sobota, 29 listopada 2025
niedziela, 2 listopada 2025
Bardzom tego ciekaw...
Bardzom tego ciekaw,
bardzom, bardzom. Powroty do przerwanych nagle rozmów. Pamiętam, w dniach
ostatnich dzwoniła Kasia, nie odebrałem, nie zdążyłem, nie podniosłem...
Oddzwaniam i oddzwaniam. Puste milczenie między przywoływaniem dzwonka było mi
odpowiedzią. Czekałem chwili, gdy procedurę przywołania przetnie bezduszny
klaps i breweria nieznośnej zajętości. Wrócimy do tej rozmowy, wiesz Kasiu, do
tylu, tylu rozmów, tematów, wątków. Jeśli to prawda, że drzewa chłoną melodykę
naszego śpiewu, krzyku, wrzasku - uszanujmy ich kruchość i to, że będą chciały
służyć kolejnym pokoleniom i tym, które nastaną po nich.
Obietnica nawiązania
relacji, odnawiania relacji wykluczającej konieczność autoprezentacji, jakbyśmy
na czole mieli pieczęć: ładną i prawie niewidoczną; powoduje we mnie potrzebę
bycia przynajmniej w miarę dobrym, czyli wystarczająco cichym, żeby nie spłoszyć
i nie rozproszyć bliższych i dalszych 🌿🙏⛵
niedziela, 13 lipca 2025
z Dantego Alighieri, La vita nuova. Sonet II - naśladowanie
z Dantego Alighieri, La vita
nuova.
Sonet II - naśladowanie
Przebiegli, bo pobiegli
ścieżyną miłości,
Ku płytkiej namiętności kroki
obracają.
Przystańcie i choć jednym zaopatrzcie
okiem
Tę ranę, co mi sadze afektu
zadały.
Wyłożony ciężarem korzec
utrapienia.
Amor – satrapa łaski – okruszyną
wabi,
Cudze wieści odbijam, bym
się nie udławił
Wyławianiem radości
przebrzmiałego pienia.
Odeszły, odpłynęły - przepadam
bez winy.
Smutny i onieśmielon osaczam
godzinę
Chłodem niemej obręczy, co złotą
się zdała.
Znów dłonie kładę w zawój, znów
tuszę: za mało,
Nawet resztek nie znajdę dawnego
wzruszenia,
Znów szepczecie, żem wesół snadź
od urodzenia.
środa, 2 lipca 2025
Poetka na sto dwa
Poetka
na sto dwa.
Dwójka w życiu i biografii literackiej Wisławy
Szymborskiej to liczba naznaczająca wielowymiarowo i głęboko. Dość powiedzieć,
urodziła się jako druga. To dużo, bardzo dużo. Zatrzymałem się obok punktu
wyjścia na szerokie morze nie bez przyczyny. Obchodzę w zamyśleniu wspomnienie
sto drugiej rocznicy urodzin Damy Poezji Świata – poetki na sto dwa. Postępujmy
skupieniu, lecz bez pomp i pompek. Nie ma powodu nadymać niegdysiejszych
szuflad. Należą się jej słowa czci i zrozumienia. I wdzięczności. Wisławę
powszechnie świat kojarzy z wierszami ku czci. Skaranie Boże, utrapienie
wielkie. Napisała. Napisała też wiersz określany w refleksji metaliterackiej
mianem: „sierotka”. Wiersz zagubiony w szufladzie, przy którymś sprzątaniu odkryty;
pisany pewnie od niechcenia, na kuchennym stole, pośród zaniedbanych ingrediencji
potraw i wzgardzonych przypraw. Napisała i odłożyła. Po miesiącu przeczytała
dwukrotnie i pomyślała, że wymuszony post lub ściślej: niejedzenie ma prawo
domagać się czegoś bardziej odświętnego, czegoś poprzedzonego żmudnym badaniem
źródeł, wertowaniem bibliotek; własnych, cudzych, publicznych. Nic
wartościowego w wypowiedzi wyrosłej wyłącznie z domysłu i popuszczania
wodzy, absurdalnego ciśnienia dopominającego się dyscypliny stroficznej i wersyfikacyjnej.
Tym wierszem – ożywiła przekonanie – nie zmażę obłapiającego mnie odium skryby
na usługach. Zawsze będę – myśli sobie – defilować pod transparentem uproszczeń.
Z drugiej strony marna to zasługa bojki przy nadbrzeżu, ale ten skandal na tyle
się skurczył, że mógłby się sprawdzić w roli deski ratunkowej, kółka z pianki,
solidnie splecionej, ugniecionej linki. Albo wabika. Bo dzisiaj do poezji
trzeba wabić, obiecać coś, co wykracza daleko poza konkret skupienia na
czynności czytania lub słuchania. Czy kiedykolwiek było inaczej? Pytam,
jakbym miał pretensję do przeszłości, która nie ocaliła poezji figurującej w
roli sprawczej i porządkującej. Na tym odcinku nic się nie zmieniło, przybyło
jedynie bodźców i rozpraszaczy, informacyjnej plewy i metod reifikowania wszelkich
przejawów życia, i przemieniania człowieka myślącego w durnia. Z tego wypada się
otrzepać w trakcie czytania, deklamowania wierszy i rozmyślania na ich temat.
Poetkę kojarzę z jednym jedynym
ważnym! Z okolicznością posłużenia się tomem: „Ludzie na moście”. Wszedłem w
posiadanie skromnego tomu (każdy wiersz to arcydzieło!) za sprawą ofiarności
profesora Aleksandra Nawareckiego. W jednej z księgarń wyłowił „Zmęczenie”
Bronisława Maja a w drugiej wspomnianą książkę Szymborskiej. Wyłowił, uregulował,
wręczył: „proszę, to ode mnie, przeczytaj przy sposobności”. Aleksander był
wówczas magistrem, prowadził konwersatorium z poetyki. Występowałem wówczas w
roli kandydata na studenta drugiego roku filologii polskiej. Obaj byliśmy przed
czterdziestką. „Zmęczenie” przyjąłem od razu. Pierwotnie jako sposób radzenia
sobie z własnym albo metodę na własne. Szymborska, niczym długoterminowa lokata,
czekała chwili wyczerpania się mniej lub bardziej drastycznych środków do stosowania
przy zapaleniu oskrzeli. Instynktownie zacząłem czytać, zacząłem z wielką
nieufnością, jako tako wspieraną autorytetem sytuacji wejścia w jej posiadanie.
Skoro Aleksander ofiarował i polecił, to dlaczego niby opieram się dotąd i do nadal
stawiam… I się zaczęło. Po godzinie czułem, że jestem beneficjentem szlachetnej
fiesty. Po dwóch stwierdziłem, że zdrowieję! Pomyślelibyście? Czy książka, czy
uważna, aktywna lektura może leczyć? Wysoki ustanowiłem pułap. Absurdalnie
niedostępny, zastrzeżony. Innego nie ma, jak świat światem. Poznanie i terapia.
Nie śmiej się nadęty groszorobie, obsrana szczekaczko dentystycznych poczekalni,
producencie słownego chwastu, który za nic masz, że twoje wymiociny trafiają
mimowolnie do uszu najmłodszych, zapychając wyloty drogocennej jaźni i
wyobraźni. Na to wszystko jedynym lekarstwem poezja. Wiersze z tomu „Ludzie na
moście” nade wszystko i przede wszystkim. Teraz się zastanawiam, jakim kanałem
mogłaby dotrzeć do Poetki informacja przed chwilą zaprezentowane, ostentacyjne wyznanie:
twoje wiersze leczą! Przecież miałem okazję. Tak, ale wtedy akurat gotowa byłaś
słuchać nie mnie a cudzej trąbki. Żywię przekonanie, że specyficzną właściwość
Twojej liryki uzmysłowiły reakcje odbiorców bliskich i wiarygodnych. Czym
się tu zatem przejmować. Już wiesz.
sobota, 31 maja 2025
Alicja i przyjaciele w Teatrze Śląskim. Nareszcie!
„Alicja w krainie czarów”. Premiera
spektaklu w Teatrze Śląskim. Lewica, prawica, centrum – wszystko we mnie
pracowało; zgodnie, radośnie, z przytupem. Znakomita realizacja ambitnych
pomysłów. Daj Boże przedświt tego, czego widz oczekuje od przedstawienia,
każdego przedstawienia! Mam na myśli ogół faktów scenicznych poprzedzonych
pracą ze słowem. Słowem eksplikującym przesłanie podporządkowane regule
scenicznego przywileju. Zaskoczyła mnie rezygnacja z eksponowania ścieżki
dialogowej w postaci wyświetlanych kwestii poszczególnych postaci. Koncepcję
reżyserską ufundowało przekonanie, że słowo zawsze da sobie radę. W kontekście
specyficznego tworzywa zamysł nadaje wyborowi walor heroiczny. Specyfika polega
na wyłączeniu czy sparowaniu pojedynczej i rozbudowanej semantyki. Dzieło
Lewisa Carrolla spowijała pierwotnie szara, mglista, nieświeża prawidłowość
przesądów epoki wiktoriańskiej. Swoim
dziełem Lewis Carroll sprzeciwił się organizatorom świadomości zbiorowej
kolejnego etapu uprzemysłowienia; sprzeciwił skromnie i konsekwentnie. Zamiast
języka, który mówi z nami, ponieważ jest częścią zbiorowej wyobraźni,
otrzymaliśmy na powitanie możliwość kontaktu z kodem szukającym odrębności. Teatr
Śląski im. Stanisława Wyspiańskiego w Katowicach kultywuje zwyczaj inicjowania serii
zróżnicowanych zdarzeń scenicznych długo przed pierwszym dzwonkiem.
Zaskoczonych widzów zaczepiały, emablowały, prowokowały multiplikacje Białego
Królika jeszcze przed wejściem na widownię. Największe mimo wszystko
zaskoczenie wywołała postać oblegająca krawędź sceny. Spod warstw sierściuchowatego
kostiumu wydobywała się wyzbyta wszelkiej fatyczności recytacja
najsłynniejszego poetyckiego fragmentu „Alicji…”. Z dziką satysfakcją wobec
najważniejszej osoby oraz grona towarzyszącego nam na widowni recytowałem
kunsztowne, koronkowe, spiżowe frazy wiersza o Jaszmijach smukfijnych. Moment
rozciągał się niczym surowe ciasto na stolnicy. Zgromadzonych ogarniał zwolna
niepokój, przejmował rodzaj niesprawiedliwie obecnej tremy, eksplikacja obawy poprzedzającej
wejście w dławicę aporii. W tym momencie uroczyście zapewniam, że samo
brzmienie sformatowane w postaci pętli przywołało cudowne, najcieplejsze
wspomnienia młodości uczniowskiej, studenckiej i nauczycielskiej. Miarą radości
było jednoczesne recytowanie fraz wyzbytych oczywistych znaczeń. Lewis Carroll zamierzał
udowodnić, że słowa, a nawet związki leksykalne, wyrazy gramatyczne, układy
syntaktyczne, zdania, akapity mimo narastającej i pęczniejącej asemantyczności należą
do języka. Mimo niespójności znaczeń i rozrastającej się polisemii nie można
składników kunsztownego komunikatu wyprowadzać poza gramatykę. Nauczycielska młodość,
dawne dobre czasy, zaznaczyła się udziałem w roli autora zestawu maturalnych pytań
egzaminacyjnych. Z braku ciekawszych pomysłów poleciłem przystępującemu (ilekroć
wylosuje rzeczony zestaw) ustalić parametry gramatyczne form składających się
na cytat z „Alicji…”. Wyrywnym postępkiem naraziłem wicedyrektor Danutę - przewodniczącą
komisji – na zgrzyt i desperację. Niech pan natychmiast usunie to pytanie z zestawu,
nie daj Boże jeszcze ktoś wylosuje i dopiero będzie. Ale przecież nasi
absolwenci… Nie zgadzam się (dostrzegłem błysk ostrza katowskiego topora) niech
pan będzie łaskaw usunąć, zlikwidować cały zestaw. O jest egzamin… maturalny z
języka polskiego! A nie z fizyki kwantowej.
Na żądanie zareagowałem jeszcze większym,
jeszcze godniejszym przywiązaniem do: świdrokęrtów, zagewników i
smutcholijnych peliczapli. Chciałbym wprowadzonym wątkiem zapewnić Justynę
Łagowską - autorkę koncepcji scenicznej, scenografa i reżysera, że najwyższa
troska o dobrostan idealnego odbiorcy to latarenka w pęku kluczowych koncepcji.
Warto założyć, że na widowni miejsca wysokie lub niskie zajmują osoby, które na
spektakl (proszony lub z łapanki) przybyły celem umocnienia więzi z tekstem
stanowiącym punkt wyjścia libretta lub postacią wiodącą czy grupą bohaterów. Zdaje
się, na czymś takim zależało koryfeuszom teatru światowego. Wyobrażenie widza –
znawcy lub odbiorcy, który wie, pułapem kaloryczności przekracza rozmiar czapki
pełnej pieniędzy. Pani Justyno, proszę pamiętać, że w gronie zaproszonych na
premierę i spektakle popremierowe może się znaleźć na przykład profesor Tadeusz
Sławek. Nie napisałem tego po to, by – Boże broń – straszyć osobą profesora.
Wręcz przeciwnie, napisałem po to, by podkreślić znaczenie obecności godnej i
zdolnej pozycjonować wartość przedstawienia. Nie ma nic piękniejszego nad widok
wysokich drzew w krępym lesie. Jeśli jakimkolwiek kanałem dotrą te słowa do
Dariusza Chojnackiego, kreującego rolę Kota i Niby Żółwia, nich ożywią wyczekiwaną
pewność, że się nie spinał, trudził, powtarzał po próżnicy. W postaci tytułowej
można się wręcz zakochać. Uwielbiam takie właśnie wejścia i osadzenia w roli.
Rewelacyjny, jak zawsze i w przyszłości, Paweł Kempa – wysoki, światowy poziom
epizodu z Jajem Bajem. No i nieoceniony, wprost do wyściskania, Marcin Gaweł –
wielka, może największa nadzieja Teatru Śląskiego. Premierą „Alicji w krainie czarów”
zespół Teatru Śląskiego poprzez: koncepcję, reżyserię, scenografię, kostiumy, makijaż,
ruch sceniczny, funkcjonalne i proporcjonalne wspomaganie akcji głównej
rekwizytem wideo, oprawę muzyczną, nienaganną dykcję, wchodzenie w rolę,
wychodzenie z roli – udowodnił, że w Katowicach można się spodziewać
przedstawień na miarę wielkości i prawdziwego zdarzenia. Oby tak dalej!
Wywołane
„co dalej” przekształćmy w: „co nadal”? Nadal należy sięgać po wspaniałą,
genialną literaturę, by odpowiednio przystosowywać ją do roli źródła libretta
przedstawień. Zatem: precz z efemerycznymi bukietami bezsensu! Precz z
eksperymentami spod znaku gier wideo. Won z przekonaniem, że ruch sceniczny
zastąpi kwestie wyściełane po czubek subtelnym głosem. Po raz pierwszy od
dłuższego czasu na pracę zespołu reagowałem długo i oburącz. Ad multos annos.
poniedziałek, 5 maja 2025
Źródło nadziei w czasach trudnych dla człowieka.
Źródło nadziei w czasach trudnych dla
człowieka.
„Nadzieja zawieść nie
może” – rozbrzmiewa proklamacja zawarta w liście apostolskim Św. Pawła; skoro
tak, jej indywidualną, osobniczą rangę pragnie podnieś do poziomu
przekraczającego standard wielu, bardzo wielu charyzmatów. Podnosi i sytuuje w
zestawie cnót kardynalnych. Sytuuje pomiędzy wiarą i miłością. Symbolem nadziei
jest kotwica, wykaz średniowiecznych alegorii przypisuje jej kolor zielony –
chlorofil odrodzenia i wychodzenia ze stanu zapaści, letargu, sytuacyjnej komy.
W poemacie „Ziemia jałowa” T.S. Eliot przypisuje opisaną sytuację jednej
dwunastej roku kalendarzowego. Przypisuje i jednocześnie oznacza epitetem:
„najokrutniejszy”. „Najokrutniejszy miesiąc to kwiecień”. Kunsztownie wydrążona
fraza nadaje mu atrybut pozwalający połączyć „z pamięcią pożądanie”,
zaniepokoić bezduszną nieobecnością pewności, obandażować ją właśnie nadzieją.
Nadzieja się zjawia, gdy pewności brak, a tacy, którzy ją za nic mają,
zasługują na lekceważenie i pogardę. Nadzieja nie lubi, gdy się z niej
kpi, gdy się ją emabluje tytułem: „matka głupich”. Zaiste marny los bez deka
ufności.
Literatura polska to
wielkie, głębokie, przegadane i zakurzone repozytorium nadziei. Już w średniowieczu
w kontekście kardynalnych cnót zdobywano się na maksimum oryginalności. Jeżeli genialny
twórca lub genialni twórcy „Bogurodzicy” zrezygnowaliby z tego, co
swojskie, rodzime, organicznie skojarzone i powiązane z plemionami
posługującymi się mową polską, wymowę tego utworu rozproszyłaby esplanada
efektów specjalnych. Tymczasem zaczyn, a mówiąc ściślej „przedczyn”
polskiej literatury, wyłonił się z predylekcji teologicznych, instynktownie
podejmujących temat nadziei w trudnych czasach. Zanim pojawił się zapis, istnieć
musiał zamysł deklaracji programowej. Mądry twórca wiedział, że „zbożny pobyt”
to zaledwie formuła wariantu losu, którego nie dostrzeżemy, nie dostąpimy
wyłączając udział pomocy nadprzyrodzonej.
„Ty mnie przy sobie postaw, a przezpiecznie/ będę wojował i wygram statecznie” –
sparafrazuje treść średniowiecznej prośby wielki poeta pogranicza renesansu i
baroku - Mikołaj Sęp Szarzyński. Przywołane teksty stanowią cząstkę gigantycznego
zbioru myśli podejmujących krytycznie (czyli opisowo) fenomen trudnych czasów. „Bogurodzica”
ów stan ostrożnie antycypuje, sonet z nurtu metafizycznego odnosi do fanaberii
doświadczania niemocy i pomocy. Bez nadziei ani do proga. A co na ten temat
inni? Ojciec poezji polskiej występował często w roli propagatora nadziei w
życiu publicznym; odwoływał się do niej, rozpatrując, dzieląc niczym włos na
czworo, dylematy polityczne. Szykować się czy może poczekać na decyzję półmiska?
Gotować się orężnie czy może posiłkować sprytem? Czy każdy, kto potrafi dostrzec
niedorzeczność i nielogiczność działań sprawujących urząd, zajmujących miejsce
Boga na ziemi, ma obowiązek nad własny honor, dobre imię ojczyzny wynosić? Pytania,
dylematy unurzane w konfiturze z klauzulą pierwszej świeżości. Słyszy się,
coraz częściej się słyszy, że trudne czasy to dzieło słabych ludzi. Weźmy na tapet
ową słabość i pomedytujmy chwilkę… Do czego się wywołana słabość sprowadza? Do
słabości woli, do szukania wygody, do unikania konfrontacji, do maskowania wewnętrznych
intencji? Do hipokryzji w relacjach z głosem Boga i głosami ludzi? Na tym ta
słabość polega; słabość, która jest fundamentem i osnową trudnych czasów.
Jednym z przykładów trudności jako takiej jest ciąg epizodów ilustrujących
dramat utraty niepodległości. Onegdajszy faworyt, który w bitwie pod Wiedniem
wybił z głowy Turkom pomysł opanowania chrześcijańskiej Europy, staje się po
niespełna dwustu latach kawałkiem sukna do rozdarcia. Paradoks sytuacyjny,
czego między innymi dowodzi biografia i twórczość Mickiewicza, polega na tym,
że kulturowi spadkobiercy przegranych spod Wiednia stali się przeciw Rosji
naszymi sojusznikami i sprzymierzeńcami. W Turcji, która nigdy nie uznała
zaborów, zapamiętale czekano na posła z Lechistanu. „Gładź dróżkę jak po duszy,
a bij jak po szubie”. Czy tego typu podejście nie powinno opuścić wreszcie zaciągające
stęchlizną regały politycznego panoptikum? Czy zawsze oba końce w wodzie?
Miejmy nadzieję, nie tę lichą marną, że wyzbyta z drętwego i wygodnego
serwilizmu podmiotowość polityczna, pozwoli przynajmniej zaistnieć bohaterom
trudnych czasów. Niech się to odbędzie pod auspicjami nadziei, która zawieść
nie może. Źródłem nadziei jest mądrość, pochodna myślenia, efekt łączenia
wiedzy z doświadczeniem. Czasami w literaturze upolujemy i taką – dumną i niezmęczoną
namysłem frazę – „ja z synowcem na czele i jakoś tam będzie”. Otóż nic z pięknem
uwodzącego bukietu słów. Formuła może dotyczyć kwestii istotnych, ale bez
większego znaczenia. Dobrze postąpimy, gdy przypiszemy jej odpowiednie miejsce.
Nadzieja nasza ma tymczasem
z nami niełatwo. Czuje się wśród nas nieswojo, niewyraźnie. Pragnie, by pokochali
ją mądrzy. Niestety, mechanizm polskiej kultury ustawiono na program: mielenie.
„Daj ać ja pobruszę, a ty poczywaj”. Mnie pozwól kręcić, mielić, omłotu dodawać
– a ty odpocznij. Odpocznij nieco. Z nadzieją w sercu. Zaiste nic z tego.
I jeszcze mi smutniej, i jeszcze mi trudniej.
niedziela, 13 kwietnia 2025
Opowiem wam o Kasi
Opowiem wam o Kasi
Ręce i nogi
ludzkiego plemienia sprawca zbawienia
Uciekam w milczenie, w bezruch
zdziwienia i zadziwienia; jakbym rezygnował z prawa do myślenia o tobie,
do mówienia i pisania. A jednak nie powinienem milczeć o przejawach łaski losu.
Pięknie, przepięknie wspominałaś Umarłych. Nigdy jak o nieżyjących, zawsze z obfitości
doświadczenia i przyjmowania darów. Ciocia Ewelina - wspominana zdecydowanie najczęściej.
Zawsze wywoływana w chwilach wychodzenia z niewiedzy i zagubienia. Teraz,
dopiero teraz mnie olśniło; twoim życzeniem stało się pragnienie, abym, gdy
będę opowiadał o tobie, pamiętał, co mówiłaś o niej. Ewelina zawstydzała bezzasadną
żarłoczność trywialnej hiperboli, jej portret z okładem przekraczał jej ramy. Zdobywała
się na wzniosłość, by po chwili zatkać usta słuchających zapowiedzią wyjazdu wymuszonego
pilną potrzebą nabycia futra. Jedno i drugie z równą ostentacją otwiera inkrustowane
podwoje i zgrzebne wentylacyjne otwory kultury wzniosłej i osadzonej. Wyznaliśmy
kiedyś, że jesteśmy poetami jezior. Jeśli nie jezior to zapewne stawów – zdobyłem
się na dowcip. Wspólną fotografię zrobiono nam na moście. Pod nim snuła się
wolno, coraz wolniej gęsta zawartość jednego z bypassów Odry. Nie lubię tego
miasta, ale w żadnym innym nie zobaczymy tak wielu przejawów szaleństwa rokoka.
Pomysł narodził się nad wodą. Wpatrywaliśmy się poruszenia mokrego grzbietu. Umiejscowiono
ławkę z myślą o dostarczaniu zamorskich widoków zażywającym relaksu na siedząco.
Czy cię to nie przekonuje do tego miasta, do serdeczności municypalnej władzy i
zawsze oddanych obywatelom urzędnikach średniego szczebla, niewybieralnej,
odpornej na kaprysy i fanaberie ludzkiej menażerii… Takiego czegoś w twoich
ukochanych Mysłowicach nie zobaczysz… Wygląda na to, że nie znasz Mysłowic.
Zaiste, to miasto ma jedną gigantyczną zaletę. Ciekawe jaką? Dało nam ciebie. Może
wystarczy tego dobrego, wracamy? Zobacz i posłuchaj, co się tam wyprawia na
ścieżce z asfaltu. Poczekajmy, nie spieszmy się. Gromu się nie bój, Ewelina
mówiła, że bać się powinni jedynie osobnicy bez sumienia. Po raz kolejny, nie
pamiętam który, chciałem cię objąć. Zawsze jednak, ilekroć twoimi ustami władał
cytat z „Księgi mądrości ludzkiej” konstatowałem, że będę musiał otoczyć ramionami
jednocześnie ciebie i Ewelinę. Otoczyć ciebie i marzenie o tobie.
Tego dnia nabrałem pewności, że
nie mogłaś, jak zdecydowana większość urodzonych, przeskoczyć barierki ścieżką
natury. Zostałaś nam zadana i podyktowana. Cdn
niedziela, 6 kwietnia 2025
Korfanty. Rebelia. Recenzja.
Udział w spektaklu: „Korfanty. Rebelia” to
wydarzenie godne tezy: najlepsze, co nas spotkać mogło w ramach świętowania
jubileuszu 75-lecia naszej Szkoły. Zapewne to samo twierdzą wykonawcy oraz
inspicjenci ambitnego przedsięwzięcia. Podstawowe pytanie, jakie sufluje widzom
nadprzyrodzone magnum recenzji: „czy było warto, czy się opłaciło”?? potwierdza
intencje pomysłodawców i organizatorów.
Uczestniczyliśmy
w wydarzeniu bez precedensu; osoby odpowiedzialne za inscenizację żywią
przekonanie, że tak licznej i zdyscyplinowanej publiczności dawno nie gościli.
Opuszczaliśmy teatr z uczuciem wydobytego z zanadrza apetytu na udział w
wydarzeniach przekraczających artystyczny płaskowyż. Sztuka musi się opłacać. Przedstawienie
wywołało ożywienie, dyskusję. Umocniło radość wspólnoty. Oto najcenniejszy
profit. Zanim uwagę niedawnych widzów przejmą pozateatralne latyfundia, zanim
opanuje nas surowy pragmatyzm miasta, zapytamy półgłosem: „Kiedy znowu? Czy
przed świętami, czy po świętach”? Ludzie teatru żyją treścią lapidarnych,
emocyjnych, spontanicznych opinii – surowym półproduktem najskuteczniejszej,
jaką wymyśliła ludzkość, reklamy pantoflowej. Mijają kwadranse, godziny.
Odnajdujemy się nagle w roli heroldów scenicznych nowin, opowiadaczy zdarzeń.
Musimy się streszczać, ogarniać. Słuchacz przynagla, ponagla, przestępuje z
nogi na nogę, waha się; raz chce, po chwili nie chce. Z cząstek ważnych
wydobywamy najważniejsze. Separujemy sceniczną ekspresję od tego, co celowo i mimowolnie
wywołała. Nasycamy ciekawość słuchacza. Już wie, czy skorzysta ze sposobności
sprawdzenia naszych słów, a może da im wiarę. Przed tobą niedawny widzu
konieczność ostatecznego rozstrzygnięcia, z jakimi powidokami przedstawienia czynić
będziesz krok za krokiem. Pod koniec dnia zasiądziesz i póki pamiętasz, zastanowisz
się, zaczniesz pisać recenzję, omówienie, przeprowadzać dowód na istnienie permanentnej
rebelii, fenomenu, fermentu i możliwej epikryzy ewentualnego katharsis.
W postaci tytułowej, nomen omen
patronie naszej szkoły, rezyduje potężny, nierozpoznany zasób drogocennego
kruszcu. Bezcennym, niepowtarzalnym zarysom można nadać wyrazisty kształt
sceniczny. Gdy piszę: „można” – myślę: „należy”, „trzeba”. Spektakl: „Korfanty.
Rebelia” potwierdza treść i przesłanie wizji programowej dyrektora Roberta
Talarczyka, oznaczającą nadrzędność aktywności kinetycznej wobec momentów zamyślenia
nad scenicznym słowem. Przedstawienie w Teatrze Śląskim im. Stanisława
Wyspiańskiego z naddatkiem wypełnia cechy założenia. Największym mankamentem
inscenizacji okazała się ostentacyjna marginalizacja realnych atutów wybitnego
męża stanu. Wojciech Korfanty uwierzył najpierw Bogu a następnie
autorytetowi słowa dającego moc przejmowania do żywego logiką i urodą. Tego nie
wzięto pod uwagę. A szkoda, wszak testament polityczny Korfantego przekroczył
ramy biografii kilku pokoleń. Stylem uprawiania polityki zawstydzał oponentów,
przeciwników i wrogów. Istnieje zdecydowane przekonanie, że na Górnym Śląsku
jedynie politycznemu potomstwu Wojciecha Korfantego przypisuje się uratowanie i
podtrzymanie obrabowanej substancji i sponiewieranego etosu. Szczęściem można o
tym poczytać.
A samo przedstawienie? Ciężki
rock, imponująca i wyczerpująca choreografia, sugestywna scenografia, wzorowa
dystrybucja dźwięku i optymalne nagłośnienie. Brawa należą się wykonawcom nie
zawsze sfunkcjonalizowanych ekspresji. Na uznanie zasługuje Dariusz
Chojnacki, który po mistrzowsku kreował warianty żywego obrazu bohatera
licznego zbioru portretów i fotografii. Pytanie: dlaczego nosicieli ciemności,
ponurych intrygantów i biurokratycznego planktonu przestraszonych rangą męża
stanu powierzono piekielnym? Gra i usytuowanie sceniczne tych postaci wyrastała
z braku optymalnego pomysłu. Zamiar się powiódł.
Nie mogę przejść do porządku nad
powidokiem cyrografu. Należy nonszalancką sugestię zawczasu zdementować,
Korfanty żył Ewangelią i katechizmem; żył w czasach, które z ambitnego
polityka katolickiego czyniły chorążego samotnej walki. Działacz tylko
(rozsądny i pożyteczny) radowałby się statusem pączka. „Silny (SIC!) bestia” – promował
mądrość i radykalizm. Kompromisom wszelkim stawiał opór.
Szczególnie teraz portret polityka o
wyżej zarysowanym profilu wpłynąłby na konkretyzację myśli, ponazywałby po
imieniu rzeczy i pojęcia, oddzielił światło od ciemności. Wiedzy o patronie
naszej szkoły należy szukać gdzie indziej. Warto stawić tamę sile sugestii, oto
najważniejsza zasługa dynamicznego przedstawienia. Wywołanie potrzeb
lekturowych, szukania odpowiedzi w opracowaniach krytycznych, śledzenia
dokumentów to najlepszy: oczekiwany i nieoczekiwany efekt wydarzenia
teatralnego. Na koniec wątek szkolny, chodzi o zagadnienie dotyczące wyjściowej
procedury analitycznej w badaniach literackich. Celem tego postępowania ma być
ustalenie w danym utworze frekwencji wyrazów uznanych za kluczowe. Stephen King
zapewniał adeptów, że ostrożność wynikająca ze skromności nie jest żadnym
mankamentem. Wręcz przeciwnie. Więcej nie oznacza bardziej. I nadmiar bywa wrogiem
dobrego. Z niejasnych powodów autor libretta pominął najlepszą radę zasłużonego
pisarza. Najczęściej wybrzmiewającym wyrazem jest nazwisko postaci tytułowej. Natarczywa
obecność, ponure repetycje, zuchwałe derywacje i bezsensowna analiza
onomastyczna to złożona konsekwencja koncepcyjnej bezradności. W scenariuszu
pióra Artura Pałygi znajdziemy epizody jasne, transparentne i niezbędne. Mam na
myśli scenę przedstawiającą dialog bohatera z żoną. Żywię przekonanie, że
najważniejszy epizod, najbliższy prawdzie historycznej, podpowiedziała autorowi
niekwestionowana ogniotrwałość życiorysu śląskiego promotora sztuki myślenia.
Ten fragment został podyktowany, jego cząstki, cząsteczki zasugerowały
kryształki głębokiego snu. Kiedyś zdarzył się sen taki Mickiewiczowi. Po
przebudzeniu zapisał, co otrzymał, bez skreśleń, redakcji, korekty. Powstał
nowy fakt literacki o tytule: „Śniła się zima…”. Innym razem Mickiewicza
obudziło zdanie: „Wojski miał muchomora”. Od razu pomyślał: bez sensu, ale jak
to brzmi, ale jak głęboki, jeśli go czymkolwiek
gustownie ochędożę, wywoła rezonans. Wywoła i umocni zrozumienie, i upowszechni
szacunek należny postaciom łącznikowym, elementarnym zwornikom akcji, schematu
fabularnego ze światem przedstawionym, jego desygnatem i światem naszym:
czystym, rzeczywistym. Wokół tego zdania nawarstwiły się wątki podejmujące
perypetie gadziny drobnej i krępej, dzikiej i kosmicznej. I scenę grzybobrania
dano, inne sceny leśne i obserwację gwiezdnej choreografii zwieńczoną opisem.
Zakrawa na paradoks, ale w spektaklu nasyconym efektami ostrego grania i
dynamicznych ćwiczeń fizycznych najmocniejszym punktem okazała się scena
zadumy, rozmowy, ciszy. Chwila przewagi najlepszych tradycji teatru
rapsodycznego nad dopustem rebelii totalnej. Przesada i niedosyt. Więcej
rebelii niż osoby patrzącej na Polskę, Śląsk, na nas z nieba.
niedziela, 26 stycznia 2025
Od 36 lat
Od 36 lat wiem.
Wiem
i żyję z tym.
cokolwiek znaczy
to i tamto.
Zadzwonił roztargniony Hermes,
rozlało się mleko.
wtorek, 21 stycznia 2025
*** Czułego ciepła
***
Czułego ciepła nagich serc
w kącikach ust ostygłe łzy
bezwietrznej doczekała mgły
wydarta otchłani źrenica.
Zanim obłędu wozy trzy
warkoczy i do nich wstążek
połamią dyszel o resory –
by trafić tam gdzie
bezpański stos
od muzealnego gwaru
opalcowane grodzi szkło –
zanim podziwiając finezję
złośliwego skryptu
na szczycie zimnej bramy
przetniesz
ciszę emocją na wyrost –
pryśnie ślad po mgle.
Łatwiej wyzwolić obóz
niż z obozu.
I przenikliwe światło
rzucić w szczelny korzec.
Niech usta
przejdą na mój chleb.
Niech dłoń smukła bezdomna
przyjmie zimny klucz.
styczeń 2005, w sześćdziesiątą
rocznicę wyswobodzenia
więźniów obozu
koncentracyjnego w Oświęcimiu
sobota, 18 stycznia 2025
Pod znakiem Cudu
Pod znakiem Cudu
Cuda
się jeszcze zdarzają. Najczęściej towarzyszy
im cisza. Największym spośród cudów jest dar zrozumienia: w Czyim Imieniu,
jakim sposobem, dlaczego tak i mimo wszystko. Czasami w formule daru
zrozumienia pulsują oczka piątego i piętnastego planu zamkowych zdarzeń.
Człowiek zastanawia się i pyta: dlaczego, Panie Jezu? Czy nie mógłbyś sprawić, bym
Obecność Twoją czuł nieco bardziej? Pan Jezus odpowiada: zaufaj. I tym sposobem
naszą pracę, zapobiegliwość, cierpliwość, poskromioną pychę, chwilowe
nieuporządkowanie, liczne rozproszenia zamieniamy w modlitwę wdzięczności
i uwielbienia. Być bliżej Ciebie chcę – śpiewamy w pieśni eucharystycznej.
Śpiewajmy ją częściej, zawsze, nawet bezgłośnie. Nade wszystko z nadzieją
wysłuchania i w stanie kontemplacji Cudu. Najdalszy od tego, by oceniać
Przyjaciół z Wysokiego Zamku, zaznaczę tylko, że wiem, kto rejestruje złożoność
kilkuset drobnych faktów w postaci Obecności Boga z ludźmi. A teraz, Kochani,
do rzeczy. Wysoki Zamek podejmował grono czternastu, z panem kierowcą,
piętnastu aniołów. Czytałem onegdaj pisma Emanuela Swedenborga – wybitnego skandynawskiego
mistyka, który z niejednego pieca chleb jadł i który zasłynął jako osoba - pierwszy
zarejestrowany przypadek – szczycąca się osobliwym prezentem w postaci
trzeciego garnituru zębów. Zapamiętasz? Emanuel Swedenborg, Szwed, nawrócony na
mistykę wyznawca światopoglądu oświeceniowego, specjalista anielski, Akwinacie
równy, trzeci garnitur zębów. Jemu to świat nauki i mistyki zawdzięcza wiedzę,
że w gronie Aniołów są też Aniołki, czyli anielskie dziewczęta i damy lub,
jakby życzyła sobie pospolitość spod znaku afery: Anielice. Są też anielskie
nieboraczki, czyli małoletni – całkiem gorący Aniołowie płci obojga. Wizyta właśnie
takich Czwartkowych Gości ustanowiła
agendę wszelkich zamiarów i działań. Gdyby nie Hania nad Haniami, uwijająca się
przy kotłach z pomidorową, do nich, do Aniołów z Żor, należałby początek,
rozwinięcie i konkluzja. Oprócz Hani wymienić należy inne Hanie, Małgosie,
Gabrysie, Kotki i Dorotki. A i panowie nasi, którzy zawsze w Wysokim Zamku
radość odnajdują, wypełniali wspaniale wszelkie obowiązku zachcianki. Była z
nami Helenka - osobnego tomu by trzeba. Ale do rzeczy, kronikarzu. Wizyta Pań Nauczycielek:
Iwony i Magdaleny oraz Dwunastu Aniołów ze Szkoły Podstawowej nr 7 z Oddziałami
Integracyjnymi im. Ks. Franciszka Harazina w Żorach przekształciła się w
Misterium Serdecznej Pracy w Cichości i Pokoju.
To nie
jest tak, że przyjechali, usiedli i zamilkli. Projekt wycieczki charytatywnej
do Katowic przewidywał kilka faz. Tę, której byliśmy świadkami i po części
uczestnikami, określić wypada mianem dopełnienia pozostałych. Obecność Cudownych
Młodych poprzedziły etapy przygotowań, udział w realnym projektowaniu zdarzeń.
Najważniejsze jednak było przełamywanie oporu, wyostrzanie ciekawości oraz
organizowanie środków pozwalających zorganizować przedsięwzięcie. Dowiedziałem
się skądinąd, że nasi Młodzi Przyjaciele zostali potraktowani na równi z wyczynową
reprezentacją kontynentu. Mam na myśli kalkulację przejazdu i postojowego.
Żeby do tego nie wracać, musiałem o tym napisać! Obejmujący, ogarniający nas
wszystkich spokój, radość i wzruszenie. Cisza, którą przeszywał szelest i odgłos
odkładanych narzędzi. I jaka dyscyplina, ileż wzajemnej spolegliwości,
usłużności. Żadnego wyrywania sobie. Ile uśmiechu. Panie Jezu – to Twoje Dzieło.
Arcydzieło. Kronikarz przywołał imiona
Mistrzyń nad mistrzyniami. Iwonko, Magdaleno – najgoręcej Wam dziękujemy.
Dziękujemy za cudowną lekcję. Instynkt podpowiedział, aby zapytać o imiona Waszych
Podopiecznych. Zaiste nie wiem, czy trafiły do Wysokiej Zamkowej Księgi
Herkuliańskiej pod nagłówkiem 16 stycznia 2025 Pomidorowa. Jeśli nie trafiły
niech zaistnieją tutaj. Odwiedziły nas Uczennice klasy ósmej: Tosia, Ulka,
Milenka, Monika, Karolinka, Liliana. Olimpia, Marta, Paulina, Ania oraz ich koledzy
Paweł i Franciszek.
Dziękujemy Wam za
obecność, wytrwałość, pracę, modlitwę, ciężką pracę, anielską cierpliwość i
wspaniale odśpiewane kolędy.
niedziela, 12 stycznia 2025
Koincydencje, zbiegi, Akwila
Taki jesteś, Akwilo, no taki jesteś. Indyczkę
o numerze 673 w garści prawie miałem, lecz uciekła mi przepióreczka. Z mety
wiedziałem, że zamieszałeś w tym piórem, bom się za bardzo nerwowo nie wzmógł, tylkom
westchnął cicho. Śnieg pod podeszwą drzemie; śliski, opór stawia. Trzeba uważać
na takim śniegu, trzeba się zastanowić, czy wychodzić w ogóle… Też wymyśliłem.
Powiedz to dzieciom z Ostrej Górki, jeśli nie obawiasz się wyklaskania i wybuczenia.
Jakoś po trzech minutach, za Twoim
zrządzeniem, pojawia się w zatoce pierwszy w wykazie numer, który u obarczonych
obowiązkiem szkolnym niesmak wzbudza i grozę. Po najwcześniej ośmiu
minutach mogłem z pokładu numer „jeden” podziwiać o trzysta metrów
oddalony portyk świątyni, w której 19 grudnia 1965 roku wszystko się zmieniło,
wszystko się zaczęło. Nasza relacja też. Z pokładu indyczki portyku bym nie dostrzegł.
Opiekuj się mną Akwilo, opiekuj i pomagaj, prokuruj sytuacje, pytaj, co zrobiłem
i co robię ze swoim chrztem.
poniedziałek, 6 stycznia 2025
Totalny kosmos
Wujek
Generał, mocno przywiązany do miejsc, rytuałów i wdzięku marszruty,
wędrował z małżonką na Mszę Świętą gościńcami
osiedla. Nie musiałem długo Wujka Generała namawiać, by zmodyfikował trasę;
przemieszczamy się aktualnie aleją parkową do ulicy Urbanowicza i dalej po plus
minus w trzech piątych brukowanego łącznika, czynimy sójkę w lewo przed bramą cmentarza.
Odpowiadała nam do niedawna pora Mszy Świętej rozpoczynającej się o 11.00. Po
jakimś czasie nie mogliśmy jednak pogodzić oczekiwań z narracjami adresowanymi
do piętnastki małoletnich szczęśliwców, których rodzice, babcie, dziadkowie
oderwali od smartfonów i przyprowadzili do kościoła. Tak to wygląda; czas
najpierw zakłada nelsona i nie pytając, galopuje. Powzięliśmy postanowienie, że
odtąd będziemy uczęszczać we sprawowanych od 12.30. Obaj żywimy przekonanie, że
jest to najlepszy wybór. W drodze powrotnej wymieniamy serdeczności z Panią Profesor
Lucyną. Wujek Generał, który przed laty wespół ze śp. Ciocią odnosił sukces za
sukcesem jako nauczyciel wuefu Czwartego
LO, zagaja z namaszczeniem na temat licznych zasług niedawno zmarłej Małżonki. „Dawniej
to było…”. Teraz się wspomina. Od tematów się roi, bo przeszłość to matka
historii i ciotka literatury.
W
najbliższym sąsiedztwie Różanki pnie się inwestycja o nazwie: „Totalny kosmos”.
Projekt przewiduje zakończenie przedsięwzięcia na siedemnastej kondygnacji.
Ciekaw jestem, co na to Rzeczywistość i Pospolitość… Moim zdaniem nazbyt
osobliwa doszła w tym miejscu do głosu aspiracja. Chorzów znany z umiarkowanie rosłej zabudowy cieszy się opinią
miasta na ludzką miarę. Nawet pomnik Mickiewicza, co Profesor potwierdził na
piśmie: „podejrzanie mały". Póki się nie zawali, architektura uchodzić
będzie za dziedzinę szczególnie uprzywilejowaną, chętnie wyznaczającą pozycję dyscyplinom
innego typu ekspresji. Mówimy: „szkoła” i myślimy - budynek z ewentualnym
obejściem, mówimy: „kościół” i myślimy o konkretnym adresie w przestrzeni
miejskiej lub wiejskim krajobrazie. Dlaczego o tym piszę? Zamierzam mianowicie dać
wyraz zjawisku z kręgu wyjątkowych. Konstrukcja budynku wymusza technikę
specyficznego wspierania stropów. Ściany kolejnych kondygnacji powstają z wykorzystaniem
metody wlewu. Nic dziwnego, że budujący używają zachłannie solidnych,
metalowych stempli. Projekt generuje
niewyobrażalne koszty. Owszem, po zasiedleniu, takie stemple trafią do punktu,
w którym zostały wypożyczone, ale... Takie stemple podtrzymują nie tylko
stropy. Umacniają również namiastkę przyszłych balkonów. W pierwszym dniu
Nowego Roku wichura rozprawiała się nie na żarty z łuszczycą nocnej
strzelaniny. I o kubaturę zalążka „Totalnego kosmosu" raz i drugi
zahaczyła. W opisanej wyżej konstrukcji dostrzegła gigantyczny instrument.
Wiatr w roli solisty przypominał raczej tragarza – pokornego sługę metafory,
olbrzyma stającego przed komisją powoływaną systematycznie w filharmonii.
Wyobraziłem sobie gremium prezentujące skrypt warunków pracy komuś o sylwetce młodego Andrzeja Gołoty.
Żaden to koncert. Jeśli już to utrzymany w konwencji muzyki konkretnej,
nowej, eksperymentalnej. Ale żadną miarą Knapik, Nowak, Penderecki, Górecki.
Mimo wszystko wciąż drżała wysoka pięciolinia, choć tematu przewodniego nie
uświadczysz, kontrapunktu również, na fermatę natkniesz się ewentualnie tylko
wtedy, gdy się solidnie w zawiłe wsłuchasz. Wyłowiłem fragment z zasobu kręgów
harmoniki, już chciałem się pochwalić Wujkowi Generałowi i Profesor Lucynie bezcennym
znaleziskiem, ale nie podobna czynić tego bez cytatu na podorędziu: metal (osnowa
heavy metalu), pułapka solidnego podmuchu, surowy, gładki beton – najgorsze akustycznie tworzywo i bezmiar imitacji
poprzedzających narodziny prawdziwej gwiazdy, czyli jej wysokości partytury.
Muzyka może być asemantyczna, ale musi opowiadać jakąś historię.
Asemantyczna w znaczeniu: ty słyszysz – rozumiesz to, ja słyszę i rozumiem
tamto; bez obowiązku zapędzania się w konsensusy. Owszem jednoczesne trącanie
strun – stempli wszystkich, przenikliwe tasowanie się skal, spłaszczanie
powracającej fali. Żadną miarą - nikt tego nie uporządkuje. Czy przybliżyłem
wystarczająco charakter „dzieła”, które z impetem wdarło się w wątki
sympatycznej rozmowy? Chciałem to nagrać, w ogóle wszystko bym nagrał,
szczególnie ciszę do odtwarzania w chwilach zachłannego chaosu. Nagrać, ale jak? Mikrofonem smarfona?
Dobrze, ale gdzie stanąć, żeby nie ściągnąć podejrzeń totalnie kosmicznej administracji.
„Dzwony rurowe, Mike Oldfield, rurowe dzwony” – wypowiedziałem zdanie z
szacunkiem należnym zawołaniu Archimedesa. Profesor Lucyna zareagowała na tę
asocjację uśmiechem oznaczającym akceptację. Wujek Generał zaniemówił. Koncert,
wszystkim się zdawało - trwa jeszcze, uważaliśmy za dopełniony. „Totalny
kosmos”, to dopiero: dętka, struny i piszczele. Menażeria, sztukateria -
wyniosłe instrumentarium świata. I napierający zewsząd nieświeży chuch
starego i pobekiwania Nowego.
Zanim
fenomen trafił na warsztat, gdy odezwały się odruchowo zepchnięte wątki,
pomyślałem, że żaden budynek w Chorzowie nie wydobyłby takiego grania i dynamiki
wyrównującej klangor startującego samolotu. Do rozmiaru mrówki maleją przy nim pretensje tak zwanych mocarzy. Nijaczeje jeszcze
bardziej arogancja wyznawców nieprzezwyciężalnej bezradności. Nawet car z Rusi
w kosmiczne zapada milczenie. Totalnie.
sobota, 4 stycznia 2025
Zapewniam
Zapewniam
Gdybyście
wiedzieli,
gdybyście
tylko wiedzieli,
co
dzieje się w jelitach,
gdy
siły ciemności ośmiela
przekonanie,
że grają u siebie…
-
zapewniam, nie chcielibyście tego widzieć.
Gdybyście
mieli zamiar ustalić,
co
dzieje się w chwili,
gdy
kości tracą spoistość tak,
że
tylko od wielkiego mięśnia
zależy
los miękkich tkanek…
-
zapewniam, nie chcielibyście tego słyszeć.
Gdybyście
przyłapali na gorącym
dramat
spochmurniałej zastawki…
-
zapewniam, przełączylibyście kanał.
Albo
gdybyście wiedzieli,
co
się wyprawia w głowie,
mojej
na przykład, teraz…
-
zapewniam, nic mi nie pomoże.
czwartek, 2 stycznia 2025
Z pamiętnika bibliotekarza
"Mówił, że konkurs nie miał
żadnego sensu, bo regulamin był tak przygotowany, że o wszystkim i tak
decydował inwestor.
- Jest to oburzające - podsumował
Terlikiewicz - na całym świecie konkursy architektoniczne organizuje się po to,
by wyłonić najlepszą koncepcję i potem ją realizować. Myślałem, że tak jest i w
Polsce..."
Zacytowałem wypowiedź syna mojego
Przyjaciela Romana - jasnego punktu ze szkatuły zawodowych sekretów. Po
uzyskaniu solidnego wykształcenia stanął wobec perspektywy pracy w Wiedniu.
Jego ojciec odwiedzał mnie często w bibliotece, gdzie mógł liczyć na wdzięczność,
podziw i rozmowę. Heroizm Romana wspominam z rozrzewnieniem. Sam tego chciałeś,
Romuś - wykształciłeś solidnie, nauczyłeś fruwać, to się nie dziw, że się wzbił
wysoko.
Odwiedzał mnie przeświadczony, że
dary, które gromadził i formował od lat, przyniosą roztargnionej młodzieży czytelniczą
nieopisaną frajdę. Nie podzielałem entuzjazmu Romana. Pewnego razu zwierzył
się, że ze scalonymi przez introligatora rocznikami miesięcznika "Poznaj
świat" wspina się na wysokie drugie piętro z nakazu żony.
- Po co ci to Romuś, po co - tylko
miejsce zabierają - oddychać przez to normalnie nie mogę. Wynieś to na
śmietnik...
- Na śmietnik Misiaczku? - przecież
to skarby są prawdziwe, wszystko od pierwszego numeru ułożone. Takie coś na
śmietnik?
- Na śmietnik, Romku, nie chcę na
to patrzeć, jak tego nie wyniesiesz, to sama się z pluskwą rozprawię.
- Ale tobie zabronił lekarz.
- Tego mi nie zabronił.
- Mogę cię zapewnić, że w żadnym
chorzowskim domu takiej kolekcji nie znajdziesz.
- Gadaj zdrów, nie mam zwyczaju
szlajać się po cudzych domach. Mąż oferma i syn wyjechany wystarczy. Po co mi
kłopoty. "Poznaj świat" albo
"Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma" i patrz, jaki rezultat. Gazetki
podsuwałeś i zobacz - prowincjonalny ekspercie. To wszystko twoja wina...
- Moja? Przecież sama chciałaś,
żeby się uczył, kształcił, rozwijał. Żeby kolegów miał dobrych i środowisko
porządne.
- Coś mi się wydaje, Romku, żeś się
nad miarę rozochocił. Owszem, chciałam, ale nie aż tak, żeby do Wiednia
wyjechał...
- Wiedeń to stolica Austrii, kraju
katolickiego, czego chcesz, do kościoła chodzi, rodziców odwiedza...
- Mógłby częściej.
- Kiedy to daleko. Poza tym kto by
go z takim talentem u nas zatrudnił. Po roku by się rozpił, po dekadzie
zmarnował.
- Bym mu dała, niechby spróbował.
- Misiaczku, ty wiesz, też bym na
to nie pozwolił, gdyby do czegoś podobnego miało przyjść…
Rozmowa wywiedziona z wyobraźni, uszyta
z tworzywa, które jakimś cudem przechowała pamięć; Roman zachwycał polszczyzną,
godną mowy najbardziej elokwentnych przedstawicieli elity adwokackiej i akademickiej, domagała się uwagi
zdolnej gasić stupor przypalonego nastroju. Zatem nie do najbliższego zsypu,
nie pod wieczko bezdusznego kubła, ale do biblioteki trafiły introligatorskie
artefakty z gronami bezcennego wnętrza. One wszystkiemu winne. Winne, że Staś
wertował zachłannie strona po stronie, a potem - zainspirowany treścią – ukartował
projekt opuszczenia matki, ojca i wyjechał do Wiednia. Było nie było
wybrał się w kosmos. Roman - ojciec, który wódeczki sobie odmawiał, żeby na
introligatorski obstalunek nie pożyczać, żegnał się stopniowo, kropla po
kropli, z przyczyną (nic na to nie wskazywało) zgryzoty, która poprzedza rozkwit
najpoważniejszego z pytań.
Nie wypada tej kwestii rozstrzygać twierdzeniem,
trzeba ją wyartykułować pytaniem. Najbliżej celu znalazł się nieoceniony,
nieodżałowany Stefan Szymutko - profesor z miasta, w którym po dziś dzień
największą atrakcją pozostaje studnia trzech cesarzy. Filolog, w istocie poeta
fraz i próz, zapytał: "Dlaczego zatem, panie Leibniz, istnieje raczej nic
niż coś, nic niż coś, panie Heidegger"?
-
„Alicja w krainie czarów”. Premiera spektaklu w Teatrze Śląskim. Lewica, prawica, centrum – wszystko we mnie pracowało; zgodnie, radośnie,...
-
Źródło nadziei w czasach trudnych dla człowieka. „Nadzieja zawieść nie może” – rozbrzmiewa proklamacja zawarta w liście apostolskim ...
-
Kotu pasują szkiełka, paski na szyi i grzbiecie, oprawki, skrawki, szczypawki, pożar wzniecany w gazecie. Wersalka pasuje, poduszki i t...

