poniedziałek, 13 grudnia 2021

Stan wojenny, niech pomyślę


      Stan wojenny, niech pomyślę, pytasz Szymonie, jak postrzegam sporych gabarytów skandal pozornie minionych dziejów. Szymonie, bardzo ważna, być może najważniejsza jest perspektywa historyczna. Oprócz niej także egzystencjalna. Minęło od tej pory, policzmy: 40 lat; uformowały się co najmniej trzy pokolenia; rozkwitały, przygasały, gasły wielorakie pomysły na życie. Na tle tak istotnego zróżnicowania ocena stanu wojennego jest zasadniczo jednolita! Nie słyszałem, aby ktoś poważny i niezależny zmarszczył się choćby cieniem akceptacji skierowanej pod adresem autorów tego politycznego kuriozum. Poprzedziła go mania, za nią podreptało szaleństwo, ostatecznie przekształcone  w paranoidalny brak skrupułów. Nie lubimy szaleńców na świecznikach, należałoby otoczyć ich zawczasu odpowiednią troską, specjalistyczną opieką, dać im do dyspozycji na przykład teatrzyk w ogrodzie rozciągającym się na zapleczu domu obłąkanych. Ludzkość nie powinna ignorować tego rodzaju cierpień. Jako ciężko doświadczonych, mających się stokroć gorzej od nas, otoczmy biednych nieszczęśników najszczelniejszą i najdyskretniejszą czułością. Czyńmy tak zawsze. I nie ze względu na mniemane lub domniemane zasługi, lecz ze względu wołającą o pomoc cząstkę zagrożonego zdrowia. Z ich punktu widzenia przez wprowadzenie dyktatury wojskowej należy rozumieć akt motywowany pragnieniem odwołania groźby sowieckiego ataku; z naszego był to początek serii przykrych, ponurych zdarzeń. W pierwszej kolejności przywodzi na myśl konfederację zawiązaną w Targowicy, a nawet siedemnastowieczne zdrady oligarchów. W XX wieku doszło do przeinaczeń sensów podstawowych na dużo większą skalę. Brak zgodności między deklaracjami politycznymi oraz zaskakującymi decyzjami mości sobie tuż pod szczytem wykazu narodowej hańby. Absolutne pierwszeństwo należy się tym, którzy w interesie obco brzmiących sformułowań, pomyśleli, że można się obrazić na społeczeństwo i podjąć z nim walkę. W kontekście dopełnionej ewakuacji przedwojennej klasy politycznej słowa Józefa Becka, który z trybuny sejmowej wygłosił stanowczą deklaracją, brzmią nad wyraz groteskowo. Miłujący wolność Polacy – sparafrazujmy fragment odezwy mobilizacyjnej - nie znają pojęcia pokoju za wszelką cenę; zwłaszcza, gdy ceną tą miałby być honor! Stan wojenny wspominam zatem przywołując odległe, newralgiczne momenty naszych narodowych dziejów.

    Historia ma to do siebie, że lubi się powtarzać. Właściwie ze względu na tę jej osobliwą fanaberię warto prześwietlać tajemnice pozostających w związku z głównym nurtem szeregu mikro historii. Jesteśmy to winni ofiarom i rodzinom ofiar, jesteśmy to winni każdemu, kto zaznał w dniach, miesiącach, latach stanu wojennego najrozmaitszych strat i upokorzeń. Jesteśmy to winni sumieniom zdeprawowanych nieudolnością i przestępstwami przedstawicieli władzy. Stan wojenny mimo stopniowego luzowania obostrzeń, łagodzenia ograniczeń, później odwołania, w pewnej postaci niekoniecznie szczątkowej nadal trwa. Utrzymuje się z procentów od założonej wówczas lokaty. Co się konkretnie złożyło na tak osobliwy fundusz? Ustanowił go wszechogarniający marazm, wsparły obrzydliwe skutki rozbicia elementarnych więzi społecznych, umocniło poczucie degradacji indywidualnej i środowiskowej, rozzuchwalił zanik wrażliwości społecznej, której potrzebę przywoływały słowa Jana Pawła II, wygłoszone w czerwcu 1979 roku na Placu Zwycięstwa w Warszawie.

    Miałem wówczas dokładnie tyle lat, co Ty. Zaczęła się szkoła średnia, pojawiły nowe obowiązki i nowe nadzieje. W ciągu minionych miesięcy bardzo wiele się zmieniło, pamiętam, że zdążyłem wziąć udział w kilku politycznych rówieśniczych sporach, a nawet w jednej poważnej szarpaninie. Jak się wnet okaże stanowiła skutek drobnego nieporozumienia, różnicy nie tyle poglądów, co jakości i stylu  sformułowań. Do podobnych zdarzeń dochodziło także w kierownictwie Solidarności; politycy i związkowcy formułowali tezy z nadzieją porozumienia, dojrzałego kompromisu wypracowanego w ramach poważnej dyskusji unikającej spięć nazbyt jaskrawymi. Zarysowaną praktykę usiłował zdemontować dekret o zakazie zgromadzeń. Wspólnota przekształciła się w osobność; w kwestiach najważniejszych stan wojenny zniósł dotychczasowe podziały. Po wystąpieniu telewizyjnym szefa WRONU nikt nie miał wątpliwości, że przymierza się nas do nietypowej skali, Odbywało się to w ramach eksperymentu sprowadzającego esse do okutanego dratwą episteme. Echo oficerskiej dykcji niczego nie tłumaczyło, niczego nie wyjaśniało. Gonitwa pojęć, galopada zaklęć, esplanada abstrakcji. Na dodatek przeświadczenie dogłębnie monochromatyczny charakterze świata. Ewentualne przebarwienia zastąpiła kategoria nasycenia różnicującego warianty bieli lub czerni. Umysł poszukującego rozpoznawał w tym przykład sprzeczności z rzeczywistością! Jedynie mroźna aura sprzyjała spekulacjom ministrantów obrysowanego chaosu. Niedzielę 13 grudnia 1981 wspominam następująco: pobudka, śniadanie, msza święta i pamiętny, tajemniczy powrót wyludnionymi ulicami. Mijając drzwi dalszych i bliższych sąsiadów, a było ich bez liku, mieszkaliśmy wówczas w największym bloku (socjalistycznym) w Katowicach, dostrzegłem oznakę zatrważającej nienormalności. Przechodząc obok mieszkania znajomej z „dzień dobry” i „co słychać” pani Teresy, głęboko zakonspirowanej działaczki Konfederacji Polski Niepodległej, zauważyłem dowody świadczące, że załomotać do niej musieli jacyś bezwzględnie źli ludzie. Przedziurawiona dykta drzwi odsłoniła ułomność materii, z której lepiono siermięgę drugiej połowy lat sześćdziesiątych. Widok zdemolowanej podwójnej dykty, lada jak i byle czym od środka wzmocnionej, odarł z wszelkich złudzeń. Pani Teresa padła ofiarą bandyckiego napadu. Zuchwałość sprawców stanowi wypustkę solidnie osadzonego w nich okrucieństwa. A może dopuścił się tego czynu jakiś bęcwał, roztargniony Otello z sąsiedniego bloku, miasta, województwa. W końcu nie wytrzymał kolejnej odmowy i uwolnił osadzające się trzewiach pokłady. Potrzaskana podwójna dykta to najwcześniejsze wspomnienie z długiej serii epizodów stanu wojennego. Przed mieszkaniem pani Teresy rozbili obóz barbarzyńcy i zostawili liczne, bolesne poszlaki Nie były to ślady interwencji nawet najbardziej nieudolnego czy niefrasobliwego ślusarza. Zanim dotarło do mnie, co ewentualnie może to oznaczać, poczułem ponure drżenie. Gdy słyszysz, że dzieje się komuś krzywda, automatyczną niejako reakcją powinno być współczucie, gdy spotyka ono znajomych współczucie miesza się z onieśmieleniem i bezradnością. Pani Teresy nie można było nie zauważyć! Odznaczała się i urodą, i sposobem bycia. Właśnie sposobem bycia przełamywała siermięgę i pospolitość coraz mniej realnego socjalizmu. Widoku postrzępionej dykty mającej chroniąc dobytek i godność aresztowanej nie przeskoczy nawet najbardziej wymyślna argumentacja. Jaki był związek między ograniczeniem ryzyka inwazji sowieckiej na Polskę, a barbarzyńskim atakiem na prywatność miłujących ojczyznę? Po kilku minutach rozmawiając z kolegami dowiedziałem się, że właśnie wybuchła wojna i że pod naszym blokiem o 12.00 rozdawać będą karabiny. Jak pewnie zauważyłeś, mimo mrozu za oknem, humor w narodzie kwitł i wypuszczał świeże pędy. W każdej pogłosce odnajdziesz, jeśli nie ziarenko, to przynajmniej kurz, co przez chwilę o prawdę się ocierał. Coś widocznie musiało być na rzeczy. A więc wojna, Wojna, tyko z kim? O co? Dlaczego? Zapewne znowu Niemcy? Niemcy, ale jacy? Czy ci z RFN? Czy może ci z NRD?

 

niedziela, 5 grudnia 2021

Witam wielkiego poetę...

 

Witam wielkiego poetę… wyławiam echo podcieni trzęsącego się chóru dobrakowskiej kapliczki. Czy miejsce to przyjęło i pozwoliło się kiedy rozejść brzmiącym podobnie słowom pozdrowienia? Czy proboszcz Aleksander, stanąwszy pośród zawołanych gospodarzy i rzemieślników, zwrócił się do któregoś pretensjonalnym: witam wielkiego gospodarza, wielkiego pól spadkobiercę, wielkiego właściciela sporej części lasu,  witam wielkiego rymarza, witam wielkiego kowala, witam wielkiego kierownika gminnego punktu skupu, witam wielkiego murarza, wielkiego elektryka, witam hodowcę bydła, owiec, trzody chlewnej, drobiu, witam wielkiego lekarza, tracza, nauczyciela, piekarza, malarza, kościelnego, kucharza, sklepowego, stolarza, rzeźnika, grabarza. Do żadnego, do żadnej nigdy; nawet w zbliżony sposób. Przecież nie na skutek roztargnienia, niecierpliwości, niewiedzy. Roztargnionym go raczej nie widywano, cierpliwości miał moc, wiedzę ogromną. Dlaczego zatem gardził metodą subtelnego pompowania parafian. Wprost zdumiewa dystans, jakim odgrodził się od zestawu zużywanych wzorów docierania do serc i wewnętrznych kieszeni marynarek; dystans większy niż między Ługiem a Tamtym Polem. Po prostu wiedział, wiedział dużo więcej niż wyrazić mógłby, dlatego półgłosem, tak by kilku w kaplicy słyszało, uprzytomnił zebranym, że Dobraków lubi odwiedzać poeta - wielki. To znaczy: „sza”, palec na ustach oraz morda w kubeł. 

 


środa, 24 listopada 2021


 

Zdjęcie oddaje naturalną krzywiznę utrwalającą wspomnienie osi gasnącego potoku. Twarze w oknach, osobliwie ożywione, jakby na chwilę oderwane od laptopów. W drugim i czwartym dwie siostry rodzone. Tradycyjny listopadowy poniedziałek. Konik ani myśli odsapnąć na poboczu, jasny fular eleganta i biała koszula dzieciatego za chwilę zamilkną; obawiając się, że niedyskretny fotograf, ku któremu wzrok nieufny kieruje posiadaczka mantylki w kratkę, obok ich zacnych wizerunków utrwali także brzmienie szlachetnego tembru. Sporych rozmiarów skrzynka na sarnich nogach i tajemniczy lichtarz strzelający błyskiem dymnej magnezji. Kim jest niedoświadczony młokos mający wyraźnie gdzieś to nagłe zamieszanie? Stoi wyraźnie bokiem, tymczasem każdemu z państwa ordynarnie tył podaje. Ciekawe co tak pieczołowicie do piersi przyciska? Niech żałuje, gorzko, bardzo gorzko, ponieważ na zawsze stracił szansę przejścia z twarzą do dziejów momentu i  miejsca.

A może powyższy wywód zwyczajną bujdą jest... Delikatnie pochylona sylwetka wcale nie znaczy, że ten chłopiec akurat dokądś idzie. Wręcz przeciwnie: najwyraźniej stanął skonsternowany znalezieniem się w potrzasku przeszywających spojrzeń. Dama po prawej nie nóżkom statywu się przygląda tylko temu, czym ten ktoś pierś okłada. Elegant - król środka dolnej części kadru to - miejscowy tajniak zapuszczający prawicę w poszukiwaniu ulubionej kabury. Mamy odpowiedź: złodziejaszek schwytany na gorącym. Jazgot pisku świat wytrącający z ospałości przywołały do okien niewiasty pochłonięte robótkami. Wreszcie wiadomo, kto od późnego lata zdejmuje ze sznurków cudze serwety, wiadomo kto, tyle że czyj on? Tego się nie dowiemy. Przynajmniej z tego zdjęcia. Zostaną przypuszczenia: albo skrajna desperacja, albo najgłupsze z głupich lekceważenie reguł złodziejskiego receptu. Mniej kradnij, nie u siebie i tylko po zmroku. Najmniej jedną radą wyraźnie pogardził  i teraz ma za swoje. Na dobitkę, skąd się wziął – myśli sobie – akurat teraz jegomość ze skrzynką, która dym wypuszcza…     

poniedziałek, 1 listopada 2021

Podobno umarli

 

Podobno umarli bez przerwy

zabiegają o nasz los

i na wyżynach niebieskich

trwają w święcie żywych.

Nawet w dniu swych urodzin

troszczą się i myślą,

jakby nam humor zlepszyć,

zdrówko i apetyt.


   Ciekawe zatem czemu

   tak wiele pomyłek

   i w przeczuciach, opiniach,

   sądach et cetera.


Fatalnie dobrany żel

i do butów pasta,

ciężkostrawna posada,

pryszcze i nagniotki.

W sprawach zaś zasadniczych

zawodzą gruntownie –


   a to mleko rozlane,

   przewrócona świeca.


Kiedy i w jaki sposób zdadzą

wreszcie raport

z pomyłkowej diagnozy

albo naszych matrymonialnych obciachów?


Tacy mądrzy, lecz w roli

potrzebnych od zaraz,

żadnego z nich pożytku

lub czegoś w ten deseń.  

   Zajęci chmur liczeniem,

   roztargnieni, senni –

skąd u niech nagła niechęć,

aktywność zerowa?

Ułożeni wysoko,

w siebie zapatrzeni,

chłodni, chmurni, przezorni -

jako my na ziemi…

poniedziałek, 25 października 2021

Powinienem

 

Powinienem zawczasu zwinąć poetyckie żagle.

Mrok zejścia do kokpitu zamaskować śpiącym masztem.

Najmniejszej przesady w pytaniu: dokąd poprowadzą?, 

gdzie trafię? - gdy skojarzą, przymierzą tytuł na okładce

z przyczajoną w metryczce datą publikacji.

No właśnie dokąd? Pod stępkę, pod dywan, na ławę.

poniedziałek, 18 października 2021

Czy jest, kto by się oprócz ojca, nad starszym bratem z miłością pochylił...?


     Co powiedzieć o arcydziele? Co powiedzieć o obrazie, który nawiązuje najściślej do Arcydzieła? Setki homilii, setki zamyśleń chcących przywołać olśnienia odczuwane podczas słuchania/czytania... Właściwie o doświadczeniu nagłego zrozumienia napisano już prawie wszystko. Nad  namiotem spotkania Bożej intencji z aktem wolnej woli ukazała się szarfa z napisem: consumatum est. Kto ją rozwiesił, kto sprawił, że zatrzepotała? Czy nie aby anioł odbywający wśród ludzi studencką praktykę, małoletni, jeszcze niewyzbyty entuzjazmu i niefrasobliwości. Rembrandt podjął temat z pełną świadomością stopniowego odstępowania od litery; pytamy: gdzie tańce, gdzie radość natury, kultury, czeladzi? Gdzie te wszystkie podskoki, pląsy i padwany epok i dawnych, i naszych.  Wyrobnicy pól i obejścia mieli realny powód, by się weselić; ogłoszono bowiem  święto, słyszano: będziemy ucztować. Bez znaczenia powód, motyw - zabawa to zabawa. Sługa przywołany przez brata wracającego z pola referuje zainteresowanemu wieść czeladzi obojętną, jak by się skromnie wdawał w plotkę na temat pogody. Gdyby było inaczej, cedziłby słowa. Entuzjazm nieoczekiwanej przerwy w pracy zamulił mu świadomość, stąd mówił bez świadomości siły prostego i zarazem poważnego zdania; zdania, które mogłoby ciekawego żywcem pogrzebać. Tego entuzjazmu osób obcych rozmiłowanych w wielkich stołach na obrazie Rembrandta nie zauważamy. Prawą krawędź wspiera dwóch panów, którzy wczoraj pozowali do portretów Annasza i Kajfasza. W głębi, w pozycji geometrycznie nieważnej i słabej krąg najbliższy przekracza oparzony do żywego starszy brat. Biedny biedak, powiedziałaby o nim rezolutna Góralka. Zaiste, starszy brat nie zasługuje nawet na usynowienie, na wielką literę, na delikatny, drobny akcent powagi. Więcej, widzimy go, gdy wraca z pola, poruszając się ścieżką Kaina. Dokopmy mu, ośmieszmy, zrównajmy z błotem.  Rembrandt ma nam do opowiedzenia inny moment. Kim jest ojciec - drzewo, które zrodziło światu dwa cierpkie owoce? To ojciec właśnie jest najważniejszą figurą zagęszczonej kompozycji. Uderza i zaskakuje rezygnacja z proporcji na rzecz opisu sytuacji oraz prezentacji struktury symbolicznej. Ułożenie sylwetki ojca powinno przywodzić na myśl Boga Ojca. Piętnasty rozdział Ewangelii wg Św. Łukasza rozbrzmiewa, opalizuje bogactwem znaczeń. Do każdego z nich prowadzi precyzyjny szczegół. W opowiadaniu i opisie znacząca jest nawet nieobecność zdarzeń, okoliczności implikowanych złożonością sytuacji. Zdumiewać nas powinno zachowanie ojca. W wersji Rembrandta ojciec zachowuje się jak ślepiec o rysach Jezusa Frasobliwego. Kto wie, być może chodzi o to by dotrzeć oburącz do sfery stanowiącej dominium, którego nie można zepsuć ekstrapolacją aktu wolnej woli. Choć bezczelność życzenia wypowiedzianego w pierwszym akapicie paraboli mogłaby znarowić także osoby postronne, psychologia wychowawcza podpowiada, że kwestia: „daj mi część majątku, która na mnie przypada” nie pojawiła się ad hoc jak pryszcz czy wrzód, czy zachciewajka. To życzenie wyrosło z koniecznej, długiej fazy przygotowania. Co chciał przez to powiedzieć? Tym zdaniem uznał ojca za zmarłego, tymczasem rzekomo zmarły szuka po omacku własnego odcisku na… kto by przypuszczał, plecach odzyskanego. W Ewangelii czytamy: „rzucił mu się na szyję”, u Rembrandta wzgardzony ojciec szuka obsesyjnie podobieństwa do… siebie. Sąd Ostateczny polega właśnie na tym. Bóg Sędzia Sprawiedliwy szukać będzie podobnych do Siebie; żeby móc orzec: „ZNAM  WAS – WSTĘPUJCIE DO RADOŚCI WIECZNEJ”. Słyszy się, że będziemy zdawać sprawę z miłości. Tak właśnie będzie, jej będzie w nas szukać jako kryterium podobieństwa, albowiem Bóg jest miłością. Uważniejszego wyjaśnienia domaga się jeszcze jeden fakt – aspekt. Warto go podjąć, ponieważ pomoże nam uchwycić znamienną prawidłowość, przede wszystkim pozwoli zauważyć, że także my dzięki tej historii otrzymujemy zapewnienie o miłości Bożej.      

    Zdumiewa mnie stanowisko, jakie zajął Rembrandt w sporze, długotrwałym dyskursie wokół postaci starszego brata. Słychać dosyć często słowa nazbyt łatwego potępienia, krytykę małostkowości, upór, skłonność do fingowania zażyłości, hedonizm, tendencję do ferowania oszczerstw, przyglądania się historii szczęśliwego odzyskania z perspektywy <przeciwnika> eksponującego zwyczaj dodawania także tego, co dowodem nie jest. W związku z tym proponowano, by w tyradzie przeciwko bratu dostrzegać projekcję nieuświadomionych pragnień oskarżyciela. Egzegeza umocniona wskazaniami psychoanalizy nie zostawi na łachmanach starszego brata suchej nici. Najwyższa pora wziąć w obronę tego człowieka. Intuicja podpowiada, że nawet najsprawiedliwszy miewa raz za razem powód do przeżywania momentu słabości. Kłopotem starszego brata jest, że w zasugerowanej sytuacji nie widzi problemu, zadania, szlachetnej i wyjątkowej misji. Wydaje się nam, że żadna okoliczność i żadne słowo nie jest w stanie wyrównać deficytów obolałego serca. Wyjeżdżając w dalekie strony młodszy brat zasiał w sercu starszego brata pestkę, z której wyrosła… nienawiść. Ojciec, uszczęśliwiony powrotem syna, szukający oburącz niewinności w miejscach, z których aniołom wyrastają skrzydła, konstatuje, że w istocie nowa sytuacja rodzi innego rodzaju problem. Miłość, jaką ojciec darzy synów, przede wszystkim starszego syna, powinna nam dać do myślenia. To nie jest tylko uczucie to akt kreacji, początek czegoś nowego przepięknego. Rembrandt zderza nas z chwilowym zakłopotaniem Najwyższego. Gniew Twój trwa tylko przez chwilę, a miłosierdzie przez całe życie. Czy faktycznie obserwujemy naszego bohatera w chwili gniewu? I tak, i nie. Po ludzku biorąc na nic innego marnotrawny nie zasłużył, jak tylko na los najemnika, tymczasem spotka go po powrocie książęca promocja. Czegoś jednak tej tak pięknie rozpoczynjącej się historii brakuje, czego zatem? Brakuje słowa. Ojciec w sytuacji powrotu odzyskanego i uzdrowionego odzywa się tylko do sług oraz starszego syna. Za sprawą ojcowskiej mowy dzieją się cuda, w nas też powinny się podziać, nade wszystko miejsce oburzenia powinno zająć zdumienie; zdumienie, że tak powiem: dubeltowe! Po pierwsze jest możliwy cud odpuszczenia, po drugie odbywa się on w całkowitym milczeniu, tak jakby prywatnie odzyskanemu synowi ojciec nie miał bezpośrednio nic do powiedzenia. Ojciec milczy, ale tylko przez moment. Na scenę, a ściślej na stronę, wkroczy miłośnik przysmaków z kozła. Powietrze zatętni. Szczęściem potrwa to chwilę. Atmosferę uzdrowi ojcowskie wyjaśnienie. W taki właśnie sposób powinno się mówić do dzieci: ty zawsze jesteś przy mnie i wszystko co moje należy do ciebie, na dobitkę zauważmy, że trzeba się radować, gdyż twój brat, chociaż zagubił się, ożył i ozdrowiał. A trzeba się cieszyć. Obowiązek radości, której fundamentem jest obraz promieniejącego miłosierdzia. Nie można toczyć sporu z beneficjentem miłosierdzia, jasne należy zneutralizować  skazę, która nazbyt okazale, ostentacyjnie zarysowała oblicze ideału wierności, cechy – jak się okaże  - wyrosłej z ducha pragmatycznej interesowności, a może z lenistwa, prokrastynacji, synowskiej acedii. A może pychy kroczącej przed upadkiem… Starszemu synowi dano więcej niż młodszemu. Potępiając go, wystąpilibyśmy przeciw sobie. Przekażmy więc sąd Królowi.             

 

czwartek, 30 września 2021

Gdyby pan Eliot wiedzieć mógł...

 Gdyby pan Eliot wiedzieć mógł... 


Gdyby pan Eliot wiedzieć mógł, jaką mu w Polsce kręcą sławę…

przyjechałby, nawiedziłby natychmiast Kutno i Warszawę,

Suwałki, Poznań, Ełk co łka, Dobraków i Gliwice,

a oprócz Gliwic Łańcut cny i Puław okolice.

 

Ile na wałek czeka ciast stosownej chwili w dzieży,

nie powiem, bo markotno mi i prawiem bez odzieży.

Szturmować ciacha przełyk chcą: „Rozgryzaj, żuj nas w chuci,

ciamkaj, pomiziaj – lada czym, zezuwszy miękki bucik.

 

Dmuchasz na zimne w ciepłe dni i noce bez akcentów,

wawrzyny ścięto, żar się tli i zalatuje miętą.

Daremny powab: „Tomku - bierz pieczyste oraz mleko!”

„Do Polski nie wybieram się, bo Polska za daleko”.

 

 

 

Głową... do końca

  Głową… do końca Opublikowano 14 lipca 2006 | Przez Corona radiata       Głowa, gdy mądra, i z nogami rada rozumem się dzielić. Najpi...