sobota, 21 marca 2020

Świętej pamięci Ksiądz Piotr Pawlukiewicz jest osobą bardzo mi bliską


    Świętej pamięci Ksiądz Piotr Pawlukiewicz jest osobą bardzo mi bliską. Minionej nocy wezwało Go miłujące oblicze Pana, które nieustannie, żarliwie, z apostolskim entuzjazmem głosił i rozsławiał. Piotr był bodaj pierwszym, który rozdawał się bliźnim w mediach. Aktywny rekolekcjonista, pracowity kaznodzieja, zaufany i zapewne do bólu szczery spowiednik, autor licznych potrzebnych, przyjemnych i pożytecznych publikacji. Pamiętam wzniosłe homilie emitowane na falach radiowych, a po latach w wielu miejscach sieci. Piotr mądrym i adekwatnym (więcej niż stosownym) słowem trafiał do wielu, Panu Bogu powierzając nierozwiązywalne ludzką miarą zawiłości egzystencji w momentach szczególnej próby. Mógłbym określić tego Kapłana, który w życiu i nauczaniu realizuje ideę inteligentnego kojarzenia przekonań targanego niepokojem egzystencjalisty ze Słowem, które z Miłością wszystko nam wyjaśniło, Nie tylko wyjaśniło, ale też życiem obdarowało, stokroć lepszym od projektu wyrzezanego na zużytych, zarysowanych, porżniętych tabliczkach, jakimi posługiwaliśmy się w lada jakim daszkiem osłoniętych podwórkowych szkółkach. Ludzkie plany nie dość, że niejasne, to jeszcze w konflikcie tkwiące z bezmiarem najrozmaitszych koncepcji, pretensji, pragnień i oczekiwań. Przyszedł na świat w roku, który zabrał nam noblistę będącego ciągle młodzieńcem - Alberta Camusa, Czy można powiedzieć, że rok zabiera nam coś lub kogoś albo że rok nam coś lub kogoś przynosi? Naturalnie, można. Skojarzenie z autorem "Dżumy" i "Człowieka zbuntowanego" pierwocin reakcji Księdza Piotra Pawlukiewicza nie jest od rzeczy. W interwale partyjniackiego gadulstwa i propagandowego bełkotu refleksje stanowiące rozwinięcie pytań wybitnego pisarza kompromitowały intelektualne płycizny ówczesnego establishmentu. Myśleć można było po przetrawieniu dylematów poławiaczy drogocennych sensów; do tej pory zadziwia mnie niezwykła, niesłychana wprost atrakcyjność tej literatury, jej ścisłe do spraw ludzkich dopasowanie, uczciwe i rzetelne niczym mandat wystawiany z racji niemania świateł. Tym wszystkim musiał oddychać młodzieniec zwany powszechnie Piotrkiem, oddychać, bo trudno wyobrazić sobie oddychanie wyłącznie tlenem, skoro tego po prawdzie tak mało w powietrzu. Zatem fundamentem homiletycznego mistrzostwa Księdza Piotra stało się opatrywanie życia w miejscach cięć i złamań oddawanych bez reszty Jezusowi - jedynej odpowiedzi na wszystkie pytania. Piotra poznawaliśmy po głosie, przemawiał tak, jakby miał zawsze wewnętrzny spokój. W bliskości Tabernakulum i ołtarza odnajdywał zrozumienie, zachowywał się jak ktoś obdarzany ochroną i zaufaniem. Tembr jego głosu przywoływał natychmiast osobę Krzyśka, mojego kolegi ze studiów, stąd tyle wewnętrznej, podświadomej do Piotra sympatii; zaprawdę miło, bardzo miło jest żywić przekonanie, że do kogoś serdecznego z lat studenckiej młodości los się uśmiechnął. W tym co Piotr mówił i głosił, w tym jak to czynił, tętniła radosna pewność, której nie okroi, nie sponiewiera żadna choroba czy słabość. I był temu wierny do końca.

       Z Księdzem Piotrem kojarzę jeszcze jedną ważną przestrzeń, nazwisko Pawlukiewicz derywowane jest od imienia Paweł. Pomyślcie tylko: Piotr Pawlukiewicz. Ładnie, bardzo ładnie, Antokol prawie. Osób piszących się w ten sposób znajdziemy w Polsce i na Białorusi wielu, dość powiedzieć, nasza Babcia, matka śp. Ojca podpisała tym wyrazem protokół małżeński. Zanim wypowiedziała sakramentalne Tak  zakochanemu w Niej Józefowi Hajkowskiemu, wołano na Nią: Stefcia Pawlukiewicz. Ilekroć słuchałem kazań, homilii, konferencji i dowcipów Księdza Piotra Pawlukiewicza, tylekroć z należną czcią myślałem o Najbliższych po mieczu: o Babci, Dziadku, o Józefie Pawlukiewiczu - bracie Babci, legendarnym poloniście z liceum w Augustowie. Gdy słucham instynktownie myślę o Plebanowcach i o tym, że zanim się wszystko stało i odstać nie mogło, zdążyłem to Miejsce pokazać jej.  Panie Jezu, Twój sługa Piotr był kapłanem na wzór Melchizedeka: szafarzem był i żertwą, okaż miłosierdzie temu, który bardzo umiłował i polecał miłować. Amen.       

poniedziałek, 24 lutego 2020

Na zdrowie


          Anegdota pochodzi z czytanych przed laty Pięknych dwudziestoletnich" Marka Hłaski. Zapamiętałem  nie tylko konteksty, z których najdosłowniej wynika i do których bezpośrednio prowadzi, ale także bezcenną i kunsztowną uniwersalną wymowę. Hłasko miał zwyczaj osadzania niepokoju serca i namiętności umysłu w realnej, organoleptycznej, namacalnej przestrzeni. Nie wstydził się przyznawać do licznych, bardzo zróżnicowanych literackich powinowactw; czytał w zasadzie tylko to, co sprawiało mu twórczą radość. Dzieła wyselekcjonowanych faworytów to według  niego krople, strugi rodzajnego deszczu, za sprawą którego ruszą wkrótce zdrowe pędy dobywanych z zanadrza opowieści. Hłasko znalazłby się w dziesiątce ostatnich entuzjastów podejmowania piórem sugestywnych, cudzych recept i wzorów. Za pisarzy godnych lektury uważał: Tadeusza Borowskiego, Fiodora Dostojewskiego, Antoniego Czechowa, Ernesta Hemingwaya, Alberta Camusa. Borowskiego przywołuje często, na dobitkę w apoteozie zdobnej, mianując go: autorem autorów. Nikt, kto nie przeszedł doświadczenia lekturowego, które bez osoby i pracowitości, pomysłowości i uważności byłego więźnia niemieckiego KL Auschwitz po prostu nie zaistniałoby, nie ma prawa pisać po polsku. Hłasko słynął z radykalnych sformułowań. W ich duchu utrzymana została odpowiedź na pytanie, które zgodnie z treścią legendy padło jeszcze na płycie lotniska w Monachium, dokąd przybył korzystając z chwilowej drzemki peerelowskich urzędników od kultury. Na pytanie godne co najmniej środka lub konkluzji ekskluzywnego wywiadu odpowiedział jak miewał w zwyczaju instynktownie i dosadnie. Został mianowicie poproszony o scharakteryzowanie sytuacji życiowych współczesnych pisarzy polskich. Najpierw w opisywanej grupie dostrzegł rozlazłego cumulusa, następnie stwierdził, że sytuacja pisarza w Polsce jest ze wszech miar godna najwyższego ubolewania. Aktualnie pisarza polskiego nie stać nawet na szczoteczkę do zębów. Kilka zdań dalej, odnosząc się do skomplikowanej moralnie samooceny, oświadczył, że pisze po to, by naprawiać rzeczywistość, by rzeczywistość zastaną nasycić pierwiastkiem koniecznego, uzdrawiającego poświęcenia, a nawet ofiary. Czy byłby zatem gotów rzucić na stos twórczość swoją, mając pewność, że tym gestem doprowadzi do naprawy rzeczywistości? W odpowiedzi osoba formułująca kwestię usłyszała, że uczyniłby to bez wahania. Cały Hłasko. Naturalnie nikt mu podobnych gwarancji nie przedłożył. U zarania twórczości w obliczu prawie identycznego dylematu znalazł się Zbigniew Herbert. Na progu trzeciej siedmiolatki, mając w szufladzie juwenilia na miarę Statku pijanego", postanowił rozprawić się z nimi uroczyście; licząc na to, że skutkiem ofiary odwróci nieuchronność losu, który na szyi cierpiącego braciszka Janusza, zaciskał już tłustą, brudną łapę. Okrutna niesprawiedliwość śmierci najmłodszego potomka rodu Herbertów wywołała spustoszenie przewyższające intensywnością świadomość ataku Niemiec na Polskę oraz sowieckiej inwazji na Lwów. Z Miastem młodości postanowili pożegnać się jeszcze przed wojną, albowiem wydawało im się, że każdym krokiem zahaczają o rozproszone cienie i rozrzucone kości, kosteczki nieszczęśliwie zdiagnozowanej, niewłaściwie leczonej zapowiedzi przyszłego geniuszu. Ocalało nas trzech, wspominał po latach Herbert swoje szkolne czasy, trzech... i to tych najgorszych. No nie wiem, czy faktycznie najgorszych. To pierwsze zdanie Herberta, które skwitowałem brakiem zwyczajowego zaufania. Herbert w gronie najgorszych? Jeszcze czego, czegóż to Pan Poeta nie wymyśli...?  
    Choć ani wiek, ani dorobek na to nie wskazują udziałem w rozmaitościach życia czuję się bardziej doświadczony. To one właśnie powinny mi podpowiedzieć, powinny mnie przekonać, że roszadowe traktowanie związku literatury (żertwy) i rzeczywistości (beneficjentki) brzmi bez wdzięku, sensu i wartości. Mimo wszystko staram się i usilnie zabiegam, nosem ryjąc i paznokciami, albowiem przeżywamy aktualnie kolejną w dziejach medyczną traumę. Obserwujemy bezradność lekarzy i higienistów, urzędników i polityków. Kraj, w którym wystrzeliła koniunktura, pogrążył się nagle w mroku bezradności. Wszystkiemu winne nietoperze. Naturalnie przyklejone do lamperii ponurego laboratorium. Ktoś komuś gdzieś coś - i mamy epidemię. Lotnicza taniocha i nastawiona na niewyobrażalne zyski zawodowe i amatorskie goszczenie obcych pod dachem dopełniły całości obrazu. Co ja piszę, co ja piszę... a media, a redagowane przez quasi-znawców informacje agencyjne... Czy jest - Bogiem a prawdą - coś bardziej interesującego od zawirusowanej korony? To pytanie sformułował nie tyle urząd miar i wag, prawdy i fałszu, piękna i brzydoty, co mediów i reklamy. Już wkrótce rozlegną się skomlenia żartownisiów, a inni będą im wtórzyć klaszcząc do obrzęku. Nie hukiem, ale skomleniem zakończy się ten odarty z sensu epizod dowolności aspirujący do zastąpienia naturalnej harmonii ekwiwalentem oka cyklonu i środka chaosu. Trzeba swoje odczekać, swoje odstać, nie wolno przymawiać: wzgardziliście poezją naszych czasów - zatem mocujcie się z pandemią. Gdybyście się tak jeden z drugim uczciwie pochylili, gdybyście się tak jedna z drugą rzetelnie zastanowić chciały, może zmian wielkich, dużych by to nie przyniosło, ale drobne, skromne zapewne. Chociaż poezja może niewiele, a pojedynczy wiersz tyle co jeszcze mniej, podejmijcie mimo wszystko, mimo zmizerowanych zapowiedzi i pożółkłych nadziei trud uważnego odczytania wiersza z tomu Corona radiata. Wiersz: Na zdrowie" zatytułowany jak słynna, śliczna, radosna fraszka Jana z Czarnolasu. Przeczytajcie z uwagą i nie przeczcie sercem. Niech was ten wiersz osadzi w rzeczywistości ponad wszelkie pojęcie, uczyni z was mocarzy skłonnych dwie konewki mleka jedną dłonią dźwignąć. Niech was nawet uczyni mocniejszymi od tychże, no bo jaki z pojedynczej siły  pożytek, skoro tego samego dowieść i dokonać można w nieco dłuższym czasie. Musicie się solidnie okopać w załomach, przełomach i rozłogach tego wiersza; okopać, jeśli chcecie ujść z życiem, czyli solidniej niż dotąd. Jest, żebyście, moiściewy, mieli się czym bronić...  
           
        Na zdrowie

Krwotoków dawnych wiece, czerni defilady,
woń zapodzianych lekarstw,
zapach terminalny; na dłoniach, łokciach,
barkach przeprowadzek ślady, obłoki
prześcieradeł, ręczniki na pralkach
niczym plamy ze słońca, lecz czy skłonne wielce
przyciężkim aromatem upamiętniać morza;
mammografie, terapie, szarlatani, remis,
przemysł, domysł, łacina, siła na jednego;
świrus – wirus zaniedbań, płaskowyż ozdrowień,
gruźlica stawów, kości, aorty, nicości,
wiadro smutnego osocza, Biernackiego odczyn
w przyszłości zapodziany najmroczniejszym gąszczu,
szczepionka z głębi puszczy nadal w powijakach –

pora uderzać z mocą, bo powinność taka.
Ciasto, pieniądz oddali i pieczenie powiek,
zimno, krostę, egzemę: już zdrowieje człowiek.

          Czas na sztukę, a chciałbyś zapobiegać,
          leczyć, niczego nie uprawiać prócz profilaktyki.
          Żadnego skoku w przepaść, wyjątku, zadziora;
          chciałbyś przetrwać i dożyć, jakbyś wierzył z wczora:
          po drugiej stronie – pustka, całą pustki świętość
          zamyka zimna pieczęć, krótki wyraz: spokój.

Tedy poezja dzisiaj, jeśli miewasz katar.
Tego zgnieciesz skrupułem gibkiej aktywności.
Trzeba by rzecz natenczas osaczyć, uprościć,
przeciąć zdaniem sprzed wieków, aktualnym wielce:
jakie choroby – taka i literatura.

          I niech ją diabli biorą,
          nie dodam nic więcej.



Grzegorz Hajkowski, Corona radiata. Wydawnictwo Naukowe Śląsk, Katowice 2014, s. 23-24.
                     

czwartek, 13 lutego 2020

155 lat temu w Ludźmierzu...


   Do napisania tego felietonu sprowokowało mnie pytanie, tyleż sensowne, co pozbawione racji. Pytanie ucznia klasy pierwszej, niejakiego Kwiatkowskiego. Z przejęciem godnym innego miejsca, czasu i kontekstu oświadczyłem, zanim nastąpił moment sprawdzania listy obecności, że nie dalej jak wczoraj obchodziliśmy z hukiem 155 rocznicę urodzin Kazimierza Przerwy - Tetmajera... Już chciałem objaśniać młodocianym, kim był, czego dokonał i  jak bardzo dudniło wczoraj, gdyśmy ze starszymi wespół kilka jego wierszy czytali. O co zapytał Kwiatkowski? Mianowicie o to, czy jeszcze żyje. Kilku jego kolegów w śmiech; ale taki, od razu chciałbym zastrzec: spolaryzowany. Część koleżeństwa pomyślała w duchu: idiota, część druga: nawet ciekawy dowcip, taka (powiedzmy) gra słów. Od razu jakoś pomyślałem inaczej niż wszyscy, naprzód jako o zapodzianej, porzuconej w roztargnieniu złotej żyle słońca, z której przy odrobinie szczęścia można by wystrugać niewielkich rozmiarów latarnię, a może, dociskając sprzęgło rzężących hipotez, czy ten ktoś, mianowicie Kwiatkowski, nie pyta o coś w poezji i w życiu najważniejszego... Właśnie, co do Kochanowskiego, Mickiewicza, Słowackiego, Norwida, Sienkiewicza, Prusa wątpliwości nie ma: żyją i kropka. Żyją i na swój sposób są wielcy, a nawet duzi, ale czy Przerwa - Tetmajer też żyje? Żyje, bo przecież go na przykład tutaj wspominam, bo nadal rozważam emocje towarzyszące lekturze kilku jego transparentnych wierszy; emocje bardziej pedagogiczne niż czytelnicze, naukowe, polonistyczne itp. Pedagogiczne, czyli intencjonalne, wynikające z potrzeby realizacji podstawy programowej, niezbędnego programowego minimum. Skoro tak, nie mogą to być refleksje wyzbyte dydaktycznego oprzyrządowania: zwróćcie uwagę: to jest tym, a to jest tamtym, tak pisano kiedyś, ale... tak się będzie w przyszłości, tyle że... Tetmajer: wybitny liryk, subtelny obserwator, człowiek swojej epoki, cierpiący, doznający tysiąca pięciuset wzruszeń, sławny, bardzo sławny, tak bardzo sławny, że bez zmrużenia mylono z nim wybitne literackie przetworzenie, którego Wyspiański dokonał w genialnym, nie wiadomo czym zasłużonym "Weselu". Jechać gościńcami w złotej karocy na kanapce zaopatrzonej identyfikatorem: P o e t a  znaczy tysiąc razy więcej niż setki statuetek zawiniętych czekami na okaziciela. O statuetkach tychże niechże Toposy piszą albo inne hermetyczne kręgi szyjne,  lędźwiowe, niech kwakwaczy o tym internet, nawet Tetmajerowi do połowy podudzia nie podskoczą. Tetmajer, ten miał (pozwólcie, że sparafrazuję fragment arcydzieła, którego nie jesteśmy ani warci, ani godni)  miał nos. Tak, tak, panie Kwiatkowski: Kazimierz Przerwa - Tetmajer gdyby żył, to by pił. To jest doprawdy niemożliwe, czego dokonał i czego dokonano na jego rzecz, cześć, sławę... Nie będę przy tej okazji wyjaśniał, eksponował z kim przystawał, w co się uwikłał i jak się z uwikłania wygramolił. Autorytet Wyspiańskiego, któremu nadaję rangę szczególnie uprzywilejowaną (przepraszam - tak już mam i nie pytajcie dlaczego, może kiedyś opowiem, skąd przyszło i w jaki wprawiło ruch) poleca, bym patrzyć na Poetę z uznaniem, zaciekawieniem, podziwem, zachwytem. Nie jest to postać pozbawiona wad, mam na myśli osobę występującą we wszystkich aktach "Wesela", zapewne Przerwa - Tetmajer nie był szczególnie społecznie przykrych pozbawiony. Kazimierz został sportretowany w "połowie" wieku, jak się wówczas mówiło. Trzydzieści pięć lat to już jakieś życiowe doświadczenie i niemała życiowa mądrość. Książkowa i naturalna. Czytaliśmy wczoraj wiersz, który Poeta napisał w chwili kilka tygodni poprzedzającej jego brawurowy, improwizowany występ w Bronowicach. Poeta w formie mistrzowskiej, w treści zapewne też. To były czasy, o tempora, o mores, że wiersz chciał, korzystał ze zdolności podnoszenia, unoszenia. Swoją poetycką edukację zawdzięczał upartej i konsekwentnej lekturze wierszy Mickiewicza. Kogo miał czytać, skoro wzmiankowane zaczęto na terenie Galicji intensywnie przepisywać, drukować. Podówczas był to powszechnie znany i czytany w Krakowie poeta z wyszykowanym dostojnym sarkofagiem, bo królom był równy. A Kazimierz produkcją poetycką własną świadczył, że nasz wieszcz nie tylko po kątach rozsiane, ale nade wszystko bardzo liczne ma pokrewieństwo. Kupowanie Mickiewicza w ciemno, wbrew niedawnym pozytywistycznym deklaracjom to w dużej mierze zasługa recepcji potwierdzonej twórczo przez Przerwę - Tetmajera. Można się zachwycać liryką pejzażową albo miłosną, syntezami wielkich słów w poetyckich traktatach, ale o jednym nie można zapomnieć, bez Mickiewicza byłyby nie do pomyślenia i napisania. I bardzo dobrze się stało. Najsłynniejszy poeta młodopolski - przykład i stereotyp wyprowadzał wiązki osobistej artystycznej intuicji z bezpośredniego wygłosu lektury wierszy Mickiewicza. "Melodia mgieł nocnych" toż to na nowo i po nowemu napisana "ballada", "Nie wierzę w nic" - to efekt wytężonej lektury skrajnie pesymistycznych sonetów z obu kunsztownych cyklów. Nominalnie zahaczamy tu o "niewiarę", ale stan ten i ponurą w związku z nim sytuację kontroluje i neutralizuje niezwykle kunsztowny język, który ze środka poematu zdaje się przeczyć treściom przechwytywanym na poziomie dosłownym. Nie można hołdować smutkom i snuć teorie stanowiące zaprzeczenie "modnego" w epoce wyznania niewiary. Skłamany confiteor, ale ile w nim wdzięku, jakaż w nim rezyduje uroda: to wyraźna deklaracja stawiania na tworzywo kosztem rozedrganej, rozwarstwionej teorii. Już sam tytuł i początek wiersza to struktura podwójnego przeczenia. W matematyce minus i minus daje plus, w poezji również; każde wyrażenie rozpaczy, dramatu, niechęci, roztargnienia mocą poezji przekształca się w szczęśliwą winę. O felix culpa, która zaczyniasz, która prowadzisz do takich wierszy. Można czytać o doświadczaniu niewiary, niedowiarstwa i zarazem śmiać z pokawałkowanych na poziomie języka sensów prawie błahych. Przywołane w wierszu wytwory rzymskiej dekadencji stanowią punkt podparcia gwarantującego trwanie nie tyle czynionej w pośpiechu sztukaterii co życia, które dopóki trwa, dopóty poświadcza sens i znaczenie czynu. Pozornie nieważne ozdóbki sprawiły, że barbarzyńcy wyhamowali bezprzykładny impet i uznali zasługi, wiedzę, kompetencje pokonanych w dziedzinach stanowczo im obcych. Nie chciałbym snuć specyficznych, wysilonych i konsekwentnych paralel, ale nie bez zdziwienia i cichej zarazem satysfakcji stwierdzam, że nasz Poeta z "Wesela" znakomicie wyczuł i ustalił temperaturę i ciśnienie epoki kresu wielkiego konania. Przed neoromantykiem w średnim wieku moment wielkiego otwarcia. O co, o jakie zmazy i wymazy przyjdzie mu wkrótce zahaczyć, tego nie wypowie nawet najśmielsze przypuszczenie. Na nic również nirwana. Co innego my, znawcy przeszłości, w której pokolenie rówieśników Tetmajera widziało jedynie perspektywę. Stokroć nam łatwiej stwierdzać i kwitować, i odpowiadać Kwiatkosiom, dlaczego Poety, mimo ledwie 155 rocznicy urodzin, po prostu wśród nas już nie ma. 18 stycznia minęła osiemdziesiąta rocznica jego zgonu. Oznacza to, że żył... aż 85 lat. Lecz cóż to było  za życie, mógłby westchnąć małomówny świadek wieloletniego konania Poety z "Wesela". Jest, gdzie jedynie dusza żyje.               

poniedziałek, 27 stycznia 2020

* * * Czułego ciepła


* * *

Czułego ciepła nagich serc
w kącikach ust ostygłe łzy
bezwietrznej doczekała mgły
wydarta otchłani źrenica.

            Zanim obłędu wozy trzy
            warkoczy i do nich wstążek
            połamią dyszel o resory –
            by trafić tam gdzie bezpański stos
            od muzealnego gwaru
            opalcowane grodzi szkło –

            zanim podziwiając finezję
            złośliwego skryptu
            na szczycie zimnej bramy przetniesz
            ciszę emocją na wyrost –
            pryśnie ślad po mgle.

Łatwiej wyzwolić obóz
niż z obozu.

I przenikliwe światło
rzucić w szczelny korzec.

Niech usta
przejdą na mój chleb.

Niech dłoń smukła bezdomna
przyjmie zimny klucz.

              styczeń 2005, w sześćdziesiątą rocznicę wyswobodzenia
              więźniów obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu

sobota, 25 stycznia 2020

Ewolucja jerów


                                                         EWOLUCJA JERÓW

Jer twardy: ъ w pozycji słabej uległ zanikowi.
Jer miękki: ь w pozycji słabej uległ zanikowi, ale pozostawił zmiękczenie spółgłoski, która go poprzedzała.
Jer twardy ъ w pozycji mocnej zamienił się w „e” ruchome.
Jer miękki ь w pozycji mocnej zamienił się w „ie” ruchome.
Samogłoska ě (jać) przekształciła się w stałe <ie>.
Samogłoska e (pierwotne) przekształciła się w <e> – stałe.


                                                         SIŁA POZYCJI JERU

Los jeru (miękkiego lub twardego) zależał od jego miejsca w wyrazie, czyli od pozycji.
Procedura ustalania pozycji:
Patrzymy na wyraz od końca i liczymy znajdujące się w nim jery.
Nieparzyste: 1 i 3 to jery w pozycji słabej. Oznaczamy je znacznikiem: ˆ pod jerem
Parzyste: 2 i 4 to jery w pozycji mocnej. Oznaczamy je znacznikiem: pod jerem
Jery z pozycji mocnej uległy wokalizacji, czyli zamieniły się w samogłoski „ruchome”: „e” oraz „ie”.
M. placek
D.  placka
e : o 
placъkъ

M. pień
D. pnia
ie : o 
pьnь
Jery z pozycji słabej uległy zanikowi.
Jer twardy zanikł bez śladu: kotъ >kot
Jer miękki zanikł, ale pozostawił miękkość spółgłoski, która go poprzedzała: konь > koń
Ewolucja samogłoski  ě (jać) samogłoska ta przekształciła się w <ie> stałe

M.  sień
D.  sieni
ie: ie
sěnь

Przykłady: uczeń, bratek, kwiatek, łebek, łepek, sen, pień, perz, owies, wieś, lipiec, żagiel, chorągiew, bociek, Maciek, wyciek, zalew, lew, przelew, basen, palec, worek, piasek, żwirek, piesek, pies, bies, motek, ster, chleb, chlebek, pasek, cień, wieść, pieśń, len, leń, sień, pacierz, macierz, spadek, płotek, marzec, kwiecień, wrzesień, październik, piątek, czwartek, wtorek, Witek, bilet, łeb, zamek, statek, walec…

niedziela, 8 grudnia 2019

Sam wyjdę bezbronny...



Sam wyjdę bezbronny...

                        Są dni, gdy nie otwieram okien.
                        Nie otwieram, wiedząc, że za nimi nic prócz chłodu.
                                                            Św. Danuta 

                        Są takie znajomości, są takie przy - jaźnie, o których nie wiadomo, co powiedzieć, nie wiadomo, co napisać. Przyjaźnie odkładane na bezpieczne później, na świętej Kiedyś, świętego Kiedysia. Przyjaźń nasycona pewnością, uroda pojmowana w lot i nad podziałami. Przyjaźń zrodzona z pewności, że nazajutrz po mnie, wyprowadzisz z mroku słowo krzepiące i jasne, spolegliwe i określające, precyzyjne i niepozbawione sentymentu, rozpierające się na kopczyku projektów: niecierpliwych, połyskliwych, podskakujących z gracją na patelni ciepłej. Żywię przekonanie, że przyjaciel podejdzie do okna, rozejrzy się, muśnie myślą obowiązkową agendę, do biurka wróci, książek poszuka, przewertuje, poczyta, przypomni sobie, pióro odkręci, laptopa włączy, pisać zacznie. W ogóle miało być inaczej, mieliśmy się obaj solennie zestarzeć, raz a porządnie, do zawstydzenia, po kres wstydu upić, upajając się przy tym widokiem pawiego ogona wspomnień, obmacywać zachłannie dawne powidoki, do własnych, do cudzych błędów się poprzyznawać, lukami pamięci, wylotami wyobraźni cieszyć. Powiedziałbym mu wtedy: wiesz Krzysiu, czuję, że zmarnowałem życie. On by mi wtedy: Ty zmarnowałeś? Nieprawda, tylko zobacz, spójrz, zastanów się.
            I z tym byś mnie zostawił, ogołoconego, bezradnego całkiem wobec niewydolności stylu, rozpaczliwej elokwencji, podciętej inwencji oraz czegoś, czego z braku wiedzy nie wypowiem. Okładałbym się tym zdaniem - apelem jako jedyną krytyczną uwagą, którą skierowałeś pod moim adresem. I nie dlatego, że brakowało powodów, pretekstów. Przyjaźnie polegają na niemówieniu w obecności zainteresowanego czegoś, co w innych okolicznościach wyrwałoby duszę do sportów siłowych. Przesądziły o tym cechy u innych nader rzadko spotykane, nieistniejące ani w podobnej intensywności, ani kondensacji. Nie mam na myśli obfitości cech, różnorodnej i zróżnicowanej, delikatesowej złożoności; wartości Tobie bliskie odnoszę do jakości, a także wyjątkowego rytuału pracy. Jestem dłużnikiem Twoim, Krzysiu. Gdy zbieram zewsząd rozproszone cząstki, konstatuję zaskoczony, jak wiele tego było, ile jest, z jak wielu stron przybywa. Skąd do Ciebie przyszły łaski, zdolności, moce... domyślam się. Wam, drodzy moi, niczego nie sugeruję, nie narzucam. Przede wszystkim nazwisko. Odpowiedziałeś bez euforii, dumy, że słynny Zbigniew, autor Wspólnego pokoju, to faktycznie Twój krewniak po mieczu. W trakcie krótkiego życia napisał dość sporo. Miłośnicy dwudziestolecia wymieniają go w pierwszej piątce autentystów i kluczników, niezwykle utalentowanych i czujących wczas o sobie literackich naturszczyków. Moją samoistność również fundowały liczne talenty krewnych po mieczu i kądzieli, z tą różnicą, że nie chciały istnieć w ciemności bibliotecznego regału. Nikt spośród moich nie okazał się ani autorem książki, ani bohaterem debat; przenikali za to do legend i plotek lub czegoś w tym guście. Mimo boleśnie naówczas odczuwanych mankamentów zmierzaliśmy po własny owoc rodzinnym popychani, prowadzeni kijkiem. W czasach naszego: uu - aa, w epoce naszego da - da hitem wielorakich straganów odpustowych były drewniane, w kółka zaopatrzone, do lasek przytwierdzone motylki. Kółka suwane po asfalcie, betonie wprawiały w ruch ozdobione kwiatkami skrzydła, które w zależności od tempa reagowały aplauzem raz głośnym, innym razem cichym. Dzisiejszych milusińskich zabawka ta - podejrzewam - ucieszy na chwilę. Co innego nas; byliśmy wszak zakładnikami ponurych, siermiężnych deficytów, które nawet wątpliwej jakości instrumentarium podnoszą do rangi ośrodka zdarzeń. Łaskoczący powietrze motylek ze sklejki dosłużyłby od biedy powagi, która pozwoliłaby mu przejawiać aktywność w randze przedmiotu kierunkowego, nadającego ton. Mógłby określić kierunek i osaczać fazę nie tylko dzieciństwa, młodości, wieku męskiego, ale także dorobku do pozazdroszczenia, zasłużonej i godnej, endemicznej i niekwestionowanej pozycji w świecie profesjonalnej krytyki literackiej oraz niewyżebranej hierarchii akademickiej. Chciałbym przedstawić portret Krzysztofa spoza literackich, naukowych, krytycznych afiliacji. Pamięć podpowiada takie momenty, gdy podczas rozmów o książkach orkiestra nagle stawała, na tapetę, wokandę, mównicę wkraczało samo życie w postaci opowieści o tych i tamtych, nade wszystko o dzieciach, synu, córce; rzadko, bardzo rzadko o kolegach z pracy, szczególnie młodych, najmłodszych. Jako absolwenta studium doktoranckiego, poprosiłem Cię o wykład dla uczniów mojej szkoły. Zgodziłeś się z miejsca. Zasugerowałem temat. Jednego, czego faktycznie żałuję to tego, że pogadanki dotyczącej literatury najnowszej nie zarejestrowało żadne, dzisiaj tak popularne instrumentarium przenośnej pamięci. Krzysiu, na spotkanie z Tobą, choć rozpoczęło się dawno po obiedzie, przybyli ułani z klasy, której byłem wychowawcą i kilku spoza tej struktury, ponieważ wykład Twój miał mieć charakter otwarty. Słuchało Cię ponad dwudziestu uczniów czwartej klasy pięcioletniego technikum automatyczno - przemysłowego i kilku zainteresowanych z innych klas, którym zawczasu perswadowałem ogrom korzyści, jakie niesie możliwość uczestniczenia w spotkaniu z kimś, kto najlepszą wiedzę zawdzięcza bliskim i częstym kontaktom ze środkiem źródła. - Ale jak mam do nich mówić? - pytałeś z chwilą przekraczania progu sali opatrzonej numerem 307.  - Krzysiu, to wspaniała młodzież, miłośnicy wiedzy i konkretu, a swoje słowa traktuj jak ziarno przeznaczone na zasiew, czyli zarazem oszczędnie i rozrzutnie, jeśli można w ogóle, a można było przecież tak rozumianą ambiwalencję połączyć. Ledwie Cię zaprezentowałem, już się zaczęło. Pięknie i mądrze. Za oknami dzień się nachylił i w mrokach dane nam było opuszczać miejsce odczarowane na czas jakiś. Jednego spośród słuchaczy w pewnym momencie sen ogarnął, co stwierdziliśmy obaj z niejakim rozbawieniem. Widok ten ani Ciebie, ani mnie nie skonfundował, przejął, wszak (wiadomo powszechnie) różnych ma Pan Bóg stołowników. Skądinąd, powinieneś to wiedzieć Krzysiu, ale ów rycerz śpiący nie spał twardo zgoła, jedynie śnił natenczas, by później, to znaczy po kilku miesiącach, obudzić się z pragnieniem podjęcia studiów filozoficznych, socjologicznych. Implantowałeś widać pragnienie zrozumienia i Twoje słowa rozwijają nadal.
            Z najgłębszych sektorów pamięci dobywam momenty, do których nie dotrą skoncentrowane impulsy badaczy, subtelni wyświetlacze licznych dóbr i zalet. Krzysztofa Uniłowskiego wyłowiłem z nielicznej grupy łebskich, odważnych polemistów. Już na pierwszym roku przekonałeś mnie, że dysponujesz potencjałem i zasobami przekraczającymi pospolity standard. Słynne dyskusje w ramach ćwiczeń z filozofii, to wtedy właśnie po raz pierwszy dostrzegłem Twój realny format. Byliśmy bodaj jedynymi, którzy nie pozwalali sobie na status ofiary gwałtu przez uszy. Naszym przeciwnikiem był człowiek w mojej ocenie za bardzo jak na miłośnika mądrości spetryfikowany. Z radością konstatowałem, że wytyczonym tropem ruszyli inni, po kilku miesiącach pan Tomasz miał problem i raczej niechętnie układał się z koniecznością przedkładania spierniczałych mądrości elicie naszych połączonych konwersatoriów. Po filozofii mieliśmy - pamiętam dobrze - lektorat języka angielskiego z Jadwigą Węgrzyn, wy zaś poetykę z Anią Węgrzyniakową, potem było coś jeszcze, po czymś jeszcze coś innego. W końcu - wf. Piękne to były wspomnienia, miłe przeszłości obrazy, przypominał sobie we mnie wołek jak cielęciem bywał. To dziwne, ale dotąd pamiętam Twoje na boisku w dniach ze słonkiem szarpaninę. I te kontrasty liczne tak dobrze pamiętam, jak na szerokim jeziorze połyskujące skrawki nieba. Proponowałeś styl, rzekłbym: źródłowy, angielski. Sprawdzałeś się nade wszystko w napadzie, osobliwie zaś jako lewoskrzydłowy, niesłychanie szybki, ale też bywałeś szlachetny, finezyjny niczym Karl Heinz Rummenigge. Ciebie mieć w składzie - sukces raczej pewny, choć przeciwników - musisz przyznać - mieliśmy nie w kij dmuchał: Nowojski - król środka pola, Stypa - klasyczny libero, Kos - lustrzane odbicie Didiera Deschamps'a i Zarzycki - słynny Smolarek starszy, w jednej osobie zarazem sprawny i wygadany. Grał z nami także Gienek Moskała - najwybitniejszy spośród, pomysłowy jak Deyna, pracowity jak Matysik. Szum, który powstawał, gdyś do boju szedł, zagłuszał klekot pędzących opodal motorynek. Wierzcie mi, gdy się Uniłowski w okolicy cudzej bramki z piłką zjawiał, widok ten deprymował najdzielniejszych zgoła. To jest charakter, to jest temperament - rozszerzałem w myślach zasoby sportowej nomenklatury. Na sukces drużyny pracowaliśmy wspólnie, osobliwe zasługi przyznać trzeba Sklorzowi, to najlepszy przecinak, z którym w życiu grałem; w odbiorze: mur - beton - klinkier, w wyprowadzeniu: trzask bata, w ułamku sekundy podawał na wolne pole, stamtąd, niczym trudna do wyobrażenia synteza Rummenigge'go i Stoiczkova, przenosiłeś ze smakiem ciężar wielkiej gry! Rywali mieliśmy godnych, stąd wyników, jak w angielskiej lidze, nie umiałby przewidzieć nawet specjalista. A po meczu od razu wracałeś do lektur i niekończących się kwestii przed zawodami podjętych.  
            Po latach urosłeś jeszcze bardziej, podjęcie równolegle studiów na kierunku drugim przesądziło, jak mniemam, o Twojej przyszłości. Pozwól, w tym miejscu muszę to wyznać, wielokrotnie przybliżałeś w rozmowach sylwetkę szkolnego polonisty, słynnego Aleksandra Bytomskiego, któremu zawdzięczałeś więcej niż wypowiedzieć można.  Dekadę temu sprezentowałeś mi książkę poświadczającą kolejny etap Twoich niebywałych osiągnięć, spotkał Cię w związku z jej powszechnym uznaniem zaszczyt występowania do gronie laureatów nagrody im. Kazimierza Wyki. Serce rosło na wieść i na widok.
            W ramach snucia wątków srebrne dobywam nici. Wśród nich winienem czytelnikom i taką. Byłem jednym bodaj świadkiem zdarzenia, które najpilniej, najrzetelniej rejestruje charakter, warsztat i format mojego wybitnego Kolegi. Był rok 1988, działo się 5 grudnia, początek kolejnego spotkania w ramach seminarium magisterskiego koncentrującego się wokół literatury XX wieku. Słonko, pamiętam dobrze, dokazywało na gzymsach, świadomość aktualną to rozdzierał, to kleił niecierpliwy pytajnik, przesąd nadciągającego końca studiów, rok czwarty, wokół coraz odważniej ośmieszają się fantomy Peerelu. Gromadzimy się wokół mistrza, człowieka gruntownie, rzetelnie zdeprymowanego mistrzostwem swoim. Gromadzimy się wokół Mistrzów, których twórczość postanowiliśmy profesjonalnie poznać i zbadać. Nagle ktoś, nie pamiętam kto, wkroczył do gabinetu i z impetem informuje bez średniówki, o czym doniósł przed chwilą eter reżimowego radia: 5 grudnia 1988, przeżywszy lat niespełna 81, zmarł w Warszawie Teodor Parnicki - wybitny powieściopisarz. Teodor Parnicki, bohater Twojej pracy magisterskiej, ulubieniec Stefana Szymutki, którego - nie wiedzieć dlaczego dotąd, choć było blisko, nie poznałeś. Tego nie można zapomnieć Krzysiu, byłem świadkiem - koronnym - Twojej pierwszej (zanim dotrą w pełnym brzmieniu konsekwencje faktu) reakcji na ten komunikat. Uniosłeś brwi, posmutniałeś, zaniemówiłeś. Następnie ze skórzanej, modnej wówczas raportówki - protoplastki słynnego neseseru chirurga, z którym się wkrótce choćby na moment nie rozstaniesz - wydobyłeś gęsto zapisany brulion formatu B5, wygładziłeś jego pierwszą stronę i pod nagłówkiem: Teodor Parnicki, obok zapisu: Berlin 5  marca 1908 dopisałeś: Warszawa 5 grudnia 1988. Nie pamiętam, co było dalej, pewnie zapadłeś się w sobie, czegoś dowieść chciałeś, o czymś zaświadczyć, może odwoływałeś w myślach zamiar wyjazdu do stolicy, by się z pisarzem spotkać. Zależało Ci, ale nie zdążyłeś. Zawsze ten sam, czujący wczas o sobie, solidna firma, sicher ist sicher.
            Nie grzeszyłem wówczas rozumem, ale to umiałem dostrzec, roztargniony, śmieszny, popieprzony taki. Zdarzały się odejścia i niepewność trwania, ale wszystkich jeszcze jak na dłoni, jak na choince miałem, choć Adwent się ledwie zaczął, a niewiniątka spod sierpa, młota znaku lawinowo uwłaszczać. Dowodu solidności Twojej nic z głowy, z pamięci nie wytrzęsie. Gdyby zależało komu na tym, aby Cię w miarę lapidarnie określić, służę stosowną metonimią: Krzysztof Uniłowski, czyli spontaniczna rzetelność tytana pracy.
            Mam taką wizję: ze Stefanem u Teodora Ty. Zajęliście właśnie niskie fotele wokół uczelnianego stolika, Marysia herbatkę w dużych kubkach niesie, rzecz jasna na tacy, którą kładzie właśnie między popielniczką i cukiernicą, by, oddaliwszy się chyłkiem, sprawdzić, czy wystarczą zasoby ociekające na suszarce, czy też trzeba będzie sięgnąć głębiej, uchylając drzwiczki kredensu. Wystarczy - twierdzi, układając nad czołem szpakowaty kosmyk. Przyjrzy się wam, zauważy, że przyglądacie się sobie, sięgając jednocześnie po gorące kubki. Podnosicie, przechylacie, przełykacie, odkładacie. I znów przenikliwie, z niedowierzaniem gapiąc się na siebie. Czekacie...         

Głową... do końca

  Głową… do końca Opublikowano 14 lipca 2006 | Przez Corona radiata       Głowa, gdy mądra, i z nogami rada rozumem się dzielić. Najpi...