całą młodość najdosłowniej przeczłapałem. Mieliśmy nauczyciela, który zaraził nas radością chodzenia. Mówili o nim: ułan. Ułan to, ułan tamto. Nogi krzywe jak u rasowego śląskiego piłkarza. Tę osobliwość wyniósł z boiska a nie okolic stajni. Czasami się słyszało: ułan księcia Józefa, a to z powodu wielce radosnego pilnowania rzędu i urzędu. Na defiladzie piechoty wypadłby blado, ewentualnie wierzchu dosiadłszy, jeśli do piechoty dołączyliby konni, jakby nie było kwestii, kto po wszystkim pasaż pozamiata. Nasz ułan nie kształtem rzędu, nie końskim bokiem, ale chodzeniem tymi samymi drogami nogi skrzywił. Jak wartownik wąski rewir, tak on znał polskie góry. Był wyjątkowo wredny. Docierały wieści, że jest w tej cesze zapieczony. Dzięki niemu zobaczyłem góry, nic to, że zachowywał się jak okradziony z doświadczenia młodości. Formując kolumnę, ogłaszał: na szlaku grupę prowadzi najsłabszy, w górach łatwiej się zgubić niż znaleźć. Stawał zatem na czele, a my ruszaliśmy za nim. Pod najostrzejszym wzniesieniem rozpoznawaliśmy przedwojenny plecak i kratę koszuli wycofującej się z gaci. Nie przypuszczałem, że wspominać go będę z rozrzewnieniem. Tyle osobnych wątków stanęło nagle przed oczami: półmrok, niepamięć, odruch wstrętu wynikający z mimowolnego poczucia wyższości, jakie pojawi się niezawodnie, gdy rozbudzony intelektualnie młody człowiek odkryje w licznym gronie uczących go preceptora z wykształceniem niepełnym wyższym. Tego wspomnienia nie zatrze również echo sążnistego policzka, który najłagodniej dostarczył dowodu istnienia sprawiedliwości. Nie lubiłem go, nie chciał, żeby ktokolwiek go lubił. Dziwne, przywołuję o teraz. Co to ma znaczyć? Góry pokazał. Pewnego razu, gdy szliśmy rozłożystą polaną wyraźnie zwolnił. Pomyśleliśmy: słabnie. Wyprostował się, odłożył plecak, wykonał KILKA GŁĘBOKICH POŁĄCZONYCH ODDECHÓW I OSTENTACYJNIE, BEZWSTYDNIE SIĘ PRZECIĄGNĄŁ. Czyżby chciał na naszych oczach doświadczyć dotykiem piękna Absolutu? Skierował wzrok ku mgłom ocierającym się o smreki odległego stoku i ku naszemu zdziwieniu, i ku własnemu również, powiedział: to jest właśnie piękno gór. Zamurowało mnie. Piękno? A co w tym pięknego? Tego dnia nie umiałem dać temu wiary. Innym razem widziałem jak po skończonym rajdzie, rozebrany do pasa otoczył ułami wartki potok i pochyliwszy się, zanurzył dłonie, nabierał nimi wody i obmywał twarz. Można było usłyszeć charakterystycznie bulgotanie. Następnie z plecaka wyciągał mydło, spienił je w zimnej rwącej wodzie i szorował nim głowę, ramiona, brzuch. Widok ten jednych zastanawiał, a innych żenował. Każdemu, a było nas ponad trzydziestu, dawał jednak do myślenia. Nostra cicerone niczego nie tłumaczył, nie zabiegał o akceptację. Widziałem w tym kolejną ściemę losu, który przywykł na środku drogi częstować mnie okazałymi sągami. Niwelowany do pseudonimu, ani przez chwilę do niego nie pasował. Konkretyzuje się dopiero teraz. Dopiero teraz – górom podobny – objawia się w roli ich wysłannika. I jeszcze jedno; nauczył mnie prostego dzień dobry na szlaku. Co to ma znaczyć? Zachodziłem w głowę, czy ten facio wszystkich zna? Jak to możliwe? I tylu młodych mijanych również? Nie wiem, co tym sądzisz, ale dla mnie dzień dobry, którym się zwracam do nieznajomych, to nie tylko grzeczny rytuał, to liturgia. 

   A co z moją osobistą anegdotą, na kanwie której powstał wiersz o górach? Leszku, w pierwszym tygodniu lipca wybraliśmy się do Korbielowa. Pogoda zmienna, nieustalona. Chmury, zawiasy, markotnie. Zanim zacznie solidnie lać, cieszyliśmy się słonkiem, latem, wakacjami. Wojtuś i Hania, od kilku dni uczniowie klasy czwartej, postanowili wyciągnąć nas na konie. Mój syn przejawił chęć wielką, jego koleżanka jeszcze większą. Jak oświadczyliśmy, że przystajemy na ich propozycję, zaczęło się najpiękniejsze, co dorosły może zaobserwować w zachowaniu dziesięciolatków. Miejsce niedawnego: a co ja mam na siebie włożyć zajęła rzeczowość i szczery entuzjazm miłośników przygody. Na szlaku odsadzili nas o kwadrans. Żadnego względu dla starszych. Gdzież tam. Mogliśmy sobie człapać nawet godzinę, bylebyśmy uregulowali należność za opiekę grzecznej pani obsługującej padok. W połowie drogi dzieciątka zatrzymały się, nawet zaczęły poruszać się w kierunku przeciwnym do pierwotnie zamierzonego. Była to nasza pierwsza wakacyjna górka, człapałem dźwigając niepokoje długiego roku szkolnego. Gimnastyka. Ziewanie. Hiperwentylacja. Komórki pęcznieją od nadmiaru wrażeń, musiałem zwolnić. I wtedy, wyparłszy smutek powodowany bezsilnością, opanował mnie pomysł. Przyszedł sam. Góra, grzbiet której się wspinałem była niewielka, ale dosyć ostra. Odkryłem wówczas, że wysokość to miara względna; źródłem problemu jest współczynnik: ostrości do wysokości i odwrotnie. Przy założeniu, że góry to nie tylko wysiłek a zarazem prosta i krzywa matematyka, zdobywałem w wyobraźni nie tylko korbielowskie pagórki, na zboczach których instalowano końskie biznesy, ale (w wyobraźni) sporej wysokości szczyty. Język ma czelność dysponować swobodnie zasobami rzeczywistości, szedłem już coraz bardziej w sobie. Nawet nie spostrzegłem kiedy, jak i na czym zapisał się projektowany w myślach tekst:  


Góry 

Kocie – najlepiej zmilcz, bo cię.

Świętokrzyskie – krasnal by w pysk je.

Stołowe – lekko nad głowę.

Pieniny – szkoda brat śliny.

Beskidy – Ruciane Nidy.

Sudety – głupstwo niestety.

Sowie – spokój panowie.

Tatry – stygnące watry.

Karpaty – ten krótki patyk.

Apeniny – mak i trociny.

Pireneje – i świat się śmieje.

Alpy – kieliszki z szyszki.

Andy – nie czyńcie grandy.

Skaliste – jak żyć tam wszystek?

Appalachy – chichot po pachy.

Ural – pled bied – koszula.

Kaukaz – nawet nie załkasz.

Himalaje – baju baj baje.


Tak to wygląda z kosmosu.

Na kosmos też znajdę sposób.

piątek, 14 maja 2021

Moja poezja nikogo nie poderwie

 

Moja poezja nikogo nie poderwie.

Nikogo nie pocieszy.

Nikogo nie zostawi z brzuchem.

 

Sprawi i nie sprawi

wejdzie i znajdzie

osaczy i wydobędzie

zamknie na amen

zgubi śliski klucz.

 

Jeżeli szukasz rady

poproś by zeszła ci z drogi

lub delikatnie podpowiedz

z kim powinna zamienić się miejscami.

 

Jest jak narośl wyniosłej pestki

dymiące kretowisko

które rozwłóczył namiętny rydwan

 

Żyj jak człowiek – przeczytałem w wierszu

współczesnego Sofoklesa.

Myślę - pewnie wiesz - o kim…

wtorek, 11 maja 2021

Casa Blanca

  Casa Blanca

 

Przynagleni widokiem: palma i ocean, 

zobaczyć takie rzeczy z własnego balkonu,

więc bierzemy dwie noce. Zgrabnej balustrady

dotykasz wyobraźni rzęsą po kryjomu.

 

Promień podejdzie z lewej, tak myślałem wtedy,

na stoliku talerze, imbryk, resztki jadła,

rogiem ci na kolana serweta opadła,

łaskocząc dowiezione opowiada Wedy.

 

Daruj muzo powabna, już dzień, ruszać trzeba,

ocean nie ucieknie, ale czasu szkoda,

wnet południe na plaży wyrzucona kłoda

 

Przemówi. Deszcz i zimno. Okulała mewa  

pod naszym wprost balkonem nuci carpe diem...

Niskie łgarstwa z folderu pogoniłbym kijem.

 

niedziela, 2 maja 2021

Dzień dobry majowa jutrzenko

 

Dzień dobry Majowa Jutrzenko🍀🌱🌿😊😊😊 dzisiaj w szczególny sposób myślimy o Świętym Józefie - Patronie ludzi pracy oraz Opiekunie poszukujących własnego miejsca w życiu i świecie. Przyglądamy się Józefowi wyruszającemu na spotkanie z nieznanym, po ludzku niepewnym, bo czy i tym razem zechce ktoś w niewielkim Nazarecie  skorzystać z usług najlepszego specjalisty i najpokorniejszego nauczyciela zawodu. Może tym razem nikt nie zechce, nie stwierdzi potrzeby. Mają już odpowiednio przycięte, zgrabnie odłożone, czekające sposobnej chwili deski i listewki; czekają - powiedzmy- burzy, nawałnicy, ulewy, które naruszą zawias, wypaczą skrzydło, framugę, wyszczerbią próg, roztrzaskają korytka, rozproszą stada i zasugerują zdezorientowanym iluzję swobody z dala od ludzkich oczu. Józef i tym razem wyrusza w nieznane, niczym akwizytor usług ciesielskich, stolarskich. Czego nie dotknie, cudem się staje, adekwatnością przekształconą w przewodni ogarek, nic dziwnego, że nie musi poprawiać, reagować na reklamację, podejmować naprawy w ramach honorowego załącznika do umowy. Jeśli tym razem nikt Józefa nie wynajmie, powie sobie: trudno, widocznie tak miało być. Świadomość odhaczenia wszystkich pilnych spraw równa się komfortowi, o którym marzą niezliczone rzesze. Sytuacja może okazać się konieczna, rodzajem okazji jak znalazł, by pomyśleć, popracować nad pracą, dowiedzieć się więcej niż się wiedziało dotąd, zanim emocji odkryć jęła dogadywać rutyna. A może, myśli Józef, solidny warsztat z Jezusem wystawię, zbuduję, wyposażę? Uczynię tak, myśli Józef, właśnie tak uczynię. Z Jezusem wszystko, czego dotknę, uda się.

sobota, 24 kwietnia 2021

Dzień książki

 

     Dzień książki. Kto by pomyślał, kto by pomyślał. U mnie obchody Międzynarodowego Dnia Książki trwają od nie wypowiem kiedy. Wbijają się po nasadę w bios i oprogramowanie. Książki u mnie świętują w sposób stabilny i rudymentarny. Po wypełnieniu czytelnym pismem wszystkich rubryk w zasobach kalendarza opisywana tu relacja ani na chwilę nie ustanie, nie wygaśnie,  nawet po zakopaniu opalizować będzie. Jedno z wczesnych odkryć dotyczyło właśnie tej tak bardzo delikatnej sfery, a poprzedziło je odkrycie następującej prawidłowości: nad głowami autorów przymykano wieka, a oni mimo zaistniałego ambarasu, żyli nadal i to - rzecz niesłychana – nawet tutaj, na Ziemi. Zanim zrozumiem ten paradoks, miną lata. Nie mogłem dysponować jeszcze ugruntowaną wiedzą katechizmową, nie wiedziałem wtedy, że życie Twoich wiernych, o Panie, zmienia się, ale się nie kończy, że żyjemy przede wszystkim dlatego, by uczciwie zająć pozycję, kwaterę Tam - Gdzie mieszkań wiele. W momencie uruchamiania systemu i rozpędzania aparatury powierzano mi intencje wyrażone na kartach mało ponętnych z wyglądu przedmiotów.  Książki dawnych, sprawdzonych, zweryfikowanych autorów pozostawały na wyciągnięcie ręki. Choć autorzy w większości zajmowali  pozycję w punktach oczekiwania, dwóch nadal oczekuje Paruzji na Wawelu, gdzie dawniej zamykano wieka ciężkich sarkofagów nad żałosną powierzchownością i ponurym ochędóstwem królów i książąt, ich małżonek i dziatwy. Również tam, albowiem królom są równi – jeden i drugi – czekają Chwili Ponownego Otwarcia.

   Jestem przekonany, że gdyby twórca dzieła literackiego, dla wyjaśnienia to ten, od którego zależy, że byznesz sze kręczy, kamyczek napędzający lawinkę, stracił kontakt z zarysowaną przed chwilą perspektywą, mógłby sobie ten cały swój trud… darować. „Porzuć mnie waść…”, amplifikował onegdaj rzekomą klątwę Apollona powszechnie znany i często eksploatowany w telewizorze krytyk literacki z brodą i teksasach ogrodniczkach. Amplifikował rzekomą klątwę na widok dzieł poety, prozaika, dramaturga, eseisty ignorującego istnienie, zasad, kwasów i smaku. Suma wyliczonych elementów uformuje dorodny snopek tylko wtedy, gdy jeden z drugim i trzecim autor uzmysłowi sobie, że faktycznym adresatem ich dzieł lub jakich takich pisanek jest Korektorka wieczna, czyli mleczna siostra Mądrości, powołane do istnienia po to, aby asystować Panu Bogu w razie gdyby o czymś w przyszłości zapomniał. Naturalnie wstydzą się pisarze, zasłaniają twarze poeci, maskują się dramaturgowie, rozpływają się we mgle eseiści dosyć często. A wszystko to na widok ewidentnych błędów, usterek, puzderek, lusterek szczególnie popękanych w osobistych płodach. Powiedzmy stworzył powieściopisarz jeden z drugim, ten czy tamten jakiś w pierwotnym zamyśle wartościowy utwór prozą. Obudził się z pomysłem, po tygodniu miał uszczegółowiony zarys, stopniowo stawał się społecznie coraz mnie obecny, coraz mniej serdeczny, coraz bardziej złośliwy - szczególnie względem najbliższych i sąsiadów… w końcu, chcąc jakoś powetować straty, uratować honor, naprawić relacje zdobył się za uciułane z trudem grosiwo wyekspediować rodzinkę na wczasy. I nic, że właśnie trwa w najlepsze rok szkolny, i nic, że aż do Ustronia. Niech się cieszą, że tam a nie do Goleszowa czy Goczałkowic. Po solidnym wykosztowaniu się, jak król na tronie tak on za biurkiem zasiada, bo tworzyć będzie. Urodzi albo nie urodzi. Tertium non datur.  Zaprawdę nic się nie stanie, jeśli się nie urodzi. Jest tyle ciekawych zawodów: miłosnych i innych. Czy zdajesz sobie sprawę, drogi czytelniku, że autor niepewnością dotyczącą wartości swojego dzieła niebo za nagrodę sobie gotuje? Pragnę, abyś w tym właśnie mało widowiskowym szkicu węglem dostrzegł zalążek debaty na temat sensu literatury, żebyś wreszcie zobaczył, że rozmowa o książkach wcale nie musi jej dotyczyć, że rozmowa o literaturze niekoniecznie powinna dotyczyć książek, że Międzynarodowy Dzień Książki nie jest (i być nie może) tożsamy ze świętem literatury. Chwała tym, którzy każdą wolną przestrzeń domu (rodzinnego czy cudzego) wypełniają zarysami – jak był łaskaw napisać wybitny poeta współczesny i wieczny, raciborski Pan Cogito dr Janusz Nowak – „poronionych płodów”. Błogosławione kufry, paki i skrzynie, pod ciężarem których migocze los potęgi smaku! Ukochane teczki, beczki i stateczki z dogorywającą celuloza świadkującą niegdyś doświadczeniom nagłego odkrycia: kosztownego wprawdzie, ale, Bogiem a prawdą, wartego tyle, co nic!

       Zobaczyć to wszystko jednocześnie! Jak „Bitwę pod Grunwaldem” czy „Pruski hołd”. Albo po opuszczeniu wilgotnego korytarza znaleźć się krawędzi westybulu prowadzącego do obszernych komnat oznaczonych odpowiednimi tabliczkami: Poezja sama sobą zawstydzona,  Proza, w której walka o życie zakończyła się klęską ludzi interesu: wydawcy, introligatora, drukarza, hurtownika, sprzedawcy, bibliotekarza, Dramat – prawdziwy dramatEsej – departament prób nieudanych.  Ciekawe panoptikum cząstek, na których rekin ząb połamał. A obok bogato wyposażonych komnat znajdziemy niepozorny niczym staroświecki wychodek pospolity lamus. Co to takiego? Już odpowiadam, to: składnica dzieł ulotnych, a raczej niezwiązane jak należy teczki i segregatory niezapisanych pomysłów.

                Kiedyś tak miałem. Budzę się w środku letniej nocy, wypoczęty i zadowolony. Nagle słyszę: wierszem mówię. Tekst się układa w wypowiedź niestroficzną, coraz bardziej przypomina poemat, rozwija się, zagarnia coraz więcej i więcej, i więcej. Już miałem pod naporem słów to co przychodzi zapisać, już chciałem, już bardzo bliski byłem… Wiedziałem, że byłoby to szaleństwo organizować sobie przybory, instrumentarium, siedzisko. Obudziłbym wszystkich. Skórka nie jest warta wyprawki. Ale czegoś żal, bo chciałbym mieć chociaż wgląd w to,  co mnie odwiedziło, by po chwili ruszyć w siną… To są tylko słowa, pomyślałem instynktownie, jeśli treść wyjątkowego odkrycia jest czegoś warta, nie rozpadnie się, będzie ze mną. Słowa – zobacz jak bardzo to nieliterackie – wobec treści są prawie zbędne. Już wtedy, pomyślałbyś, między trzecią i czwartą klasą liceum zawodowego, o porze, która jest latem takie myśli we mnie i przy mnie. Skąd nagle, wobec tylu realnych konkurentów, jakimi byli superjednostkowi sąsiedzi – zgromadzenie przekraczające z okładem dwa tysiące istnień - aż tak wyrazisty dowód nagłego zrozumienia?? Powiedziałem wówczas półgłosem, a krewni śpiący w drugim pokoju, zapytali mnie przy obiedzie, czy wiesz, że gadałeś przez sen? Jeśli czegoś warte są treści, to nic im nie grozi, zaiste nic im nie grozi. Obudzę się i je zapiszę. Na tę chwilę ciesz się nimi i  raduj, świętuj, ponieważ odwiedziła cię treść we własnej osobie, treść wyzbyta gramatycznych, leksykalnych, stylistycznych współrzędnych i podrzędnych, odwiedziła cię istota sprawy, sedno rzeczy, zrozumienie, iluminacja. Chciałbyś zapewne znać odpowiedź na pytanie: co dalej… Masz rację. Po przebudzeniu zauważyłem, że treści nie ma. Jest natomiast trwały, głęboki  ślad po niej, dowód na to, że jednak była. Jaka szkoda, o  jaka szkoda, łkało młode wiecznie czegoś ciekawe serducho. Teraz nie wiem, czego najbardziej żałowałem i z jakiego powodu obfite łzy lałem. Już miałem prawo myśleć, że na zawsze uciekła mi przepióreczka, że jestem taki biedny, biedniusi, biedniuteńki, taki chory, bo nie będę miał czego wnieść i czym się światu opłacić - obserwując gadające w telewizorze głowy pisarzy i krytyków – za jak myślałem: komfort dobrostanu, za regały wypełnione od podłogi po sufit, za kryształową, jak kawiarnia wielką, popielniczkę i rozpinany beżowy sweter, spod którego wychynął właśnie fragment piżamy. Oj, jak bardzo chciałem być nie tylko autorem, ale też autorytetem. Chciałem podejmować gości, wyganiać z salon, gabinetu intymność i wpuszczać kłębowisko kabli z przewróconą drabiną szyn, gniazdami reflektorów, aby za sprawą wymienionej aparatury oglądający myślał, że bohatera zdejmują co najmniej dwie kamery. „Panie operatorze, moja twarz jest w tej chwili nieistotna, zupełnie nieważna…” zwrócił się do jednego z gości sędziwy Tadeusz Różewicz. Tak, gdyby panowie przyszli trzydzieści lat temu, to może. Do mnie też gdyby przyszli także wtedy, tobym… Właśnie, czy wiem wystarczająco dobrze, co bym… Nie wiem. Poza tym śmiesznym anturażem, którego zdemaskowany egalitaryzm podkreślają techniki nauczania zdalnego, czegoś byłoby żal. Ale czego byłoby żal? Pytam, bo nie mam pewności, czy wiesz; żal treści stanowiącej mieszkanie myśli. A słowa… Cóż słowa, o ile nie są szczęśliwie ocalonymi aforyzmami Heraklita, mają wartość błota, owszem – racja – niech ci będzie: gliny. Tak gliny, którą dobywano początkowo w okolicy dzisiejszego Muchowca, z której wyrabiano katowickie cegły. Jak pisze Henryk Waniek, autor poważny, skrupulatny i wybitny – tych cegieł wystarczyło na zbudowanie ponad 250 secesyjnych, porządnych kamienic i kilkunastu obiektów użyteczności publicznej. Owszem, książka Wańka to jubilerski rarytas, każdy wie, więc mało kto potwierdzi słuszność przypomnianego w tym miejscu osiągnięcia. Czytelnicy domyślają się, że tego rodzaju teksty nie powstają przy taśmie produkcyjnej, że nawet wtedy, gdy traktują o prostych desygnatach pracy i losu, któremu wisi sława Syjonu i sprawa Logosu nawiedzającego jedynie wybudzonych nagle lub skarżących się  na bezsenność, musi je poprzedzić moment nagłego zrozumienia, czyli prywatna iluminacja. Książka jest po to, aby iluminować, szkoda, że rozdziały tej Księgi nie mogą liczyć na prawo istnienia summie ksiąg nabożnych. Jeżeli czytasz coś i wydaje ci się, że tekst ci świeci literami, a także przestrzenią pomiędzy, że objawy smutku i niezgody rozprasza uśmiech również twojego zrozumienia, to wiesz i nikt cię nie musi do tego przekonywać, że obcujesz z często przywoływaną tu „treścią”. Co wobec tego ze słowami? Słowa też są. Są jak piasek – czysty, przejrzysty.                      

środa, 21 kwietnia 2021

Bergamo

     Bergamo

 

Miasto podzielił nasyp, tory na nasypie

Przyjmują spolegliwe zimnych kół żelazo,

Zapytasz grzecznie ludzi, dobrą radę dadzą,

Staruszek na krzesełku dosypia po stypie.

 

Klinkier, na którym słonko wyczekuje końca

Obłudy amatorów powietrznych kąpieli,

Kwiecia roziskrzonego dywanik rozścieli

Zieleń na śliską jezdnię z nagła wbiegająca.

 

Bergamo. Tyle tobie chciałem opowiedzieć

Tylko od czego zacząć… nim napłyną fale…

Twój chłód i twoje ciepło, puste ospedale,

 

Czujność piramidalną odtąd po kryjomu

Wietrzę, gdy się przyglądam slajdom plastikonu

Osobistej pamięci. Miasto - mój sąsiedzie.


wtorek, 13 kwietnia 2021

Love is the drug


To właśnie ten utwór, posłuchaj i przyjrzyj się widowisku, esencjom subtelnie depczącym pleksiglas rampy, słynnym angielskim Alibabkom – jak rzeźbią figury z powietrza tak samo jak ty. W magnetofonie samochodu Wyrobka kręciła się taśma, podczas jazdy biegi rzucały się same, siedziałem na kanapie niewielkiego z pozoru forda mustanga. Panowie odwozili mnie pod chatę, pamiętam szlachetność bursztynowych brzmień dobiegających z głośników i wysoką temperaturę spokojnego popołudnia. Bez pośpiechu - jedenastoletni -  zahaczyłem grzywką o miękką podsufitkę. Kuzyn i jego kolega Wyrobek przyglądali się temu cierpliwie, rozsądnie inwestując czas w drogocenne kruszywo, z którego po latach wyłoni się ten opis. Inwestowali w niezmienność, wdzięk i ogniotrwałość. A wspierał ich wieniec dusz moich przyszłych podopiecznych. Poważni panowie zakładali fundament, budowali na skale, przywoływali wielki świat. Po latach Józek zabierze Basię na przejażdżkę; kabrio choćby najtańszą umazane maścią cudzy wzrok niezawodnie zwabi. Mało tego; miasto podziwiane z pokładu kabria odsłoni osobliwości, jakich ledwie się domyślamy, zaskoczy nawet dorosłych, obeznanych, zaznajomionych. Jakiego przyspieszenia musiała dostarczyć przejażdżka sportowym wozem z Podlesia do centrum Katowic, z umownie zabudowanego przysiółka z lasem podziwianym po otwarciu okien, wypatroszonego przez zgłodniałych zamieszkania. Każdy niuans tej podróży pamiętam. Heniek z Jerzym cierpliwie na wygramolenie się moje czekali, Henio zajął miejsce w fotelu pasażera, Jerzy wcisnął delikatnie klakson, po czym z piskiem skierowali się na zachód, w kierunku Chorzowa, gdzie na Henia czekała Ewa. Dotąd nie wiem, Heniek się nie zwierzał, ale właśnie wtedy, po raz pierwszy, jako kumpelę siostry czy dziewczyny Jurka, miano mu ją przedstawić. Miłość to lekarstwo. Najlepsze. Lepszego brak.


Głową... do końca

  Głową… do końca Opublikowano 14 lipca 2006 | Przez Corona radiata       Głowa, gdy mądra, i z nogami rada rozumem się dzielić. Najpi...