wtorek, 24 marca 2020

Przeżycie pokoleniowe


Przeżycie pokoleniowe

            Czy wiesz, że zbitka wyrazowa stanowiąca tytuł niniejszego rozmyślania, to kategoria ukształtowana na gruncie nauki o literaturze? Kategoria naukowa, składnik pojemnych zasobów pojęć i terminologii o statusie specyficznym i dyskursywnym. Wprowadził je do obiegu profesor Kazimierz Wyka. Przedmiotem pasji naukowych wybitnego badacza romantyzmu i modernizmu w pewnym momencie uczynił dzieje, twórczość i znaczenie etyczne, moralne i artystyczne pokolenia Kolumbów, które wbrew logice podstawowego instynktu podjęło rolę obrońców ojczyzny. Zagrożona i sponiewierana godność domagała się słowa i czynu. Dzięki temu, że z oka cyklonu dobywał się głos ludzi niezwykle utalentowanych, oczytanych i moralnie wrażliwych, możemy doświadczać w lekturze literackiego przetworzenia rozmiarów ich osobistego dramatu. Dzięki owemu przetworzeniu, na skutek hiperbolizacji oraz wzmacniania akcentów ten dramat wykroczył poza obręb sprawy, którą można by przedłożyć na wokandzie lub w gabinecie psychoterapeuty. Ze względu na pokoleniowy anturaż, a także uniwersalne asocjacje jednostkowe, prywatne, rodzinne zamieniło się w prawdziwy Dramat. Twórczość w powyższym ujęciu nie będzie samą tylko konsekwencją osobistego talentu, doświadczenia lekturowego czy dowodem właściwego zorganizowania; będzie z naszego punktu widzenia wyrazem świadectwa wykraczającego daleko poza opłotki prywatności. Właśnie dlatego wyrafinowane artystycznie wiersze Krzysztofa Kamila, Tadeusza, Andrzeja i Zdzisława doczekały się rangi wypowiedzi formułowanych w imieniu licznego grona rówieśników, w imieniu każdego, kto szlachetny.
            Wyka - sumienny badacz zjawisk społecznych i artystycznych - odpowiadając potrzebie przedstawienia fenomenu Kolumbów w sposób spójny i wieloaspektowy, nawiązał do tradycji prezentowania twórczości poszczególnych autorów z perspektywy powagi i istoty. Było to zachowanie pozostające w opozycji względem modnej wówczas metody strukturalnej, która akt twórczy sprowadza do praktyki najściślejszego kojarzenia tekstu literackiego z tworzywem. Jest nim słowo, ale także struktura, czyli funkcjonalność komunikatu. Zwyczaj kojarzenia tekstu z biografią miał w Krakowie zacnych koryfeuszy i naśladowców. Według powielanych również w szkołach opinii tworzywem dzieła jest życie. Miarę wielkości czy arcydzielności utworu wyznaczają związki - relacje danego zapisu z biograficznym konkretem. Przedstawionym kryterium wyjaśniano zależności najosobliwszej natury, nie stosowano go do historii, biografii, pamiętnika; posługiwano się nim także podczas odczytywania zawiłości kontekstowych liryki... Lekka przesada, mruczeli pod nosem zwolennicy przyznawania literaturoznawstwu najwyższej naukowej rangi. Mruczeli póki nie spostrzegli, że klauzula marności nad marnościami dotyczy również badań literackich, naigrywali się ze starszych, nie do końca błyskotliwych mistrzów naukowego rozpoznania. Za sprawą Stanisława Brzozowskiego, autora "Legendy Młodej Polski" równoczesna obecność wątków biograficznych i ściśle literacko przetwarzanych, problem: jak żyć i jak pisać po polsku o literaturze... został uroczyście zdefiniowany i pragmatycznie dopełniony. Literaturoznawca poważny musi pilnować ognia jednocześnie pod trzema kociołkami i w jednym kominie. Próba rezygnacji z choćby jednej spośród czterech przywołanych liczebniczo metod mogłaby oznaczać zgodę na los gorszy od śmierci. Czym więc różnili się następcy panów profesorów Małeckich, Chlebowskich i Chrzanowskich? Różnice są zasadnicze i zasadzają się na tym, co skryte za kotarą dążenia do maksymalnej wyrazistości, maksymalnej błyskotliwości, maksymalnej kompetencji i maksymalnej reprezentatywności. Ktoś powie: to tylko hasła. Owszem, ale za to jakie wzniosłe i ciekawe w kształcie i obejściu. Specjalista totalny, jakim był Kazimierz Wyka z taką samą uwagą i natężonym skupieniem pochylał się nad okruchami legendy osobistej i rodzinnej Baczyńskiego jak i nad strukturą jego przejmujących wierszy. Miał nadto zwyczaj kojarzenia osobnego fenomenu twórczego z oceanem tradycji, na tle której postać najsłynniejszego z Kolumbów wykraczała rangą daleko poza status efemerydy. Kominem, w którym zapalił niekoniecznie diabeł, niech zgodnie z potrzebą niniejszej pogadanki będzie socjologiczna i historyczna konstytuanta zjawisk. Dopiero z tej perspektywy wyraźnie widać właściwy gabaryt spopularyzowanej przez Wykę kategorii naukowej. Pokolenie to specyficzna struktura społeczna, określają je zbliżone daty urodzenia i cywilnej dojrzałości, wspólnota miejsc i lektur, branych pod uwagę koncepcji intelektualnych, artystycznych i politycznych oraz zaznaczone w tytule niniejszego szkicu: przeżycie pokoleniowe.  
            Wyka domaga się od badaczy korzystających z dobrodziejstw jego teorii ścisłego przestrzegania reguł. Przede wszystkim chodzi o poświadczenie fenomenu przeżycia pokoleniowego. Nie każdy interwał ma szansę funkcjonowania w czymś, co natychmiast precyzyjnie określi wszystkich uczestników grupy pokoleniowej. Wyka podkreśla w tym miejscu wagę wystąpienia powszechnego faktu, wokół którego organizować się będą emocje i działania zmierzające do przywrócenia porządku lub nadprzyrodzonej formuliczności. Porządek to termin odpowiadający strukturze powierzchni, formuliczność przywołuje potrzebę rozpoznania głębi. Wyka stworzywszy uniwersalny model pokolenia literackiego na podstawie tragicznego losu Kolumbów postanowił przekonać się, czy z poczynionych odkryć miałaby jakiś pożytek również historia literatury epok z okładem wcześniejszych. Krok po kroku badał - sprawdzał, czy uniwersalna kategoria będzie w stanie opisać zjawisko pokoleniowości grup poetyckich dwudziestolecia międzywojennego, modernizmu, pozytywizmu, romantyzmu, oświecenia, baroku i renesansu. Za każdym razem, nie bez zdziwienia konstatował, że deskrypcje poszczególnych reprezentacji wykazują niedostatki. Środowiskiem o w pełni ukształtowanym profilu pokoleniowym byli tylko Kolumbowie. Najsłynniejsi nasi romantycy, mimo buńczucznych deklaracji: ...tobie nektar żywota natenczas słodki, kiedy z innymi dzielę... organizowali się rocznikowo i sytuacyjnie. Jedna epoka, ale trzy pokolenia literackie; każde na dobitkę z geniuszem na pokładzie. Czego nadto zabrakło? Masz rację: przeżycia pokoleniowego. Mickiewicz za kluczowe i porządkujące uznał nagłą, bolesną defraudację doświadczania wspólnoty, która po latach z poety turniejowego uczyni zeń wieszcza o przytłaczającej sile i znaczeniu; uczyni nadto pretekst - tworzywo politycznych i dydaktycznych manipulacji. Słowacki rozkoszy przeżycia pokoleniowego doznał dopiero przy starszym rozumie; lawinę jego twórczości uruchomiły prywatne kamyki i patyki. O przeżyciach pokoleniowych Chopina, Krasińskiego, Norwida opowiem na świętego Nigdy. Czy potrzebujemy dowodów poświadczających specyficzność rozpracowywanej kategorii? Odkryciem Kazimierza Wyki szermuje się w trakcie opisywania zjawisk historycznie bliższych naszemu momentowi. Pokolenie 68. Nikt nie wątpi, że elementem spajającym zgromadzenie była powszechna świadomość życia w politycznej i propagandowej opresji serwowanej frenetycznymi podskokami późnego Gomułki. Urodzonych w latach pięćdziesiątych dwudziestego wieku określą i ukształtują nazbyt częste skrytobójstwa dokonywane przez nieznanych sprawców na cichych i głośnych bohaterach godności i honoru. Moich rówieśników i mnie kształtowało szczególne wyróżnianie narodu w pierwszej fazie pontyfikatu Jana Pawła II, legenda pierwszej Solidarności oraz stan wojenny przypieczętowany grozą śmiercią Dziewięciu z Wujka. Kolejnym akordem było męczeństwo bł. księdza Jerzego. Ta śmierć stanowi cezurę w dotychczasowym postrzeganiu paradygmatu ideologicznego. Najprzytomniejsi konstatowali jej skrajny idiotyzm i zapowiadali rychłe ostateczne bankructwo. Czy uwłaszczenie nomenklatury i otwarcie granic, i przyjęcie do struktur tych i tamtych przekłada się na przeżycie pokoleniowe...? To dopiero pytanie. Przeżycie, już nazwa sugeruje, stanowi opis wyjścia czy wyprowadzenia z opresji.
            W curriculum vitae pokolenia uchodzi za kamień runiczny albo słup milowy. Przeżycie trwale pokolenie określa, przynagla, organizuje wewnętrznie, napomina. Tragiczna konsekwencja przeżycia pokoleniowego Kolumbów przywiodła wielkich poetów oraz licznych rówieśników, w imieniu których konkretyzowali znaczącą koncepcję życia z przetrąconym poczuciem człowieczeństwa, z niepełnosprawnością moralną rozpoznaną w akcie uświadomienia na długo zanim chwycą za broń - przywołuje obraz niezasłużonej traumy. Romantycy też tak mieli. Od kilku dni zanosi się na to, że trudny moment, jaki aktualnie przeżywamy, będzie Waszym przeżyciem. Długie lata pokoju i pomyślności, dekady milczących gromów lub zawieszenia się mocy żywiołów, świadomość wolności i godności osobistej, możliwość przekraczania granic z samym tylko dowodem, korzystania z dobrodziejstw wynikających z możliwości rezerwowania kwater, szamy i przelotu na jakiś czas będzie musiało ustąpić innym formom zabawy. Kto nie skorzystał, ten nie wie, co stracił, a tych, których rzeczona ewentualność praktyczna (tak jak mnie) rozbestwiła, odsyłam do zapowiadanej w literackich utopiach konfrontacji z kryzysem. Zapowiedzi brzmią więcej niż niepokojąco, mówi się nawet o końcu świata... jaki znamy. Nie chcę prowokować szczegółów ewentualnych scenariuszy, życie realizować będzie własne. Wchodzisz w misterium przeżycia pokoleniowego, impulsem tego jest czynnik zewnętrzny, możesz na wiele sposobów narzekać i wyrzekać, okoliczności stanu epidemii mają zwyczaj korzystania z niezbywalnych praw. Licytacja na zarażonych, zmarłych i wyleczonych stanowi substytut emocji sportowych, które czymś istotnym różnią się od rozgrywek utrzymanych w konwencji on-line. Wszystkie dzieła podejmujące motyw epidemii wskazują niezawodnie na trzy stałe niezmienne: człowiek obiektywnie (duży, mały) tkwi w kryzysie, a kryzys oznacza zawsze obniżenie jakości, po drugie w takich okolicznościach rodzi się w nas pragnienie pomagania innym, tym razem pomożesz innym nie wychodząc z domu, podejmując zaległą, konieczną lekturę, szukając i wypełniając aktywnością miejsca ciągle dostępne acz zagrożone limitami i potencjalnymi ograniczeniami wynikającymi z przyczyn, których nie poznasz i nie zrozumiesz; póki można, póty dąż i myśl o przyszłości swojej i twojego potomstwa; myślenie o przyszłości zawsze wiodło poprzez refleksję tyczącą przeszłości - to paradoks, pozorny błąd, ale zobacz, jaki ładny, zgrabny. Czy to oznacza, że namawiam Cię do lektury książek historycznych? Bynajmniej. Namawiam do czytania w ogóle. I czytania poprzez. Wzdłuż i wszerz, i po skosie.
            Korzystaj, jeśli jeszcze Cię stać, każdy tekst - opasły, średnio gruby, cieniutki - z wykazu lektur obowiązkowych jest dostępny na kliknięcie. Wystarczy zatem kliknąć i czytać. Do lektury której księgi szczególnie Cię namawiam? To chyba zrozumiałe. Te okoliczności niełatwe mogą sprawić, że po niedługim czasie staniesz się specjalistą od Nowego Testamentu. Po części odpowiedziałem na pytanie: jaką treścią wypełnić okoliczność numer trzy... Ten kryzys przepracuj z myślą o wielkich, największych dobrach własnych i najbliższego otoczenia. Kryzys to szansa. Carpe diem, inaczej, zanim powiesz: non omnis moriar, poczujesz ścisk w gardle. Perspektywa, nowa jakość, pewne możliwości, nie tylko takie, jakie znamy i te, które znamy. Zapewniam Cię, że ani tajne komplety, ani surowa szkoła życia w ziemiance u partyzantów nie nauczyły tyle, ile nauczyć mogą lekcje zorganizowane w warunkach nieurągającym regułom bezpieczeństwa. Czy muszę Cię co do tego usilnie przekonywać? Czytaj, rozwiązuj zadania, projektuj, nie narzekaj, uśmiechaj się do Najbliższych. Rób to także w obecności lustra. A przyjaciołom ślij słowa pociechy.
Bo jeszcze możesz.                                                                                                                                                                                                                                                                                            

sobota, 21 marca 2020

Świętej pamięci Ksiądz Piotr Pawlukiewicz jest osobą bardzo mi bliską


    Świętej pamięci Ksiądz Piotr Pawlukiewicz jest osobą bardzo mi bliską. Minionej nocy wezwało Go miłujące oblicze Pana, które nieustannie, żarliwie, z apostolskim entuzjazmem głosił i rozsławiał. Piotr był bodaj pierwszym, który rozdawał się bliźnim w mediach. Aktywny rekolekcjonista, pracowity kaznodzieja, zaufany i zapewne do bólu szczery spowiednik, autor licznych potrzebnych, przyjemnych i pożytecznych publikacji. Pamiętam wzniosłe homilie emitowane na falach radiowych, a po latach w wielu miejscach sieci. Piotr mądrym i adekwatnym (więcej niż stosownym) słowem trafiał do wielu, Panu Bogu powierzając nierozwiązywalne ludzką miarą zawiłości egzystencji w momentach szczególnej próby. Mógłbym określić tego Kapłana, który w życiu i nauczaniu realizuje ideę inteligentnego kojarzenia przekonań targanego niepokojem egzystencjalisty ze Słowem, które z Miłością wszystko nam wyjaśniło, Nie tylko wyjaśniło, ale też życiem obdarowało, stokroć lepszym od projektu wyrzezanego na zużytych, zarysowanych, porżniętych tabliczkach, jakimi posługiwaliśmy się w lada jakim daszkiem osłoniętych podwórkowych szkółkach. Ludzkie plany nie dość, że niejasne, to jeszcze w konflikcie tkwiące z bezmiarem najrozmaitszych koncepcji, pretensji, pragnień i oczekiwań. Przyszedł na świat w roku, który zabrał nam noblistę będącego ciągle młodzieńcem - Alberta Camusa, Czy można powiedzieć, że rok zabiera nam coś lub kogoś albo że rok nam coś lub kogoś przynosi? Naturalnie, można. Skojarzenie z autorem "Dżumy" i "Człowieka zbuntowanego" pierwocin reakcji Księdza Piotra Pawlukiewicza nie jest od rzeczy. W interwale partyjniackiego gadulstwa i propagandowego bełkotu refleksje stanowiące rozwinięcie pytań wybitnego pisarza kompromitowały intelektualne płycizny ówczesnego establishmentu. Myśleć można było po przetrawieniu dylematów poławiaczy drogocennych sensów; do tej pory zadziwia mnie niezwykła, niesłychana wprost atrakcyjność tej literatury, jej ścisłe do spraw ludzkich dopasowanie, uczciwe i rzetelne niczym mandat wystawiany z racji niemania świateł. Tym wszystkim musiał oddychać młodzieniec zwany powszechnie Piotrkiem, oddychać, bo trudno wyobrazić sobie oddychanie wyłącznie tlenem, skoro tego po prawdzie tak mało w powietrzu. Zatem fundamentem homiletycznego mistrzostwa Księdza Piotra stało się opatrywanie życia w miejscach cięć i złamań oddawanych bez reszty Jezusowi - jedynej odpowiedzi na wszystkie pytania. Piotra poznawaliśmy po głosie, przemawiał tak, jakby miał zawsze wewnętrzny spokój. W bliskości Tabernakulum i ołtarza odnajdywał zrozumienie, zachowywał się jak ktoś obdarzany ochroną i zaufaniem. Tembr jego głosu przywoływał natychmiast osobę Krzyśka, mojego kolegi ze studiów, stąd tyle wewnętrznej, podświadomej do Piotra sympatii; zaprawdę miło, bardzo miło jest żywić przekonanie, że do kogoś serdecznego z lat studenckiej młodości los się uśmiechnął. W tym co Piotr mówił i głosił, w tym jak to czynił, tętniła radosna pewność, której nie okroi, nie sponiewiera żadna choroba czy słabość. I był temu wierny do końca.

       Z Księdzem Piotrem kojarzę jeszcze jedną ważną przestrzeń, nazwisko Pawlukiewicz derywowane jest od imienia Paweł. Pomyślcie tylko: Piotr Pawlukiewicz. Ładnie, bardzo ładnie, Antokol prawie. Osób piszących się w ten sposób znajdziemy w Polsce i na Białorusi wielu, dość powiedzieć, nasza Babcia, matka śp. Ojca podpisała tym wyrazem protokół małżeński. Zanim wypowiedziała sakramentalne Tak  zakochanemu w Niej Józefowi Hajkowskiemu, wołano na Nią: Stefcia Pawlukiewicz. Ilekroć słuchałem kazań, homilii, konferencji i dowcipów Księdza Piotra Pawlukiewicza, tylekroć z należną czcią myślałem o Najbliższych po mieczu: o Babci, Dziadku, o Józefie Pawlukiewiczu - bracie Babci, legendarnym poloniście z liceum w Augustowie. Gdy słucham instynktownie myślę o Plebanowcach i o tym, że zanim się wszystko stało i odstać nie mogło, zdążyłem to Miejsce pokazać jej.  Panie Jezu, Twój sługa Piotr był kapłanem na wzór Melchizedeka: szafarzem był i żertwą, okaż miłosierdzie temu, który bardzo umiłował i polecał miłować. Amen.       

poniedziałek, 24 lutego 2020

Na zdrowie


          Anegdota pochodzi z czytanych przed laty Pięknych dwudziestoletnich" Marka Hłaski. Zapamiętałem  nie tylko konteksty, z których najdosłowniej wynika i do których bezpośrednio prowadzi, ale także bezcenną i kunsztowną uniwersalną wymowę. Hłasko miał zwyczaj osadzania niepokoju serca i namiętności umysłu w realnej, organoleptycznej, namacalnej przestrzeni. Nie wstydził się przyznawać do licznych, bardzo zróżnicowanych literackich powinowactw; czytał w zasadzie tylko to, co sprawiało mu twórczą radość. Dzieła wyselekcjonowanych faworytów to według  niego krople, strugi rodzajnego deszczu, za sprawą którego ruszą wkrótce zdrowe pędy dobywanych z zanadrza opowieści. Hłasko znalazłby się w dziesiątce ostatnich entuzjastów podejmowania piórem sugestywnych, cudzych recept i wzorów. Za pisarzy godnych lektury uważał: Tadeusza Borowskiego, Fiodora Dostojewskiego, Antoniego Czechowa, Ernesta Hemingwaya, Alberta Camusa. Borowskiego przywołuje często, na dobitkę w apoteozie zdobnej, mianując go: autorem autorów. Nikt, kto nie przeszedł doświadczenia lekturowego, które bez osoby i pracowitości, pomysłowości i uważności byłego więźnia niemieckiego KL Auschwitz po prostu nie zaistniałoby, nie ma prawa pisać po polsku. Hłasko słynął z radykalnych sformułowań. W ich duchu utrzymana została odpowiedź na pytanie, które zgodnie z treścią legendy padło jeszcze na płycie lotniska w Monachium, dokąd przybył korzystając z chwilowej drzemki peerelowskich urzędników od kultury. Na pytanie godne co najmniej środka lub konkluzji ekskluzywnego wywiadu odpowiedział jak miewał w zwyczaju instynktownie i dosadnie. Został mianowicie poproszony o scharakteryzowanie sytuacji życiowych współczesnych pisarzy polskich. Najpierw w opisywanej grupie dostrzegł rozlazłego cumulusa, następnie stwierdził, że sytuacja pisarza w Polsce jest ze wszech miar godna najwyższego ubolewania. Aktualnie pisarza polskiego nie stać nawet na szczoteczkę do zębów. Kilka zdań dalej, odnosząc się do skomplikowanej moralnie samooceny, oświadczył, że pisze po to, by naprawiać rzeczywistość, by rzeczywistość zastaną nasycić pierwiastkiem koniecznego, uzdrawiającego poświęcenia, a nawet ofiary. Czy byłby zatem gotów rzucić na stos twórczość swoją, mając pewność, że tym gestem doprowadzi do naprawy rzeczywistości? W odpowiedzi osoba formułująca kwestię usłyszała, że uczyniłby to bez wahania. Cały Hłasko. Naturalnie nikt mu podobnych gwarancji nie przedłożył. U zarania twórczości w obliczu prawie identycznego dylematu znalazł się Zbigniew Herbert. Na progu trzeciej siedmiolatki, mając w szufladzie juwenilia na miarę Statku pijanego", postanowił rozprawić się z nimi uroczyście; licząc na to, że skutkiem ofiary odwróci nieuchronność losu, który na szyi cierpiącego braciszka Janusza, zaciskał już tłustą, brudną łapę. Okrutna niesprawiedliwość śmierci najmłodszego potomka rodu Herbertów wywołała spustoszenie przewyższające intensywnością świadomość ataku Niemiec na Polskę oraz sowieckiej inwazji na Lwów. Z Miastem młodości postanowili pożegnać się jeszcze przed wojną, albowiem wydawało im się, że każdym krokiem zahaczają o rozproszone cienie i rozrzucone kości, kosteczki nieszczęśliwie zdiagnozowanej, niewłaściwie leczonej zapowiedzi przyszłego geniuszu. Ocalało nas trzech, wspominał po latach Herbert swoje szkolne czasy, trzech... i to tych najgorszych. No nie wiem, czy faktycznie najgorszych. To pierwsze zdanie Herberta, które skwitowałem brakiem zwyczajowego zaufania. Herbert w gronie najgorszych? Jeszcze czego, czegóż to Pan Poeta nie wymyśli...?  
    Choć ani wiek, ani dorobek na to nie wskazują udziałem w rozmaitościach życia czuję się bardziej doświadczony. To one właśnie powinny mi podpowiedzieć, powinny mnie przekonać, że roszadowe traktowanie związku literatury (żertwy) i rzeczywistości (beneficjentki) brzmi bez wdzięku, sensu i wartości. Mimo wszystko staram się i usilnie zabiegam, nosem ryjąc i paznokciami, albowiem przeżywamy aktualnie kolejną w dziejach medyczną traumę. Obserwujemy bezradność lekarzy i higienistów, urzędników i polityków. Kraj, w którym wystrzeliła koniunktura, pogrążył się nagle w mroku bezradności. Wszystkiemu winne nietoperze. Naturalnie przyklejone do lamperii ponurego laboratorium. Ktoś komuś gdzieś coś - i mamy epidemię. Lotnicza taniocha i nastawiona na niewyobrażalne zyski zawodowe i amatorskie goszczenie obcych pod dachem dopełniły całości obrazu. Co ja piszę, co ja piszę... a media, a redagowane przez quasi-znawców informacje agencyjne... Czy jest - Bogiem a prawdą - coś bardziej interesującego od zawirusowanej korony? To pytanie sformułował nie tyle urząd miar i wag, prawdy i fałszu, piękna i brzydoty, co mediów i reklamy. Już wkrótce rozlegną się skomlenia żartownisiów, a inni będą im wtórzyć klaszcząc do obrzęku. Nie hukiem, ale skomleniem zakończy się ten odarty z sensu epizod dowolności aspirujący do zastąpienia naturalnej harmonii ekwiwalentem oka cyklonu i środka chaosu. Trzeba swoje odczekać, swoje odstać, nie wolno przymawiać: wzgardziliście poezją naszych czasów - zatem mocujcie się z pandemią. Gdybyście się tak jeden z drugim uczciwie pochylili, gdybyście się tak jedna z drugą rzetelnie zastanowić chciały, może zmian wielkich, dużych by to nie przyniosło, ale drobne, skromne zapewne. Chociaż poezja może niewiele, a pojedynczy wiersz tyle co jeszcze mniej, podejmijcie mimo wszystko, mimo zmizerowanych zapowiedzi i pożółkłych nadziei trud uważnego odczytania wiersza z tomu Corona radiata. Wiersz: Na zdrowie" zatytułowany jak słynna, śliczna, radosna fraszka Jana z Czarnolasu. Przeczytajcie z uwagą i nie przeczcie sercem. Niech was ten wiersz osadzi w rzeczywistości ponad wszelkie pojęcie, uczyni z was mocarzy skłonnych dwie konewki mleka jedną dłonią dźwignąć. Niech was nawet uczyni mocniejszymi od tychże, no bo jaki z pojedynczej siły  pożytek, skoro tego samego dowieść i dokonać można w nieco dłuższym czasie. Musicie się solidnie okopać w załomach, przełomach i rozłogach tego wiersza; okopać, jeśli chcecie ujść z życiem, czyli solidniej niż dotąd. Jest, żebyście, moiściewy, mieli się czym bronić...  
           
        Na zdrowie

Krwotoków dawnych wiece, czerni defilady,
woń zapodzianych lekarstw,
zapach terminalny; na dłoniach, łokciach,
barkach przeprowadzek ślady, obłoki
prześcieradeł, ręczniki na pralkach
niczym plamy ze słońca, lecz czy skłonne wielce
przyciężkim aromatem upamiętniać morza;
mammografie, terapie, szarlatani, remis,
przemysł, domysł, łacina, siła na jednego;
świrus – wirus zaniedbań, płaskowyż ozdrowień,
gruźlica stawów, kości, aorty, nicości,
wiadro smutnego osocza, Biernackiego odczyn
w przyszłości zapodziany najmroczniejszym gąszczu,
szczepionka z głębi puszczy nadal w powijakach –

pora uderzać z mocą, bo powinność taka.
Ciasto, pieniądz oddali i pieczenie powiek,
zimno, krostę, egzemę: już zdrowieje człowiek.

          Czas na sztukę, a chciałbyś zapobiegać,
          leczyć, niczego nie uprawiać prócz profilaktyki.
          Żadnego skoku w przepaść, wyjątku, zadziora;
          chciałbyś przetrwać i dożyć, jakbyś wierzył z wczora:
          po drugiej stronie – pustka, całą pustki świętość
          zamyka zimna pieczęć, krótki wyraz: spokój.

Tedy poezja dzisiaj, jeśli miewasz katar.
Tego zgnieciesz skrupułem gibkiej aktywności.
Trzeba by rzecz natenczas osaczyć, uprościć,
przeciąć zdaniem sprzed wieków, aktualnym wielce:
jakie choroby – taka i literatura.

          I niech ją diabli biorą,
          nie dodam nic więcej.



Grzegorz Hajkowski, Corona radiata. Wydawnictwo Naukowe Śląsk, Katowice 2014, s. 23-24.
                     

czwartek, 13 lutego 2020

155 lat temu w Ludźmierzu...


   Do napisania tego felietonu sprowokowało mnie pytanie, tyleż sensowne, co pozbawione racji. Pytanie ucznia klasy pierwszej, niejakiego Kwiatkowskiego. Z przejęciem godnym innego miejsca, czasu i kontekstu oświadczyłem, zanim nastąpił moment sprawdzania listy obecności, że nie dalej jak wczoraj obchodziliśmy z hukiem 155 rocznicę urodzin Kazimierza Przerwy - Tetmajera... Już chciałem objaśniać młodocianym, kim był, czego dokonał i  jak bardzo dudniło wczoraj, gdyśmy ze starszymi wespół kilka jego wierszy czytali. O co zapytał Kwiatkowski? Mianowicie o to, czy jeszcze żyje. Kilku jego kolegów w śmiech; ale taki, od razu chciałbym zastrzec: spolaryzowany. Część koleżeństwa pomyślała w duchu: idiota, część druga: nawet ciekawy dowcip, taka (powiedzmy) gra słów. Od razu jakoś pomyślałem inaczej niż wszyscy, naprzód jako o zapodzianej, porzuconej w roztargnieniu złotej żyle słońca, z której przy odrobinie szczęścia można by wystrugać niewielkich rozmiarów latarnię, a może, dociskając sprzęgło rzężących hipotez, czy ten ktoś, mianowicie Kwiatkowski, nie pyta o coś w poezji i w życiu najważniejszego... Właśnie, co do Kochanowskiego, Mickiewicza, Słowackiego, Norwida, Sienkiewicza, Prusa wątpliwości nie ma: żyją i kropka. Żyją i na swój sposób są wielcy, a nawet duzi, ale czy Przerwa - Tetmajer też żyje? Żyje, bo przecież go na przykład tutaj wspominam, bo nadal rozważam emocje towarzyszące lekturze kilku jego transparentnych wierszy; emocje bardziej pedagogiczne niż czytelnicze, naukowe, polonistyczne itp. Pedagogiczne, czyli intencjonalne, wynikające z potrzeby realizacji podstawy programowej, niezbędnego programowego minimum. Skoro tak, nie mogą to być refleksje wyzbyte dydaktycznego oprzyrządowania: zwróćcie uwagę: to jest tym, a to jest tamtym, tak pisano kiedyś, ale... tak się będzie w przyszłości, tyle że... Tetmajer: wybitny liryk, subtelny obserwator, człowiek swojej epoki, cierpiący, doznający tysiąca pięciuset wzruszeń, sławny, bardzo sławny, tak bardzo sławny, że bez zmrużenia mylono z nim wybitne literackie przetworzenie, którego Wyspiański dokonał w genialnym, nie wiadomo czym zasłużonym "Weselu". Jechać gościńcami w złotej karocy na kanapce zaopatrzonej identyfikatorem: P o e t a  znaczy tysiąc razy więcej niż setki statuetek zawiniętych czekami na okaziciela. O statuetkach tychże niechże Toposy piszą albo inne hermetyczne kręgi szyjne,  lędźwiowe, niech kwakwaczy o tym internet, nawet Tetmajerowi do połowy podudzia nie podskoczą. Tetmajer, ten miał (pozwólcie, że sparafrazuję fragment arcydzieła, którego nie jesteśmy ani warci, ani godni)  miał nos. Tak, tak, panie Kwiatkowski: Kazimierz Przerwa - Tetmajer gdyby żył, to by pił. To jest doprawdy niemożliwe, czego dokonał i czego dokonano na jego rzecz, cześć, sławę... Nie będę przy tej okazji wyjaśniał, eksponował z kim przystawał, w co się uwikłał i jak się z uwikłania wygramolił. Autorytet Wyspiańskiego, któremu nadaję rangę szczególnie uprzywilejowaną (przepraszam - tak już mam i nie pytajcie dlaczego, może kiedyś opowiem, skąd przyszło i w jaki wprawiło ruch) poleca, bym patrzyć na Poetę z uznaniem, zaciekawieniem, podziwem, zachwytem. Nie jest to postać pozbawiona wad, mam na myśli osobę występującą we wszystkich aktach "Wesela", zapewne Przerwa - Tetmajer nie był szczególnie społecznie przykrych pozbawiony. Kazimierz został sportretowany w "połowie" wieku, jak się wówczas mówiło. Trzydzieści pięć lat to już jakieś życiowe doświadczenie i niemała życiowa mądrość. Książkowa i naturalna. Czytaliśmy wczoraj wiersz, który Poeta napisał w chwili kilka tygodni poprzedzającej jego brawurowy, improwizowany występ w Bronowicach. Poeta w formie mistrzowskiej, w treści zapewne też. To były czasy, o tempora, o mores, że wiersz chciał, korzystał ze zdolności podnoszenia, unoszenia. Swoją poetycką edukację zawdzięczał upartej i konsekwentnej lekturze wierszy Mickiewicza. Kogo miał czytać, skoro wzmiankowane zaczęto na terenie Galicji intensywnie przepisywać, drukować. Podówczas był to powszechnie znany i czytany w Krakowie poeta z wyszykowanym dostojnym sarkofagiem, bo królom był równy. A Kazimierz produkcją poetycką własną świadczył, że nasz wieszcz nie tylko po kątach rozsiane, ale nade wszystko bardzo liczne ma pokrewieństwo. Kupowanie Mickiewicza w ciemno, wbrew niedawnym pozytywistycznym deklaracjom to w dużej mierze zasługa recepcji potwierdzonej twórczo przez Przerwę - Tetmajera. Można się zachwycać liryką pejzażową albo miłosną, syntezami wielkich słów w poetyckich traktatach, ale o jednym nie można zapomnieć, bez Mickiewicza byłyby nie do pomyślenia i napisania. I bardzo dobrze się stało. Najsłynniejszy poeta młodopolski - przykład i stereotyp wyprowadzał wiązki osobistej artystycznej intuicji z bezpośredniego wygłosu lektury wierszy Mickiewicza. "Melodia mgieł nocnych" toż to na nowo i po nowemu napisana "ballada", "Nie wierzę w nic" - to efekt wytężonej lektury skrajnie pesymistycznych sonetów z obu kunsztownych cyklów. Nominalnie zahaczamy tu o "niewiarę", ale stan ten i ponurą w związku z nim sytuację kontroluje i neutralizuje niezwykle kunsztowny język, który ze środka poematu zdaje się przeczyć treściom przechwytywanym na poziomie dosłownym. Nie można hołdować smutkom i snuć teorie stanowiące zaprzeczenie "modnego" w epoce wyznania niewiary. Skłamany confiteor, ale ile w nim wdzięku, jakaż w nim rezyduje uroda: to wyraźna deklaracja stawiania na tworzywo kosztem rozedrganej, rozwarstwionej teorii. Już sam tytuł i początek wiersza to struktura podwójnego przeczenia. W matematyce minus i minus daje plus, w poezji również; każde wyrażenie rozpaczy, dramatu, niechęci, roztargnienia mocą poezji przekształca się w szczęśliwą winę. O felix culpa, która zaczyniasz, która prowadzisz do takich wierszy. Można czytać o doświadczaniu niewiary, niedowiarstwa i zarazem śmiać z pokawałkowanych na poziomie języka sensów prawie błahych. Przywołane w wierszu wytwory rzymskiej dekadencji stanowią punkt podparcia gwarantującego trwanie nie tyle czynionej w pośpiechu sztukaterii co życia, które dopóki trwa, dopóty poświadcza sens i znaczenie czynu. Pozornie nieważne ozdóbki sprawiły, że barbarzyńcy wyhamowali bezprzykładny impet i uznali zasługi, wiedzę, kompetencje pokonanych w dziedzinach stanowczo im obcych. Nie chciałbym snuć specyficznych, wysilonych i konsekwentnych paralel, ale nie bez zdziwienia i cichej zarazem satysfakcji stwierdzam, że nasz Poeta z "Wesela" znakomicie wyczuł i ustalił temperaturę i ciśnienie epoki kresu wielkiego konania. Przed neoromantykiem w średnim wieku moment wielkiego otwarcia. O co, o jakie zmazy i wymazy przyjdzie mu wkrótce zahaczyć, tego nie wypowie nawet najśmielsze przypuszczenie. Na nic również nirwana. Co innego my, znawcy przeszłości, w której pokolenie rówieśników Tetmajera widziało jedynie perspektywę. Stokroć nam łatwiej stwierdzać i kwitować, i odpowiadać Kwiatkosiom, dlaczego Poety, mimo ledwie 155 rocznicy urodzin, po prostu wśród nas już nie ma. 18 stycznia minęła osiemdziesiąta rocznica jego zgonu. Oznacza to, że żył... aż 85 lat. Lecz cóż to było  za życie, mógłby westchnąć małomówny świadek wieloletniego konania Poety z "Wesela". Jest, gdzie jedynie dusza żyje.               

poniedziałek, 27 stycznia 2020

* * * Czułego ciepła


* * *

Czułego ciepła nagich serc
w kącikach ust ostygłe łzy
bezwietrznej doczekała mgły
wydarta otchłani źrenica.

            Zanim obłędu wozy trzy
            warkoczy i do nich wstążek
            połamią dyszel o resory –
            by trafić tam gdzie bezpański stos
            od muzealnego gwaru
            opalcowane grodzi szkło –

            zanim podziwiając finezję
            złośliwego skryptu
            na szczycie zimnej bramy przetniesz
            ciszę emocją na wyrost –
            pryśnie ślad po mgle.

Łatwiej wyzwolić obóz
niż z obozu.

I przenikliwe światło
rzucić w szczelny korzec.

Niech usta
przejdą na mój chleb.

Niech dłoń smukła bezdomna
przyjmie zimny klucz.

              styczeń 2005, w sześćdziesiątą rocznicę wyswobodzenia
              więźniów obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu

sobota, 25 stycznia 2020

Ewolucja jerów


                                                         EWOLUCJA JERÓW

Jer twardy: ъ w pozycji słabej uległ zanikowi.
Jer miękki: ь w pozycji słabej uległ zanikowi, ale pozostawił zmiękczenie spółgłoski, która go poprzedzała.
Jer twardy ъ w pozycji mocnej zamienił się w „e” ruchome.
Jer miękki ь w pozycji mocnej zamienił się w „ie” ruchome.
Samogłoska ě (jać) przekształciła się w stałe <ie>.
Samogłoska e (pierwotne) przekształciła się w <e> – stałe.


                                                         SIŁA POZYCJI JERU

Los jeru (miękkiego lub twardego) zależał od jego miejsca w wyrazie, czyli od pozycji.
Procedura ustalania pozycji:
Patrzymy na wyraz od końca i liczymy znajdujące się w nim jery.
Nieparzyste: 1 i 3 to jery w pozycji słabej. Oznaczamy je znacznikiem: ˆ pod jerem
Parzyste: 2 i 4 to jery w pozycji mocnej. Oznaczamy je znacznikiem: pod jerem
Jery z pozycji mocnej uległy wokalizacji, czyli zamieniły się w samogłoski „ruchome”: „e” oraz „ie”.
M. placek
D.  placka
e : o 
placъkъ

M. pień
D. pnia
ie : o 
pьnь
Jery z pozycji słabej uległy zanikowi.
Jer twardy zanikł bez śladu: kotъ >kot
Jer miękki zanikł, ale pozostawił miękkość spółgłoski, która go poprzedzała: konь > koń
Ewolucja samogłoski  ě (jać) samogłoska ta przekształciła się w <ie> stałe

M.  sień
D.  sieni
ie: ie
sěnь

Przykłady: uczeń, bratek, kwiatek, łebek, łepek, sen, pień, perz, owies, wieś, lipiec, żagiel, chorągiew, bociek, Maciek, wyciek, zalew, lew, przelew, basen, palec, worek, piasek, żwirek, piesek, pies, bies, motek, ster, chleb, chlebek, pasek, cień, wieść, pieśń, len, leń, sień, pacierz, macierz, spadek, płotek, marzec, kwiecień, wrzesień, październik, piątek, czwartek, wtorek, Witek, bilet, łeb, zamek, statek, walec…

Głową... do końca

  Głową… do końca Opublikowano 14 lipca 2006 | Przez Corona radiata       Głowa, gdy mądra, i z nogami rada rozumem się dzielić. Najpi...