sobota, 24 kwietnia 2021

Dzień książki

 

     Dzień książki. Kto by pomyślał, kto by pomyślał. U mnie obchody Międzynarodowego Dnia Książki trwają od nie wypowiem kiedy. Wbijają się po nasadę w bios i oprogramowanie. Książki u mnie świętują w sposób stabilny i rudymentarny. Po wypełnieniu czytelnym pismem wszystkich rubryk w zasobach kalendarza opisywana tu relacja ani na chwilę nie ustanie, nie wygaśnie,  nawet po zakopaniu opalizować będzie. Jedno z wczesnych odkryć dotyczyło właśnie tej tak bardzo delikatnej sfery, a poprzedziło je odkrycie następującej prawidłowości: nad głowami autorów przymykano wieka, a oni mimo zaistniałego ambarasu, żyli nadal i to - rzecz niesłychana – nawet tutaj, na Ziemi. Zanim zrozumiem ten paradoks, miną lata. Nie mogłem dysponować jeszcze ugruntowaną wiedzą katechizmową, nie wiedziałem wtedy, że życie Twoich wiernych, o Panie, zmienia się, ale się nie kończy, że żyjemy przede wszystkim dlatego, by uczciwie zająć pozycję, kwaterę Tam - Gdzie mieszkań wiele. W momencie uruchamiania systemu i rozpędzania aparatury powierzano mi intencje wyrażone na kartach mało ponętnych z wyglądu przedmiotów.  Książki dawnych, sprawdzonych, zweryfikowanych autorów pozostawały na wyciągnięcie ręki. Choć autorzy w większości zajmowali  pozycję w punktach oczekiwania, dwóch nadal oczekuje Paruzji na Wawelu, gdzie dawniej zamykano wieka ciężkich sarkofagów nad żałosną powierzchownością i ponurym ochędóstwem królów i książąt, ich małżonek i dziatwy. Również tam, albowiem królom są równi – jeden i drugi – czekają Chwili Ponownego Otwarcia.

   Jestem przekonany, że gdyby twórca dzieła literackiego, dla wyjaśnienia to ten, od którego zależy, że byznesz sze kręczy, kamyczek napędzający lawinkę, stracił kontakt z zarysowaną przed chwilą perspektywą, mógłby sobie ten cały swój trud… darować. „Porzuć mnie waść…”, amplifikował onegdaj rzekomą klątwę Apollona powszechnie znany i często eksploatowany w telewizorze krytyk literacki z brodą i teksasach ogrodniczkach. Amplifikował rzekomą klątwę na widok dzieł poety, prozaika, dramaturga, eseisty ignorującego istnienie, zasad, kwasów i smaku. Suma wyliczonych elementów uformuje dorodny snopek tylko wtedy, gdy jeden z drugim i trzecim autor uzmysłowi sobie, że faktycznym adresatem ich dzieł lub jakich takich pisanek jest Korektorka wieczna, czyli mleczna siostra Mądrości, powołane do istnienia po to, aby asystować Panu Bogu w razie gdyby o czymś w przyszłości zapomniał. Naturalnie wstydzą się pisarze, zasłaniają twarze poeci, maskują się dramaturgowie, rozpływają się we mgle eseiści dosyć często. A wszystko to na widok ewidentnych błędów, usterek, puzderek, lusterek szczególnie popękanych w osobistych płodach. Powiedzmy stworzył powieściopisarz jeden z drugim, ten czy tamten jakiś w pierwotnym zamyśle wartościowy utwór prozą. Obudził się z pomysłem, po tygodniu miał uszczegółowiony zarys, stopniowo stawał się społecznie coraz mnie obecny, coraz mniej serdeczny, coraz bardziej złośliwy - szczególnie względem najbliższych i sąsiadów… w końcu, chcąc jakoś powetować straty, uratować honor, naprawić relacje zdobył się za uciułane z trudem grosiwo wyekspediować rodzinkę na wczasy. I nic, że właśnie trwa w najlepsze rok szkolny, i nic, że aż do Ustronia. Niech się cieszą, że tam a nie do Goleszowa czy Goczałkowic. Po solidnym wykosztowaniu się, jak król na tronie tak on za biurkiem zasiada, bo tworzyć będzie. Urodzi albo nie urodzi. Tertium non datur.  Zaprawdę nic się nie stanie, jeśli się nie urodzi. Jest tyle ciekawych zawodów: miłosnych i innych. Czy zdajesz sobie sprawę, drogi czytelniku, że autor niepewnością dotyczącą wartości swojego dzieła niebo za nagrodę sobie gotuje? Pragnę, abyś w tym właśnie mało widowiskowym szkicu węglem dostrzegł zalążek debaty na temat sensu literatury, żebyś wreszcie zobaczył, że rozmowa o książkach wcale nie musi jej dotyczyć, że rozmowa o literaturze niekoniecznie powinna dotyczyć książek, że Międzynarodowy Dzień Książki nie jest (i być nie może) tożsamy ze świętem literatury. Chwała tym, którzy każdą wolną przestrzeń domu (rodzinnego czy cudzego) wypełniają zarysami – jak był łaskaw napisać wybitny poeta współczesny i wieczny, raciborski Pan Cogito dr Janusz Nowak – „poronionych płodów”. Błogosławione kufry, paki i skrzynie, pod ciężarem których migocze los potęgi smaku! Ukochane teczki, beczki i stateczki z dogorywającą celuloza świadkującą niegdyś doświadczeniom nagłego odkrycia: kosztownego wprawdzie, ale, Bogiem a prawdą, wartego tyle, co nic!

       Zobaczyć to wszystko jednocześnie! Jak „Bitwę pod Grunwaldem” czy „Pruski hołd”. Albo po opuszczeniu wilgotnego korytarza znaleźć się krawędzi westybulu prowadzącego do obszernych komnat oznaczonych odpowiednimi tabliczkami: Poezja sama sobą zawstydzona,  Proza, w której walka o życie zakończyła się klęską ludzi interesu: wydawcy, introligatora, drukarza, hurtownika, sprzedawcy, bibliotekarza, Dramat – prawdziwy dramatEsej – departament prób nieudanych.  Ciekawe panoptikum cząstek, na których rekin ząb połamał. A obok bogato wyposażonych komnat znajdziemy niepozorny niczym staroświecki wychodek pospolity lamus. Co to takiego? Już odpowiadam, to: składnica dzieł ulotnych, a raczej niezwiązane jak należy teczki i segregatory niezapisanych pomysłów.

                Kiedyś tak miałem. Budzę się w środku letniej nocy, wypoczęty i zadowolony. Nagle słyszę: wierszem mówię. Tekst się układa w wypowiedź niestroficzną, coraz bardziej przypomina poemat, rozwija się, zagarnia coraz więcej i więcej, i więcej. Już miałem pod naporem słów to co przychodzi zapisać, już chciałem, już bardzo bliski byłem… Wiedziałem, że byłoby to szaleństwo organizować sobie przybory, instrumentarium, siedzisko. Obudziłbym wszystkich. Skórka nie jest warta wyprawki. Ale czegoś żal, bo chciałbym mieć chociaż wgląd w to,  co mnie odwiedziło, by po chwili ruszyć w siną… To są tylko słowa, pomyślałem instynktownie, jeśli treść wyjątkowego odkrycia jest czegoś warta, nie rozpadnie się, będzie ze mną. Słowa – zobacz jak bardzo to nieliterackie – wobec treści są prawie zbędne. Już wtedy, pomyślałbyś, między trzecią i czwartą klasą liceum zawodowego, o porze, która jest latem takie myśli we mnie i przy mnie. Skąd nagle, wobec tylu realnych konkurentów, jakimi byli superjednostkowi sąsiedzi – zgromadzenie przekraczające z okładem dwa tysiące istnień - aż tak wyrazisty dowód nagłego zrozumienia?? Powiedziałem wówczas półgłosem, a krewni śpiący w drugim pokoju, zapytali mnie przy obiedzie, czy wiesz, że gadałeś przez sen? Jeśli czegoś warte są treści, to nic im nie grozi, zaiste nic im nie grozi. Obudzę się i je zapiszę. Na tę chwilę ciesz się nimi i  raduj, świętuj, ponieważ odwiedziła cię treść we własnej osobie, treść wyzbyta gramatycznych, leksykalnych, stylistycznych współrzędnych i podrzędnych, odwiedziła cię istota sprawy, sedno rzeczy, zrozumienie, iluminacja. Chciałbyś zapewne znać odpowiedź na pytanie: co dalej… Masz rację. Po przebudzeniu zauważyłem, że treści nie ma. Jest natomiast trwały, głęboki  ślad po niej, dowód na to, że jednak była. Jaka szkoda, o  jaka szkoda, łkało młode wiecznie czegoś ciekawe serducho. Teraz nie wiem, czego najbardziej żałowałem i z jakiego powodu obfite łzy lałem. Już miałem prawo myśleć, że na zawsze uciekła mi przepióreczka, że jestem taki biedny, biedniusi, biedniuteńki, taki chory, bo nie będę miał czego wnieść i czym się światu opłacić - obserwując gadające w telewizorze głowy pisarzy i krytyków – za jak myślałem: komfort dobrostanu, za regały wypełnione od podłogi po sufit, za kryształową, jak kawiarnia wielką, popielniczkę i rozpinany beżowy sweter, spod którego wychynął właśnie fragment piżamy. Oj, jak bardzo chciałem być nie tylko autorem, ale też autorytetem. Chciałem podejmować gości, wyganiać z salon, gabinetu intymność i wpuszczać kłębowisko kabli z przewróconą drabiną szyn, gniazdami reflektorów, aby za sprawą wymienionej aparatury oglądający myślał, że bohatera zdejmują co najmniej dwie kamery. „Panie operatorze, moja twarz jest w tej chwili nieistotna, zupełnie nieważna…” zwrócił się do jednego z gości sędziwy Tadeusz Różewicz. Tak, gdyby panowie przyszli trzydzieści lat temu, to może. Do mnie też gdyby przyszli także wtedy, tobym… Właśnie, czy wiem wystarczająco dobrze, co bym… Nie wiem. Poza tym śmiesznym anturażem, którego zdemaskowany egalitaryzm podkreślają techniki nauczania zdalnego, czegoś byłoby żal. Ale czego byłoby żal? Pytam, bo nie mam pewności, czy wiesz; żal treści stanowiącej mieszkanie myśli. A słowa… Cóż słowa, o ile nie są szczęśliwie ocalonymi aforyzmami Heraklita, mają wartość błota, owszem – racja – niech ci będzie: gliny. Tak gliny, którą dobywano początkowo w okolicy dzisiejszego Muchowca, z której wyrabiano katowickie cegły. Jak pisze Henryk Waniek, autor poważny, skrupulatny i wybitny – tych cegieł wystarczyło na zbudowanie ponad 250 secesyjnych, porządnych kamienic i kilkunastu obiektów użyteczności publicznej. Owszem, książka Wańka to jubilerski rarytas, każdy wie, więc mało kto potwierdzi słuszność przypomnianego w tym miejscu osiągnięcia. Czytelnicy domyślają się, że tego rodzaju teksty nie powstają przy taśmie produkcyjnej, że nawet wtedy, gdy traktują o prostych desygnatach pracy i losu, któremu wisi sława Syjonu i sprawa Logosu nawiedzającego jedynie wybudzonych nagle lub skarżących się  na bezsenność, musi je poprzedzić moment nagłego zrozumienia, czyli prywatna iluminacja. Książka jest po to, aby iluminować, szkoda, że rozdziały tej Księgi nie mogą liczyć na prawo istnienia summie ksiąg nabożnych. Jeżeli czytasz coś i wydaje ci się, że tekst ci świeci literami, a także przestrzenią pomiędzy, że objawy smutku i niezgody rozprasza uśmiech również twojego zrozumienia, to wiesz i nikt cię nie musi do tego przekonywać, że obcujesz z często przywoływaną tu „treścią”. Co wobec tego ze słowami? Słowa też są. Są jak piasek – czysty, przejrzysty.                      

środa, 21 kwietnia 2021

Bergamo

     Bergamo

 

Miasto podzielił nasyp, tory na nasypie

Przyjmują spolegliwe zimnych kół żelazo,

Zapytasz grzecznie ludzi, dobrą radę dadzą,

Staruszek na krzesełku dosypia po stypie.

 

Klinkier, na którym słonko wyczekuje końca

Obłudy amatorów powietrznych kąpieli,

Kwiecia roziskrzonego dywanik rozścieli

Zieleń na śliską jezdnię z nagła wbiegająca.

 

Bergamo. Tyle tobie chciałem opowiedzieć

Tylko od czego zacząć… nim napłyną fale…

Twój chłód i twoje ciepło, puste ospedale,

 

Czujność piramidalną odtąd po kryjomu

Wietrzę, gdy się przyglądam slajdom plastikonu

Osobistej pamięci. Miasto - mój sąsiedzie.


wtorek, 13 kwietnia 2021

Love is the drug


To właśnie ten utwór, posłuchaj i przyjrzyj się widowisku, esencjom subtelnie depczącym pleksiglas rampy, słynnym angielskim Alibabkom – jak rzeźbią figury z powietrza tak samo jak ty. W magnetofonie samochodu Wyrobka kręciła się taśma, podczas jazdy biegi rzucały się same, siedziałem na kanapie niewielkiego z pozoru forda mustanga. Panowie odwozili mnie pod chatę, pamiętam szlachetność bursztynowych brzmień dobiegających z głośników i wysoką temperaturę spokojnego popołudnia. Bez pośpiechu - jedenastoletni -  zahaczyłem grzywką o miękką podsufitkę. Kuzyn i jego kolega Wyrobek przyglądali się temu cierpliwie, rozsądnie inwestując czas w drogocenne kruszywo, z którego po latach wyłoni się ten opis. Inwestowali w niezmienność, wdzięk i ogniotrwałość. A wspierał ich wieniec dusz moich przyszłych podopiecznych. Poważni panowie zakładali fundament, budowali na skale, przywoływali wielki świat. Po latach Józek zabierze Basię na przejażdżkę; kabrio choćby najtańszą umazane maścią cudzy wzrok niezawodnie zwabi. Mało tego; miasto podziwiane z pokładu kabria odsłoni osobliwości, jakich ledwie się domyślamy, zaskoczy nawet dorosłych, obeznanych, zaznajomionych. Jakiego przyspieszenia musiała dostarczyć przejażdżka sportowym wozem z Podlesia do centrum Katowic, z umownie zabudowanego przysiółka z lasem podziwianym po otwarciu okien, wypatroszonego przez zgłodniałych zamieszkania. Każdy niuans tej podróży pamiętam. Heniek z Jerzym cierpliwie na wygramolenie się moje czekali, Henio zajął miejsce w fotelu pasażera, Jerzy wcisnął delikatnie klakson, po czym z piskiem skierowali się na zachód, w kierunku Chorzowa, gdzie na Henia czekała Ewa. Dotąd nie wiem, Heniek się nie zwierzał, ale właśnie wtedy, po raz pierwszy, jako kumpelę siostry czy dziewczyny Jurka, miano mu ją przedstawić. Miłość to lekarstwo. Najlepsze. Lepszego brak.


środa, 7 kwietnia 2021

Dziwiono się stryjowi

Dziwiono się stryjowi, bo się nie ożenił,

bo wolał po kryjomu utopić w trzeźwości

powagę i mecyje, humory, trudności,

którymi go osaczy, nim użyje wczasu.

 

W dzień powszedni wygoni na pole, do lasu,

a w co drugą niedzielę, gdy zajadą krewni,

przysposobi pieczyste, szpinak octem skropi,

pochwali, potarmosi, posprząta po chłopie, 

 

a zimą, zwłaszcza wtedy, gdy całej dieriewni

biel wgramoli się grandą, nie zważając zgoła,

co pryzma, co pierzyna, co tęga stodoła,

 

gdy w suficie szpar kilka poszerzą złe oczy,

wspomnienie poderżniętych znienacka warkoczy

sprawi, że będzie wolał mrozy przespać w sieni.  

sobota, 20 marca 2021

Zapewne

        Zapewne


Bardzo lubi porządek, 

lubi dokładnie wiedzieć:

co, gdzie i jak,

a ma z tym wiele zachodu,

tysiąc razy więcej niż

za dni wyczekiwania

na angaż wszech czasów.

 

Jak to możliwe: mnie jednemu aż tyle...

Temu nie dam rady, z tym sobie nie poradzę…

 

Nic z tego,

podobnych, utyskiwań Józefowi

nawet na siłę bym nie wrzepił.

 

Nie odezwał się słowem,

tym bardziej skargi.

 

Zapewne coś jednak musiał mówić,

jakieś dawać znaki.

Stół i drewnianą misę dzielić

z Domem Złotym

i o wybrykach aury słowa nie wypuścić…

 

O jakości narzędzi dobywanych

ze sterylnych opakowań przyszłości

nawet zmarszczki stylu… 

 

O sercu milczeć, od serca się

nie jąkać, o bólu serca także…


sobota, 6 marca 2021

Na cny zamiar... acz płonny

    Na cny zamiar… acz płonny

 

Świt się nagle rozszerzył,  gdzie noc – wyznać trudno,

mógłbym przybyć radosny rozproszyć mgłę nudną,

ożywić aspiracje w śpiwór zakopane

i tematem wędrownym  przełamywać tamę

 

baśni ciemnej, przewrotnej z wierzchu osmętniałej

napędzać jej figurom strachów walcujących

nad promesą rozkoszy, na którą wciąż liczy

spragniony obłapiania reprezentant dziczy.    

 

Co zatem przed się robić w tak niepewnym stanie,

wiatr wzdęty dokazuje, wiadrem wróżą lanie,

a ty byś na Dorotkę kierowała kroki

jako łani ziem rzadkich wziąwszy się za boki.

 

Rzecz tę pojmę w starości, jeśli jej doczekam;

mam się spieszyć i gościem zajeżdżać z daleka,

i mieszać się po drodze z dzisiejsze Tatary,

jako nieborak rzewny, co się wprzódy mierzył

 

nie z takim dylematem jak ci, choćby świeżej

energii posmak czuli dnem języka. Mądrym -

a nie dogadam, w głowie nadmiar bzika,

o szyk się wciąż rozbijam wdów i wczasowiczów,

 

każdemu coś umarło i każdy o zniczu

należnym cnej epoce, co spłynęła szybko,

już czasu ślad się zatarł, może miękkim kocem

okrywa instynktownie opuchliznę brzydką…

  

Lepiej mnie tutaj zostać i poezji wełnę

lekką solennie toczyć niż się światem włóczyć.

To bardzo niebezpieczne, nie będę cię uczyć,

bo wiesz.  



   

środa, 10 lutego 2021

Zadanie 3

 

Zadanie 3. Wybierz jeden temat i napisz wypracowanie. 

Temat 1. Czym może być dla człowieka podróżowanie? Rozważ problem i uzasadnij swoje stanowisko, odwołując się do podanego fragmentu reportażu Ryszarda Kapuścińskiego oraz innych, wybranych przez siebie, tekstów kultury. Twoja praca powinna liczyć co najmniej 250 słów. 

        Jeżeli nawet latami nie sięgałem do Dziejów, [Dzieje to starożytne (V w. p.n.e.) dzieło historyczne Herodota, historyka greckiego, w którym opisane są jego podróże po całym ówczesnym świecie (Azji, Bliskim Wschodzie, Północnej Afryce i Europie)] pamiętałem o ich autorze. Był postacią kiedyś realną i rzeczywistą, potem na dwa tysiąclecia zapomnianą, a dziś, po tylu wiekach, dla mnie przynajmniej – znów żywą. Obdarzyłem ją teraz wyglądem i cechami, jakie chciałem jej nadać. Był to już mój Herodot, a przez to, że mój – szczególnie mi bliski, taki, z którym miałem wspólny język i mogłem porozumieć się w pół słowa.

Jednakże takich zapaleńców jak Herodot nie rodzi się wielu. Przeciętny człowiek nie jest specjalnie ciekaw świata. Ot, żyje, musi jakoś się z tym faktem uporać, im będzie go to kosztowało mniej wysiłku – tym lepiej. A przecież poznawanie świata zakłada wysiłek, i to wielki, pochłaniający człowieka. Większość ludzi raczej rozwija w sobie zdolności przeciwne, zdolność, aby patrząc – nie widzieć, aby słuchając – nie słyszeć. Więc kiedy pojawia się ktoś taki jak Herodot – człowiek owładnięty żądzą, bzikiem, manią poznania, a jeszcze obdarzony rozumem i talentem pisarskim – to fakt taki przechodzi od razu do historii świata!

Tak naprawdę nie wiemy, co ciągnie człowieka w świat. Ciekawość? Głód przeżyć? Potrzeba nieustannego dziwienia się? Człowiek, który przestaje się dziwić, jest wydrążony, ma wypalone serce. W człowieku, który uważa, że wszystko już było i nic nie może go zdziwić, umarło to, co najpiękniejsze – uroda życia. Herodot jest tego przeciwieństwem. Ruchliwy, zaabsorbowany, niestrudzony nomada, pełen planów, pomysłów, hipotez. Ciągle w podróży. Nawet kiedy jest w domu (ale gdzie jest jego dom?), to albo wrócił z wyprawy, albo już przygotowuje się do następnej. Podróż jako wysiłek i dociekanie, jako próba poznania wszystkiego – życia, świata, siebie.

Nosi w myślach mapę świata, zresztą sam ją tworzy, zmienia, uzupełnia. To żywy obraz, ruchliwy kalejdoskop, migocący ekran. Dzieje się na nim tysiąc rzeczy. Na mapie Herodota jest Grecja i Kreta, Persja i Kaukaz, Arabia i Morze Czerwone. Nie ma ani Chin, ani obu Ameryk, ani Pacyfiku. Brak mu pewności, jaki jest kształt Europy.

                   Na podstawie: Ryszard Kapuściński, Podróże z Herodotem, Kraków 2005.

    

                   Podróżowaniem wpisuję się w odwieczną specyfikę rodzaju ludzkiego. Kto żyje w jednym miejscu, niech to będzie na przykład sporej wielkości miasteczko, jak przypadło w udziale wybitnemu filozofowi Immanuelowi Kantowi, wcale nie musi wiedzieć, powiedzmy dlatego, ponieważ zapomniano mu o tym donieść, że miejscowość ta słynie z ładnej plaży i portu. Wcale nie musi wiedzieć, wystarczy, że nam przekaże cząstkę bezcennej mądrości. Przykład Kanta jako myśliciela solidnie stojącego na ziemi, przytwierdzonego do miejsca, w kontekście dzieła, które uruchomiło intencję twórcy tematu niniejszej rozprawki, jawi się zarazem przekonywująco i tajemniczo. Nawet wyrzucany Kantowi brak ruchliwości, modnej już wówczas skłonności do przemieszczania się, niczego specjalnie ani nie podważa, ani nie dekomponuje. Najsłynniejszy obywatel Królewca zachował bowiem zdolność przemieszczania się myślą, obyczaj podchodzenia i przechadzania się, a także tradycję rozpoczynania i finalizowania etapów drogi, czynu, dzieła. Zaprosiłem do naszego ogródka Kanta, choć przecież mógłbym zachęcić do przyjścia Adama z Ewą, by na podstawie ich losu, przygody odpowiedzieć na pytanie: dlaczego podróżujemy? I dalej, do jakiego stopnia czynność ta określa naszą kondycję, w którym momencie przemawia przeciw naturze, kłóci się z powszechnym wyobrażeniem dobrostanu i potoczną definicją szczęścia? Oto pytania, w orbicie których rozpoznamy sensy zawarte we fragmentach „Podróży z Herodotem" Ryszarda Kapuścińskiego.  

 

               Z tekstu wybitnego polskiego reportażysty wyłania się deklaracja niczym niezmąconej sympatii. Herodot – jeden z filarów greckiej historiografii – występuje w dziele Kapuścińskiego w roli towarzysza podróży, jawi się jako postać wybitna, taka, do której się wraca. O zażyłości niech świadczy wybór konwencji określającej charakter wyliczania cech naturalnych wielkiego historyka; Kapuściński widzi w nich zalety, a ich opis powierza między innymi formom stylu potocznego: „Herodot to człowiek owładnięty żądzą, bzikiem, manią poznania”, ale także literackiego i popularnonaukowego: „obdarzony rozumem i talentem pisarskim”. Czego chcieć więcej: tyle rzeczowości i komplementów w jednym zdaniu, tak wiele dowodów poświadczających aspiracje wybitnego dokumentalisty czasów w naszym pojęciu bardzo, bardzo odległych. Za sprawą Kapuścińskiego autor monumentalnych „Dziejów” odbył podróż ponad szczytami wieków, nad obszarem milczenia, ignorancji, nad latyfundiami barbarzyństwa, afazji i aporii. Podejmujemy go z szacunkiem należnym twórcom w epoce nieszczędzącej uznania i podążającego krok w krok za nim zapomnienia. Warto zatrzymać się na chwilę przy zaletach Herodota, ponieważ przykład jego osoby i dzieła rzuci snop bezpiecznego światła także na aktualną świadomość. Kapuściński sugeruje, że już w starożytności przejawiano pragnienie łączenia rozproszonych zalet, aby w nowym usytuowaniu i ustanowieniu dostrzec wartość imitującą strukturę organiczną. Z tej perspektywy będziemy się mogli zająć nie tylko „tam” i „wtedy” Herodota, co raczej jego uniwersalnymi i trwałymi zasługami.

Czy na długiej liście kwestii z Herodotem w tle znajdziemy pytania o podróż? Czy z propozycji Kapuścińskiego będziemy mieli jaki taki pożytek? Wszystko na to wskazuje. Zatem, w jaki sposób Kapuściński, będący sam zawołanym podróżnikiem, dookreśla problem/zagadnienie? Przede wszystkim uruchamia linię podziału w obrębie rodzaju ludzkiego na przeciętnych, nieciekawych świata, przywykłych do przyjmowania życia w postaci niezakładającej specjalnego wysiłku oraz tych, którymi kieruje, powoduje „ciekawość”, „głód przeżyć” i „potrzeba nieustannego dziwienia się”. Odpowiedź na pytanie: „Z kim sympatyzuje ciekawy świata mistrz reportażu?” – wydaje się nazbyt oczywista. Projekcji tych autor „Cesarza” dokonywał w sytuacji obustronnie wyjaśnionej. Jak to rozumieć? Działo się to w chwili, gdy podróżom towarzyszyło pragnienie poznawczej intensyfikacji, gdy doświadczenie przemieszczania się wypadło z rejestru wydarzeń grozy, na które składały się: wysiedlenia, wypędzenia, ekspatriacje, deportacje, kierowanie niezliczonych mas ludzkich do miejsc kaźni lub zsyłki. Działo się to w momencie wydoskonalania mechanizmów podnoszących przemysł turystyczny do rangi najistotniejszego sektora usług, a w wielu krajach uzyskał status najważniejszego źródła dochodu narodowego. Kapuściński mógł się zachwycać ciekawością świata i głodem przeżyć, ponieważ były to właściwości elit otwartych na przygodę; zdecydowanie gardził zwyczajem łapczywego pochłaniania folderów i ofert. Podróżowanie według Kapuścińskiego to konsekwencja namysłu i planowania; przed wyruszeniem trzeba było organizować transport, prowiant, nocleg i pogodę. Autor „Podróży z Herodotem” doświadczał tego wielokrotnie, stąd niechęć to postaw wynikających z hołdowania poglądom przeświadczonych, że: „wszystko już było, nic nowego nas nie spotka i wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma”. Nawet jeśli cień jego walizki zahaczał o tor dokuczliwych, pretensjonalnych akustycznie pojazdów odprowadzanych do stanowiska zajmującego się odprawą bagażu rejestrowanego, nie czuł z nimi wspólnoty. Za sprawą statków powietrznych, bogatej i złożonej infrastruktury lotniczej możemy (mogliśmy dotąd) dotrzeć praktycznie wszędzie.

                  Potrzeba zaspokojenia ciekawości przegrywa (przegrywała) z pragnieniem dopasowywania przyciągającej uwagę fotografii prospektowej z geograficznym, materialnym i klimatycznym desygnatem. Ze słowem i obrazem konfrontowano ostentację zdobywanego, branego w chwilowe posiadanie terytorium. U Herodota i Kapuścińskiego kolekcji turystycznych prospektów nie uświadczymy; to piewcy podróży jako trudu i zadania. Ich wspólną cechą jest ciekawość ukazywana w postaci zaangażowania i zakorzenienia w los. Tylko tak nastawieni otwierają się na ewentualność spotkania i dowiedzenia się czegoś o… sobie. Obaj, każdy  swoim czasie, podróżują najpierw w głąb własnych pragnień, podróżują po to, by wydobyć z tego zajęcia praktyczną motywacje, aby początkową niewykonalność przekształcić w sensowny plan. Obaj, każdy w swoim czasie, podróżują dolinami śmierci, przygnębiającymi zapachem utraty i zagłady, przejawianiem się niesprawiedliwości, która systematycznie przecierała człowieka po człowieku. Podróż może być i bardzo często bywa: dopustem. Rodzajem wyższej konieczności, zmaganiem się z wyzwaniami, Kilkutygodniowa gehenna w bydlęcych wagonach stanowi zaprzeczenie idei podróży jako sposobu zaspokajania ciekawości. Podróż taka zamienia się w zbiorowe nieszczęście określające sumę  deficytów i niedostatków Ziemi jako planety ludzi, wypacza istotę ludzkiej godności. Niby to też jest podróż, przemieszczanie się, ruch po odcinku, tylko odcinku, bo przecież w tak określonych warunkach świata objechać nie można. Słynny, inkryminowany kierunek wschodni. Strach pomyśleć. Lektura wspomnień nieszczęśników przejmuje do żywego, wywołując postawę aktywnego buntu i uzasadnionego protestu. Wspomnienia „Wszystko, co najważniejsze” Oli Watowej, rozproszone relacje zesłańców, wymuszone przez ludzi świata ciekawych opowieści Stefanii Skwarczyńskiej, Barbary Skargi, Józefa Czapskiego, Gustawa Herlinga – Grudzińskiego, wymowne produkcje filmowe – dokumentalne i fabularne. Jeden z nich, mianowicie „Pułkownik Kwiatkowski” K. Kutza z niebywałą sprawnością w zakresie odtwarzania realiów przemawia donioślej niż uczone elaboraty i wzniosłe apele działaczy występujących w roli społecznego sumienia. Groza przedstawiająca sytuację faktycznych ofiar postępu technicznego skłania do krytycznego spojrzenia na zasadność odkryć i wynalazków, którymi zawładnęły siły ciemności. Ktoś nieszczęśliwe uwikłany w opisane przypadki mógłby zawołać od serca: niech giną, przepadną pyszałkowate, wstrętne osiągniecia; niech kolej przepada, szyny, podkłady, wagony, lokomotywa i dym znad komina. Niech na koniec przepadnie w pomroce imię pierwszego wynalazcy… i projektanta procederu.

Wschód wschodem, a co z innymi kierunkami, co na przykład z Oświęcimiem, Dachau, Treblinką, Majdankiem, Mauthausen-Gusen - budzącymi grozę nazwami miejsc docelowymi? Refleksja snuta wokół tego wyliczenia uruchamia zjawisko egzystencjalnego strachu! 

Jest więc podróżowanie przygodą dychotomiczną, wieloznaczną, niejednorodną. Gdzie wynika z przymusu – zamienia się w przekleństwo. Gdy wiąże się z zaspakajaniem ciekawości może być przyjemnością. Możemy również odbywać podróże mentalne bez konieczności wyruszania, mając przed sobą globus, mapę, aplikację komputerową. Podróże mentalne to ostatnio jedyna sposobność bezpiecznego przemieszczania się, chyba że krawędzie mapy zadzierzgną niechcący naskórek albo staniemy się ofiarą  włamania do zasobów komputera.   

Pora kończyć. Herodot amplifikowany przez Kapuścińskiego to zwolennik inwestowania w podróże, chętnie podejmujący ryzyko, drwiący ze zwyczaju narzekania na trudności napotykane po drodze. Warto odnotować jeszcze jedną prawidłowość; fakt, że Herodot miało o świecie jako takim wiedzę częściową nie czyni zeń geograficznego czy życiowego ignoranta! To typ uczonego, który wie mało, ale wszystko. Skoro wie, to także uczy, bo nie można - wiedząc - nie uczyć. Nie można też uczyć nie wiedząc. Czego nas zatem uczy mędrzec z V wieku przed Chrystusem, co istotnego mu zawdzięczamy? To, że w ramach podróży przypominającej ślizganie się po powierzchni, można jednocześnie realizować wędrówkę w głąb, do wnętrza, które mówi o nas więcej niż strój. Gdybyśmy Herodota dopuścili do głosu teraz, gdyby jego świadomości nie rozerwał nagły przyrost faktów z tysiąca i jednej dziedziny, gdyby zachował, jak było dotąd, prawo niezależnego sądu, a także możliwość wyboru, powiedziałby: idź dalej, nie zmieniaj kierunku i szukaj na gościńcach tropów Dantego, Kochanowskiego, Hölderlina, Mickiewicza, Słowackiego, Krasińskiego, Norwida.

Głową... do końca

  Głową… do końca Opublikowano 14 lipca 2006 | Przez Corona radiata       Głowa, gdy mądra, i z nogami rada rozumem się dzielić. Najpi...