Od kilku dni niepokój, dojmująca
świadomość bezradności. Na stosie perforowanego konkretu, jakieś obrazy dziwne,
od dawna znane twarze, jak asymptoty punktu początkowego i granicy kresu. Gdy przyśni
się nam, że żyjący umarł, znaczy – długo żyć będzie. Nie znaczy, że w
nieskończoność i że nawet nas – ładnych i zdrowych - ten ktoś przeżyje. Nic mi
na ten temat nie wiadomo. Być może kiedyś się dowiem. Stopniowo zaczynam
pojmować sens złożonych asymetrii. Na łacie wilgotnego piasku samo myślenie o kresie,
wyzwala nieśmiało projekt punktu początkowego. Trwanie to fragment wykresu osi.
Momentu inicjalnego wolałbym jednak nie sytuować w najbliższym sąsiedztwie
zera. Zanim się wszystko rozpocznie, na wielu płaszczyznach rozbłyśnie, całkiem
realnie już byliśmy, byliśmy tak konkretnie, a zatem z tej racji jesteśmy nadal.
Dojmująca świadomość bezradności wobec odejść tylu, pytania: jak przeżyją
nowicjat w najdosłowniejszej Superbudzie, zanim się zacznie Sąd z miłości, Tam,
Gdzie Mieszkań Wiele? Jak przebiegać będą spotkania, na które czekałaś? jak
zareagujesz na samą ewentualność rozmawiania z bratem – bliźniakiem Mickiewiczem,
młodszym odeń Krasińskim, licznymi romantykami krajowymi, ożywionymi racją
moralną i porządkującą, uczonymi, prowincjonalnymi, zaściankowymi, tytanami efektu
potrzebnej wszystkim pracy, a także tymi, którzy w kolaskach prawie niewidoczni?
Powita Cię szpaler sztucznie ugrupowany, sztucznie, czyli specjalnie na tę
okoliczność. Ciężarówka podjedzie, na jej pace książki, a wokół Ciebie autorzy,
o których pisałaś. Tak to sobie wyobrażam. Nie spodziewaj się, Mario, błysku
ostrego zrozumienia; przewiduję raczej proces: długi, niecierpliwy – trzy
proste równoległe i dylemat krzywy.
Przepraszam, ale wbrew Twojemu wyznaniu bez
wyznania, solidne tezy Twoje brałem za… teologię. W epoce nazbyt oczywistych memów
– karleją rykoszety dawnych labiryntów. Jeden z nich przedstawia Boga Ojca
przyjmującego Cię z galanterią Twojej biblioteki, albowiem – chcąc nie chcąc – umacniałaś
wiarę w sercach wielu. Wiarę wbrew literze – Mario. I jeśli się uważasz za cząstkę litery, to także wbrew Tobie. Przepraszam za
nadmierną kolegiackość, za to jedno przepraszam, za wszystko inne - dziękuję. Ktoś
kiedyś wyprowadził z cieśni Twoją nadzwyczajność; nie było to wyznanie wiary, było
to wyznanie miłości. Nie mogłem odtąd czytać Twojej „Gorączki…” jak typowego
wykresu. Tak być kochaną tylko Tobie dano. Nie wiem – czy wiesz?
Nie wiem – czy
wiesz i o tym, ale rozsiewasz wokół konfetti najrozmaitszych i najdziwniejszych
asocjacji. Wystarczy pomyśleć – Mońki. Ale wyobraź sobie też bazylikę na
czeladzkiej górce. Widzisz ją? Prawda, można jej kształt pomylić z zarysem
nadpalonej Notre Dame. Mylą się zwłaszcza ci, którzy nie widzieli Paryża, zaspakajając
ciekawość strzępem podrasowanej ikonografii. Twórca tej bazyliki tak się
na wzór zapatrzył jak onegdaj Napoleon na kościół Świętej Anny w Wilnie.
Zachwyceni oświadczyli (każdy w swoim czasie) – przeniosę skarb ów (koniecznie,
natychmiast). Bazylika czeladzka przywołuje figurę świątyni jako progu.
Kto zniszczy ten jej aspekt – tego zniszczy Bóg. To jest miejsce dziwne, tam
się dzieją historie mimo i fenomeny wbrew. Można tam przepaść – można się
odnaleźć. Tylu sprzeczności w żadnej świątyni nie znajdziesz… Jedną z jej
symbolicznych figur jest pani ołtarzewska, którą zachłanna wyobraźnia określiła
tytułem Twojej młodszej siostry, powiedzmy Gabrieli albo Barbary – jak Ty niezamężnej.
Skąd skojarzenie? Wiesz – nie wiem, zachodzę w głowę. Skoro widzę w niej
siostrę Twoją, to widzę i Ciebie, widzę jak na jednej gałęzi dojrzewają podobne
owoce. Na Twoje podobieństwo dba o każdy szczegół, zastępując roztropnie szwadron
ministrantów. Kiedy trzeba – zadzwoni, w odpowiednim momencie usłuży księdzu łódką
i kadzielnicą, kiedy trzeba - dostarczy, rozwinie i zapoda welon. Zaskakuje rzadko
gdzie widywanym pragmatyzmem, który o serce sacrum delikatnie ociera.
Intendentka i gospodyni. W epoce Kochanowskiego takimi oto czynnościami
zajmował się proboszcz. Jakoś szczęśliwego kresu sięgnęła celebracja sobotniej Mszy
świętej, relikwiarzem Świętego Charbela pobłogosławione zostało ostatnie ogniwko
dosyć długiej procesji, gdy górny pułap świątyni poważnie oświadczył zebranym,
że coś jest wyraźnie na rzeczy, bo na wysokim niebie toczą się dzikie spory.
Próbę opuszczenia bazyliki przez pana w skarpetkach i sandałach zwieńczy śmiech
wielorakiego zestawu pokoleń zgromadzonych w przedsionku. Nawet ryzykant osobliwie
się zaśmieje. Hiperbole letnich żywiołów nadymają się nagle i prędko, by trwać
przeważnie krótko – dwa, trzy, cztery kwadranse, po których sytuacja zwolna przechodzi
w fazę początkową procesu naprawiania szkód. Nie miałem nic przeciw temu,
podmuchy neogotyckiemu kolosowi niegroźne. Pomyślałem: oto moment, by tego i
tamtego solidnej omodlić; tak, tego chce Pan Bóg, tego też pragnie moja dusza.
Na ołtarzu świece zgasły, pod obrazami Świętych nie płoną już wieczne lampki,
już świat ukołysany, świeci się jedynie przed tabernakulum i w przedsionku
bocznym. Wokół mnie ciemno jak przed pasterką w Bogucicach. Zewsząd zrywają się
głosy; co na to – zapytałem w myślach – pani ołtarzewska, czyli Twoja siostra
Gabriela, Barbara? Otóż, niczym anioł skutecznej pociechy, zmieszała się z rzednącym
stopniowo tłumem. Możecie tu stać, dokąd wola. Nikt was stąd nie wyrzuci,
nie wyprosi. Po kilku oczekujących na zmianę aury przyjechały samochody
krewnych i znajomych. Nad wypolerowanym dachami i rozłożystymi koronami morze
ogromne szaleje, ani myślę wychodzić, skoro spodnie nowe i koszula też zadbana.
Żadna sztuka dać się zmoczyć, zwłaszcza w sytuacji, gdy pani ołtarzewska klamki
nie wskazuje. Dopiero wtedy, gdym zrozumiał do końca, że świątynia jest
skałą, na którą się chronię, arką w światowej powodzi, zasznurowano wysokie krany.
Nawet wiatr ucichł, acz nadal liście trącał.
Zatem miejscem schronienia jest. Ty
miałaś bibliotekę tym i owym bogaconą. Jeżeli księga nie będzie punktem
gromadzenia – nic po niej. Wystarczą dwaj albo trzej, by się ziścił fizyczny i
prawny warunek, ale trzeba zasadniczo liczniejszego grona. Przyjaźń, która trwa
i trwa, filomacka igraszka w czymkolwiek nurzana. Od tej chwili o samotności
i jej wodach mowy być nie może; jako zdeklarowany zwolennik administracyjnych nakazów
bezwarunkowo twierdzę, że czeka na Ciebie kwatera na pierwszej kondygnacji
potężnego gmachu, nad szczytem trzypiętrowego filaru, choć może wyżej.