poniedziałek, 11 lipca 2022

Wydział elektryczny


Fabrycznej podskakuje aromat zaprawy

Z przeciągiem wiedzie spory smar wezbranych cystern,

Rozprasza go przewrotny warkot dawnych czystek,

Gonitwa rudej wstęgi, kołowrotek blady.

 

Na ławach przemywane jelita stojanów,

Wirniki rozchełstane, wzgardzone jak kwiaty,

Ikonkę nastolatki klei spec garbaty

Do lewej strony drzwiczek, smutnych parawanów.

 

Powietrze zagotował harmider parteru,

Znów blask miedzianych kuwet po szczeblach się wspina,

Zwierciadła mętnych stawów podziwia dziewczyna

 

Z kabiny przejmującej źródła wszelkich szmerów.

„Paruzel"! - słychać z dołu, gdy trzeba coś przewieźć,

Wzdłuż ścian, niby na randce, suwać kran pod niebem.

 

  


środa, 6 lipca 2022

Stary szwedzki kasetowy

   Kiedyś stary "szwedzki" kaseciak odtwarzał ten kawałek nawet po wyjęciu bezcennej taśmy, wystarczyło uruchomić - tamten już wiedział, co ma grać, niejako antycypując amplifikatory współczesnych odtwarzaczy. Rapsodia cygańska za każdym razem była świętem, świętowałem więc tak często, jak inni palili ryż, czyli każdego dnia. Słuchałem i świętowałem bez świadomości kontekstu. Coś tam jednak kumałem, słyszało się: Mama, słyszało się odgłos kontrolowanego opadania bombek choinkowych, docierały inne efekty, które początkowo brałem za drobną fanaberię mechanizmu kontrolującego przesuw taśmy. Słyszało się przede wszystkim głębię przeżyć, bez których ten utwór nie określiłby prawideł, nie wypolerowałby gustu ówczesnego dwunastolatka. Dzisiaj docierają na srebrnej tacy owoce tego utworu. Orkiestry, kwartety, soliści podkreślają, że arcydzieło musi wyrastać z niewinności i (męki) niespania. Zazwyczaj przychodzi nocą, wtenczas trzeba obudzić domowników, trzeba postawić na równe nogi dom, ulicę, kwartał ulic. Trzeba działać, bo to jedyna w życiu okazja, bo to właśnie ten czas, czas na sztukę! Około południa, bez mydlenia się śniadaniem trzeba zwlec się wyrka, po omacku, czyli z zasklepionymi oczkami trafić do piwnicy, a może półprofesjonalnej sali prób, gdzie od kilku godzin cierpliwie, jak gdyby nigdy nic, czekają koledzy spragnieni grania. Minionej nocy przyprawiłeś o ból głowy krewnych i sąsiadów, znajomych i nieznajomych, bliskich i dalekich. Już ci tego nie mają za złe. Wiedzą, że za chwilę nazwa miejsca, w którym żyją, zrośnie się na wieczność z tym, co tworzysz. Już za złe ci tego nie mają... Graj.

https://fb.watch/e5EXyDVdn_/


poniedziałek, 4 lipca 2022

Byłem tam nie raz, nie dwa razy

 

     Byłem tam nie raz, nie dwa razy. Pierwszą wizytę poprzedził przedziwny zbieg okoliczności: mimowolnie uczestniczyłem w rozmowie koleżanek, które podjęły kwestię: „Dokąd, Halinko tym razem? „Tym razem Paryż, bo nasza ubiegłoroczna eskapada do Wilna przekonała, że wakacje są po to, by w warunkach niespiesznych świat wreszcie zauważyć". Poczułem, jak to wyznanie drąży na płacie czołowym wyrazisty rowek. Wakacyjnej eskapady nigdy nie umiałem ani solidnie zaplanować, ani przeprowadzić. Tym razem pojawiła  się wizja przełomu. Pomysł: jedziemy do Wilna! wywołał szczerą radość. I się zaczęło. Był początek lipca, wszystko nam sprzyjało. Kwestię przyspawanych na sztywno miejskich figur nachalnych Halinka przedstawiła w postaci niewinnej i obrazowej; tak jest wszędzie, trzeba uważać na zmurszałą kastę, tak i Wilnie trafimy na tamtejszy koloryt lub lokalny badziew. Kolorytem była pogadanka autochtona, który przed kościołem Bazylianów szczelnie otoczonym rusztowaniami, zaoferował spontanicznie usługę dydaktyczną. Poczekał aż się co najmniej osób pięć zgromadzi, po czym uruchomił zaśpiewne działo. Opowieść bardzo  ciekawa, czuła i wzniosła. Chociaż spontaniczny wykładowca siłował się od dawna z dziewiątą dekadą, formułował myśli zajmująco, zaglądając do kuferka ze zdobyczami starożytnej retoryki, stymulując uwagę, wywołując afekty. Komu problematyka była bliska i droga otrzymywał potwierdzenie prywatnych rozpoznań i przemyśleń. Wykład ciekawy, spójny i rzeczowy, myślę nadto, że nie zawierał zbyt wielu przekłamań i uproszczeń. 

    Bodaj temu panu zawdzięczam anegdotę na temat przedwojennego entuzjazmu profesora Juliusza Kleinera ze Lwowa. Gdy w Wilnie i we Lwowie biało-czerwona jako jedyna powiewała, odwiedził profesora ktoś, kto zapewniał, że przy Ostrobramskiej mieszka staruszeczek, który znał, widział i nawet rozmawiał z Mickiewiczem. Czując nadciągającą historyczność rzeczonej informacji, profesor zaproponował gronu studentek i studentów udział w poważnej ekspedycji naukowej. Zachęciwszy z rewerencją najlepsze przyszłe panie polonistki i najlepszych przyszłych panów polonistów, po kilku dniach prowadził szlachetną przyszłość narodu i branży ku okazałemu budynkowi lwowskiego dworca. Ekipę ponad dziesięcioosobową spod Ostrej Bramy skierowano bezpośrednio pod adres zapisany ołówkiem na szpargałce. Przed posesją ławeczka, na ławeczce stulatek z widocznym naddatkiem kilkunastu miesięcy. Profesor nabrał pewności, że tym razem nie fatygował się do Wilna po próżnicy. Na cóż czekać? Przystąpmy do delikatnego oswajania gruntu – pomyślał instynktownie - i zabrał się do luzowania sprzączek otwierania chlebaka, częstowania czymś słodkim. Padają pytania o kościoły, o duchownych, o zakonnice. Lody prawie przełamane, skoro tak, profesor zdobywa się na odwagę i z coraz większą śmiałością formułuje następujące pytanie:

- Szanowny, drogi panie, jest pan tak sympatyczny i pogodny... pewnie w tym właśnie sekret chwalebnej długowieczności; proszę wybaczyć zuchwałość, ale odnoszę wrażenie, że mógł pan widzieć, nawet zapamiętać samego... Mickiewicza...

- Mickiewicza... ? - tu wzrok staruszka nabrał walorów bezdotykowego wykrywacza kłamstw.

- A skąd pan wie? 

- Ojej, przepraszam pana - żachnął się profesor, w książkach pisze - że właśnie w Wilnie studiował, mieszkał... 

- Mickiewicz, powiadacie, Mickiewicz, może i taki był… czy nie aby... Adam? – wysączył od niechcenia nestor, na co profesor, niczym wdzięczna baletnica z cenzusem, radośnie podskoczył na ławeczce

- Tak, to ten, ma pan całkowitą słuszność: Adam, stuuu...dent, poeeeta - zachęcał staruszka profesor – niech pan uważa, my tu też wszyscy studenci, i ja kiedyś student. A i pan może... studiował - i nagle zrozumiał, że podczas planowania trasy na szczyt, wytyczył najtrudniejszy szlak...

- No tak panie, no tak... Mickiewicz, hmm, Adam... po krótszej chwili, podczas której zdążył przetrzeć czoło wełnianym mankietem i ze trzy razy opuścić i podnieść powieki. - Mickiewicz Adam, a był tu taki, tyle że wyjechał i kamień we wodę. 

Zastanawiam się, bo nie wiem, komu faktycznie zawdzięczam tę anegdotę. Tego dnia zwiedziliśmy dokładnie Celę Konrada. Pomieszczenie służyło niegdyś nie tylko wrogom młodzieży wileńskiej. Tadeusz Konwicki dostrzegł w nim gotowy plan kilku scen filmu: „Lawa”. Słyszało się już wówczas o wyrafinowanych zamiarach inwestycyjnych, które władzom Wilna przedłożyli prawnicy korporacji hotelowej z… Hiszpanii. Interesujących nas pomieszczeń nikt odtąd nie sprzątał; wmurowana łacińska inskrypcja oraz tablica informująca po litewsku i polsku rzucały w naszym kierunku ostatnie błyski. Niewiele myśląc poprosiłem o zdjęcie, na którym wyszedłem jak bohater patetycznej śpiewogry.

Kolejny pobyt na dziedzińcu dawnego klasztoru, potem więzienia stanu. Tu niemałe zaskoczenie: sympatycznego wykładowcy nie było… zastaliśmy natomiast ganek, rodzaj stróżówki z betonu, której usytuowanie postanowiono podporządkować uwagom scenograficznym Mickiewicza. Z niejakim trudem i kosztem suto sypanych wydatków osiągnięto cechy raptem dwu konstruktywnych epitetów: „najdalsza jest i przylega do ścian kościoła”. Najistotniejszy walor, jakim była powierzchnia użytkowa oraz koza trawiąca ogniem drewno, nie został podjęty. Kto się pomylił? Komu zależało na tak ostrej ingerencji? Myślę, że zdecydowanie najintensywniej mieszał w tym kotle Mickiewicz. Mógł po prostu… zapomnieć. A może kierował się wskazówkami bezgłośnej logiki dzieła… Nie powinniśmy formułować pretensji pod adresem „winowajcy”. To miejsce przywołuje ponure skojarzenia, przekształcanie katowni ducha narodowego w muzeum literackie, muzeum jednego utworu pozostaje mocno dyskusyjne. Niech ten plac i te budynki zaczną pisać nowe dzieje, niech się to miejsce rzetelnie z dołka wygramoli. Niech łupina z cegieł i tynku, której powierzchnia nie zdominuje metrażem nastawni kolejowej w Stawiskach, żyje sobie i innym na uciechę. Drzwi, za nimi dysproporcjonalny przedpokój, w połowie ściany otwór imitujący miejsce do zakratowania. W obrębie drugiego pomieszczenia pojedyncze łoże przytargane ze śmietnika, na nim rozpruty siennik, z siennika wysterka owsiana albo żytnia słoma pamiętająca pompę uroczystości oficjalnego otwarcia. U wezgłowia taboret, na nim współczesny lichtarz z aluminium, w lichtarzu świeca, która dymiła pięć, najwyżej dziesięć minut. Uwagę przyciągają nowoczesne plafony z wiedzą. Użyto materiału najwyższej jakości, jednak zaprezentowane treści łamią serce temu, kto o sprawie wie… trochę. Miejsce muzealnej szansy zmarnowanej. Organizatorzy eksponują nazwiska autorów podobizn, co na skutek dezinformacji wywołuje ostre zamieszanie. Nawet mnie, wiedzącemu trochę, zakręciło się w głowie. Oto klasyczny przejaw północnej ksenofobii. 

A co dzisiaj? Pragnę poinformować, że takiej kawy jak w Wilnie nie masz w żadnym kraju. Wybór bogaty, choć ceny mediolańskie. W sklepach, palarniach, punktach mielenia ruch ciągły, ale tłoku nie zauważyłem. Wilno dzisiejsze żyje z turystyki. Organizatorzy odrobinkę zmądrzeli, podjęli starania, zaczęli dbać. Kiedyś rządziła tam zasada: „szarpajmy” portfele na sztuki, drugiego końca świata nie będzie. Dzisiaj jest inaczej: miasto to złożony z dyskretnych sygnaturek system inteligentnych magnesów. Wszędzie muzyka. Żywa, powabna. Piękna, zróżnicowana, nienachalna, dyskretna. Muzyka kultur, nacji, porządków stylistycznych. Dużo tego. Wilno, gdy się tylko wybierzecie, zapewne was zaskoczy.

 

czwartek, 30 czerwca 2022

Sto jedenaście

 

Sto jedenaście. Trzy jedynki. Trójca. Liczba, która zobowiązuje. Do czego konkretnie? Do wyznania, że w osobie Czesława Miłosza (utalentowanego wszechstronnie) rezyduje, niezależnie od innych talentów, wyjątkowy zdolniacha. Najwyższa pora przypomnieć, że Miłosz to znakomity tłumacz... Gdy ukończył sześćdziesiątkę, za namową przyjaciela - księdza Józefa Sadzika, odnalazł się w roli tłumacza fragmentów "Pisma Świętego". Wydany w Znaku kodeks pt. "Księgi biblijne" przybrał postać dla owadów straszną a dla gryzoni złowieszczą. Po ciemku moglibyśmy ten tom pomylić ze "Zbiorem encyklik wszystkich" albo "Katechizmem", a przecież, ktoś rezolutnie zauważy, jak się owo dzieło translatorskie Miłosza do całości kanonicznego Objawienia? Rodzi się instynktownie pytanie: dlaczego na przykład tylko Ewangelia wg Św. Marka? Czy dlatego, że najkrótsza? A może Miłoszowi zależało na wyeksponowaniu prześcieradła, o którym pisze wyłącznie Marek - porte parole Św. Piotra. Tłumacząc tylko Ewangelię wg Św. Marka, to moje niepozbawione logiki wyjaśnienie, usiłował się zmierzyć z problemem, któremu na imię Piotr - drugi syn poety. Argumentem poświadczającym fakt, że Miłosz nie stroni od ksiąg wymownych i obszernych jest przekład "Księgi Psalmów". Na etapie poprzedzającym właściwą pracę translatora, przechodzi intensywny kurs hebrajskiego. Odbywa solidną kwerendę źródeł i dokonań poprzedników. Szczególnie mocno fascynuje go "Psałterz puławski". Zdaniem Miłosza to nie tylko zabytek, który należy skrzętnie przechowywać pod szkłem. Ten przekład to czytelnicze wyzwanie... zdaniem Miłosza jest zbiór Psalmów składających się na puławski rękopis to stan i przejaw najbardziej optymalnego wariantu języka, w którym został zapisany. Zachwyt przejmuje na wieść, że tłumacz lub tłumacze tej Księgi czuli radość korzystając z tak specyficznego przywileju. Tworzywo, czyli ówczesna polszczyzna, było wg niego/nich podejrzanie nowoczesne. Pomyślelibyście... Miłosz postępuje inaczej, ceni język średniowiecznego przekładu a zarazem staje w szranki z translatorską moderną Czego więc chce, na czym mu zależy? Na tym, by Psalmy brzmiały po polsku tak jak w oryginale. W związku z tym będzie się musiał zdobyć na stworzenie tekstów pozostających w konflikcie z przejawami leksykalnej, syntaktycznej i stylistycznej moderny. Celowanie w diapazon archaiczny osłabiłoby powagę i wymowę tekstów świętych. Należy znaleźć kompromis pełen sensu i naturalnej łagodności. Ogniwo pośrednie dostrzegł w przekładach Izaaka Cylkowa - Żyda żyjącego w Białymstoku w drugiej połowie dziewiętnastego i pierwszej połowie dwudziestego wieku. Cylkow tłumaczył księgi biblijne z własnego na cudzy. Miłosz postępuje inaczej, bo zadania się zmieniły. Z nowoczesnej pracowni Miłosza wyszedł na światło dzienne dowód szczęśliwie ocalonej giętkości języka. W tekstach tych darmo szukać translatorskiej brawury. Dąży się w nich do tego, aby mogły zyskać status wiarygodnego towarzysza modlitwy Psalmami. Jako uczestnik Wspólnoty 1 W 1 rozważam w tym tygodniu słowa Psalmu oznaczonego numerem pierwszym. Czy ta zbieżność  nie powinna dać nam do myślenia? Mnie daje. Jeszcze jak. I to jak bardzo!

środa, 29 czerwca 2022

Sałatka z grenadiererem

   W dzień upalny najlepsza <Sałatka z grenadierem> Nie mam na myśli towarzystwa któregoś z panów wojskowych, choć uważam, że zdrowy żołnierz nie pogardziłby pysznościami sprawdzającymi się zarówno w roli przystawki, drugiego dania jak i deseru. Szczególnie dzisiaj, czyli w uroczyste wspomnienie Św. Apostołów Piotra i Pawła wypada naszą dietę czymś konkretnym umocnić. Wszak Św. Piotr był swego czasu poważnym armatorem i doświadczonym rybakiem. A co z Apostołem narodów? Św. Paweł zasłynął początkowo jako konstruktor i wykonawca namiotów. Namiot, po łacinie: tabernaculum. Skąd ten grenadier? Ze sklepu i z zamyślenia. W czytanym dzisiaj fragmencie "Dziejów Apostolskich" obserwujemy Piotra w jerozolimskim więzieniu. Największy polityczny kreatyn historii śródziemnomorskiej, ku zadowoleniu faryzejskiej gawiedzi, zaplanował przeprowadzenie pokazowego procesu, niech tylko minie okres świąt... Wspomniany kretyn, którego imienia Wam zaoszczędzę, zastosował wobec Piotra szczególnie ostrą represję; pilnowało go bezpośrednio czterech spośród szesnastoosobewego oddziału. Dwóch trzymało straż na zewnątrz kryminału, a dwóch pilnowało ciężkich łańcuchów, którymi spętany był Piotr. Zapewne siedział wsparty o chłodną ścianę, boso, odziany jako tako i czymkolwiek. Zamiarom prześladowców sprzeciwił się Jezus; zesłał na pomoc Anioła i wszystko potoczyło się zgodnie z wolą Bożą. Piotr wyszedł na wolność. O duchowej wolności pisze z przekonaniem w Liście do Tymoteusza Św. Paweł. Jak wytłumaczyć wyrafinowane treści z pierwszego wieku naszej ery z ilustracją pozornie pozbawioną związku. Otóż można, a nawet trzeba: grenadier to wędzona ryba, powiem krótko: wspaniała (zdrowa mazda wśród ryb). Wszelkie miksy z osłonką zieleniny to gest czci, jakiej godzien jest Św. Paweł.

Zatem: sałata, ogórki, ogórki kiszone i małosolne, szczypiorek, pietruszka (tym razem w wariancie suchym ku czci Św. Piotra), dwa mięsiste pomidory, trzy kiszone rzodkiewki, trzy piórka cebuli oraz pechowy pisklak warzony do miękkości. Na to spaść powinno kilka kropel limonki oraz koniecznie kilkanaście oliwy z oliwek. Najlepiej smakować będzie na biwaku, pod namiotem, na leśnej polanie. Zobaczcie, skosztujcie.

Może być zdjęciem przedstawiającym jedzenie

Lubię to!
Komentarz
Udostępnij

wtorek, 28 czerwca 2022

Erwin i murale

Na północnej flance bloku Beatki, Beatko, gdzieś ty... nasz sąsiad Erwin, znakomity malarz i wyborny znawca plastycznego rzemiosła. Specjalista nie tylko od farb i palet, fachowiec przede wszystkim od ludzi. Społeczny obraz artysty pochodzącego z Giszowca podtrzymują wytrwale: żółwie uproszczeń i słonice stereotypów. Żółwi nie nawrócisz, słoni nie przekonasz. Upraszczano znaczenia walorów symbolicznych, akcentowano sztywną przynależność do grupy prymitywistów z Janowa. Uczestnikom eksperymentu socjologicznego pozwalano na więcej niż kandydatom na akademików. Jacy oni umorusani, jak ciemno mają w pracy; niech więc sobie w półmroku, przy ogarku, przy świecach coś tam smarują, niech tam sobie mażą - mawiano z przekąsem i zatroskaniem. Erwin znakomicie kamuflował istotne treści osobistego przekazu. Stereotyp sztukmachera ze Śląska: garaże, pejzaże i marne gaże długie lata uważał za oścień, z którym w końcu rozprawi się charakternie i honorowo. Kto mógłby sprostać regułom narzuconej łatki? To pytanie niech pozostanie otwarte. Przykład Erwina Sówki dowodzi, że dałby temu radę jedynie ktoś spójny i mądrze wspierany przez rodzinę. Miałem szczęście widywać bohatera w towarzystwie zacnej małżonki w sytuacjach swobodnych, ludycznych, biesiadnych, ale także poważnych, oficjalnych i uczonych. Za każdym razem czułem niewypowiedziany respekt, jaki wyzwala świadomości przebywania w obecności ludzi kompletnych, spełnionych, zakochanych miłością pierwszą. Pani Erna nie ma absolutnie nic wspólnego z bolesną pretensjonalnością sportretowaną w filmie "Angelus". Gdybyście zapytali, od czego zależy siła śląskiej rodziny, wskazałbym małżeństwo Sówków. Ale - zapytasz - na czym ona polega? Na miłości szczęśliwej.

Ależ dokonałem odkrycia! Pomyślelibyście? Czy zamierzający pójść wspólną drogą spodziewali się takiej odpowiedzi? To dziwne, osobliwe, ale wg mnie działalność malarska Erwina to opowieść o miłości, która nadaje moc wszystkiemu, co istnieje. Odnajdujemy ją na obrazach i przysadkach wzruszenia, jakie mimowolnie u innych wyzwalają.

Mural na załączonym obrazku. Katowice - Zawodzie, ul. 1-Maja 168. Już odsłonięty. Rusztowania wyruszyły podpierać inną elewację. Być może widok ocierających się materii wyciśnie komuś z serdecznej pamięci bukiecik miłych wspomnień, których bezpretensjonalny wdzięk przełamie niecierpliwa enumeracja podchwytliwych pytań. Obyś się jeden z drugą nie musiał zdobywać na podniosły radykalizm, obyście nie musieli pytać: Beato, gdzie jesteś? Co się stało? Ciała nabrałaś i wyszłaś z ram? Dlaczego zabrałaś się i opuściłaś poldery mojego życia? Wnyki, któreśmy rzekomo z losem zastawili, okazały się blagą, plątaniną lekkich nici? Czy los, z którego rad kpiłem, faktycznie okaże się mędrcem, największym, jakiego spotkam? A może narzędziem powabu nie był magnes tylko pospolite lepiszcze, w którym ugrzęźnie, kto nastawia? Porwał cię, czy nie aby na strzępy, ponury protokół doczesności? Surowy ocean świata czy jedno zdanie wypowiedziane lub oszczędzone? Jesteś czy cię nie ma? I czy tam, gdzie jesteś, to ciągle Ty?

Może być zdjęciem przedstawiającym stoi i na świeżym powietrzu


wtorek, 17 maja 2022

The Naghash Ensemble - koncert





Zgodnie z oczekiwaniami koncert zespołu The Naghash Ensemble to przeżycie spełniające z nawiązką najwyższy standard wykonawczy i artystyczny. Publiczność także zasiadła i stanęła na wysokości zadania, chociaż, raz za razem czuło się, że kilka osób przybyło, by uczestniczyć w wielkim święcie dźwięku z nadzieją usłyszenia czegoś innego. Zespół programowo rezygnuje z szukania popularności i zrozumienia za wszelką cenę. W tym sformułowaniu czai się ryzyko oderwania od idei i praktyki dobrostanu, ku któremu winien zmierzać każdy artefakt sceniczny, plastyczny, architektoniczny czy literacki. Głównym czynnikiem komplikującym relację wykonawców ze słuchaczami jest zagadkowa, bolesna asemantyzacja. Może to efekt niedopatrzenia organizatorów, może specyficzny wybór kierownika artystycznego, ale poza spolszczeniem tytułów kolejnych części koncertu inne bogate, bezcenne, endemiczne treści, sensy, intencje słuchacz mógł co najwyżej powierzyć rekonstrukcji, domysłowi. Same brzmienia - więcej niż zachwycające – napotykały barierę w postaci wysokiego, ośnieżonego zbocza odbijącego dumne talie i zarysy sensów, wzmacniających nastrój, porządkujących dykcję, tonacje i fermaty. Repertuar należy do gatunku i stylistyki pieśni z… kontekstem, co ciekawe - porywająca, wzruszająca, rozszerzająca serce polisemia koncentrowała się wyłącznie na głosie. Nic tylko głos i tylko głos… wypadałoby zacytować Leśmiana. Nie rozpędzajmy się. Leśmianowskie poetyckie dopełnienie niczym nie przypomina emocji i klimatu wczorajszego koncertu. Wypełniony dźwiękiem zachwycałem się walorami i temperaturą czystych głosów;   ciekawy, czy wykładnik znaczeniowy szlachetnej frazy nie mógłby wreszcie wyjść na spotkanie z rozbudzoną dociekliwością  słuchacza? Jedno istotne zapytanie krytyczne, poza tym wszystko (szczególnie głosy) usytuowane nad progiem ideału. Myślę, tak przypuszczam, dostojny, udręczony tułaczką arcybiskup Amidy, Mkrticz Naghash, autor libretta, jest zapewne z mistrzyń, mistrzów dumny.

Głową... do końca

  Głową… do końca Opublikowano 14 lipca 2006 | Przez Corona radiata       Głowa, gdy mądra, i z nogami rada rozumem się dzielić. Najpi...