czwartek, 25 lipca 2019

O książce: „Życie rodzinne Zanussich. Rozmowy z Elżbietą i Krzysztofem" Barbary Gruszki-Zych


            Czytelnicy wywiadów ujawniających obfitość sekretów życia powszechnie znanych postaci podejmują lekturę z pragnieniem urzeczywistnienia czegoś niemożliwego; z jednej strony liczą na opowieść z założenia szczerą, z drugiej chcieliby osobiście zafunkcjonować w roli uczestnika rozwijającej się narracji. Dotrzeć do faktów, przyglądać się im z perspektywy centrum zdarzeń wymaga nadzwyczajnego taktu, powagi i zaufania. Zaufania, można powiedzieć, podwójnego; przede wszystkim do osoby moderującej rozmowę, nadto do tworzywa, na które składa się język, styl, sposób istnienia i przesłanie dzieła. Rozmowy, dialogi, wywiady zdolne zabezpieczać tak rozumiane oczekiwania, budzić będą zainteresowanie i niesłabnącą ciekawość. Wśród wielu znamienitych pozycji odnajdziemy także arcydzieła gatunku. Są to książki, które sprawiają, że oderwany od zajęć, wyrwany z gier i zabaw czytelnik nawet nie zauważy, że czyta. Owszem, zauważy, ale dopiero wtedy, gdy dotrze do zdania wieńczącego powzięte wątki. W takich sytuacjach czytającego ogarnia coś, czego od razu nie potrafiłby określić; wydaje mu się, że uczuciem tym jest „żal" albo jego stokroć łagodniejsza, delikatniejsza odmiana. Żałujemy, gdy coś się kończy, żal nam tylko dlatego, ponieważ coś fascynującego dobiegło kresu. Smutno nam, ale zbytnio się nie martwimy, nie przepytujemy się z empatii, troski, bezmiaru humaniorów. Mistrzowie światowego kina wiedzą gardzą poetyką urwanej opowieści, wystrzegają się historii pozbawionej zakończenia, wyrazistej kody, doniosłego akordu. Opowieść bez wykrzyknika sumującego obfitość podjętych wątków i nieobecność przesłania to odpowiednik pojedynku wyrafinowanej perfidii z artystyczną miernotą. Taka opowieść zacznie się i... zdechnie na sali kinowej; minie bez echa, rezonansu, refleksji. Nie zaowocuje opowieścią wtórną. Zapadnie się gdzieś. Rozpadnie się. Zniknie.
     Historie non fiction wynikają wprost ze scenariusza wymyślonego i napisanego przez życie. W tej konkurencji nie ma ono sobie równych; liczące tysiące, miliony grono potencjalnych pretendentów po wyścigu zajmie na podium najwyżej miejsce oznaczone numerem dwa. Bywają zawodnicy, którzy na skutek udręczenia bądź desperacji podejmują ryzyko zmiany reguł gry; posiłkują się wówczas fantazją, dowcipem, błyskotliwością i innymi zaletami. Czasami miejsce oznak talentu zajmie prymitywny kamień, czasami będą to pretensjonalne nożyce.
     Zarysowana możliwość dotyczy niestety bardzo wielu współczesnych projektów i realizacji. Książce Barbary Gruszki-Zych „Życie rodzinne Zanussich. Rozmowy z Elżbietą i Krzysztofem" ewentualność taka nie grozi. Rozłożony w czasie akt twórczy; te rozmowy trzeba było przeprowadzić, pozwolić im dojrzewać. Wymagały zatem czasu, miejsca i okoliczności. Domagały się przekształcenia w tekst. I dalej uformowania, pogrupowania, umiejscowienia w obrębie najwłaściwszych asocjacji i celowych odniesień. Rezultat przeszedł najśmielsze oczekiwania. Chwała autorce za przedsięwzięty trud, chwała bohaterom, chwała życiu - najlepszemu scenarzyście, które zawsze najlepiej podpowiada i radzi. Pytanie: co z tego przypadnie w udziale czytelnikowi? Sporządzenie listy czytelniczych profitów to przywilej i powinność recenzenta.
     O ile refleksje postaci filmów Krzysztofa Zanussiego koncentrują się wokół  wyrafinowanych, doniosłych koncepcji reżysera, o tyle w rozmowach rodzinnych moderowanych przez Barbarę Gruszką-Zych najczęściej wybrzmiewa pean na cześć mądrości praktycznej. Wybrzmiewa w postaci głosu nieustannie towarzyszącego światopoglądowej identyfikacji. To tym razem występuje w roli gigantycznego i jednocześnie czułego ekranu. Mistrz kina, ale przede wszystkim filozof, który gęstej od znaczeń strukturze myśli podsuwa płaskorzeźbę emocji, uczuć i niewymownej, pozornie bezgłośnej zadumy. Dzięki Zanussiemu światowe kino skorzystało ze sposobności sprawdzenia się w konkurencjach najtrudniejszych z trudnych, krańcowo niefilmowych, spowinowaconych z innymi formami wyrazu, zastrzeżonych dla myślicieli. A może jest inaczej, a może najpierw była filozofia, po chwili pojawił się mędrzec obdarzony niejako przy okazji bukietem niefilozoficznych sprawności i kompetencji; zasługą jednej, jednej albo kilku z nich, jest między innym to, że z pozoru dostępna, łatwa i „przyjazna" w odbiorze forma przekazu informacji rezygnuje z zamiaru łatwego zamienia jej w ugrzecznioną, lekkostrawną marmoladkę czy uproszczony, sprymitywizowany, dostrzegający wartość w liczeniu się z możliwościami publiki wybierającej bełkot bezguścia. Energii pierwotnej intencji nie osłabiają ani skomplikowana symetria procesu twórczego, ani bezwzględny dyktat ramy modalnej filmowego dzieła sztuki. Gdzieś coś mimo wszystko przepada, przepadło, przepadnie. Bo takie jest życie i nic tej prawidłowości nie zmieni. U Zanussiego straty są jednak mało odczuwalne. Dzieje się tak na skutek opanowanej do perfekcji sztuki myślenia bilansowego. Wskazaniom tejże państwo Elżbieta i Krzysztof skutecznie przyglądają się w życiu codziennym i rodzinnym. O tym, że nie ma czegoś bez czegoś innego, że wartość to nie tylko cena, że taka a nie inna pozycja w świecie kultury, filmu, filozofii, towarzystw finansowych to skutek założenia i konsekwencji, że zdrowie to dar, ale także nagroda, że nie wierzy się wyłącznie sobie i dla siebie, że dopiero wiara urzeczywistniona czynem otwiera na Boga, bliźnich, własną duszę, a także ciało i ogół, bezmiar do odnalezienia w obejściu. Jak sobie radzić w sytuacjach tragicznych bez konieczności nadawania im takiego akurat piętna? Co to znaczy: ścigać się z krewnymi, szczególnie z mamą, tatą? Po której stronie w bilansie otwarcia zapisać to, czym uposażył nas dom, po której to, co zawdzięczamy szkole, kościołowi, układom towarzyskim, namiętności, miłości, pasjom, doskonale opanowanym sprawnościom, wśród których dominuje biegła praktyczna znajomość kilku języków obcych? Jednoznacznych odpowiedzi wprost nie znajdziemy; możemy je wytropić i wyodrębnić w tekście ołówkiem, paznokciem lub szminką.
Zanussiemu - reżyserowi i mędrcowi, filozofowi i nauczycielowi zawdzięczamy wiele, bardzo wiele. Książka Barbary Gruszki-Zych: „Życie rodzinne Zanussich. Rozmowy z Elżbietą i Krzysztofem" wpisuje się najściślej w centralne pasmo przekazu, którym artysta od lat pragnie nasycić treść polskiego i światowego dyskursu. To książka na ten sam temat. Dzięki sympatycznej atmosferze, sensownym, mądrym, przyjaznym pytaniom autorki, a także licznym momentom zdziwienia, jakie wynikają z równorzędnego zaangażowania uczestników odnosimy wrażenie, jakbyśmy bezpośrednio kontaktowali się ze źródłem niepowtarzalnych walorów osobistych i twórczej mocy. Dzieło odsłania piękno rodzinnego dialogu. Piękno dialogu i życia.

środa, 6 lutego 2019

W Bronowicach


     O "Weselu" można by w nieskończoność. Ze swadą i oskomą, z przesadą i bez przesady. Istotny trop wszelkiej analizy znajdziemy w podpowiedzi określanej mianem podobieństwa zachodzącego między zbiorem faktów a ich sfunkcjonalizowaniem w postaci artystycznego przetworzenia. Taką zależność narzucają kładki łączące epizody historyczne ze starannie opracowanym artefaktem literackim. Powiedziało się o zbiorze zdarzeń, tymczasem wypada zapytać: jakich? Kogo lub czego ściśle dotyczących? Podczas dzisiejszego "czytania Wesela" w "bronowickiej chacie" - czyli w odnowionym dawnym Muzeum Młodej Polski często mówiono Gadamerem, momentami dopuszczano do głosu Brzozowskiego, rzadko, rzadziej pozwalano mówić Wyspiańskiemu. Brak wzmianki na temat "rogu obfitości", jakim były ówczesne bronowickie gumna, kopce, stogi i komory zepchnęły rozmowę na tory osobne i umowne. Wyświetlanie tematu weselnego w anturażu "liturgii przejścia" stanowi przykład rozumowania na wyrost. Takie cebulki można sadzić na parapetach urzędu stanu cywilnego w gminie otoczonej gęstym lasem. Nasi bohaterowie, zwłaszcza jeden bohater, którego prototypem był szkolny kolega Wyspiańskiego, niczego aż tak istotnego nie przeżywali. Racja, zagrzał ich, rozgrzał zorganizowany na okoliczność towarzyskiego spotkania płynny zastaw gospodarski. Nikt stamtąd poza bezcielesnym prawie Wyspiańskim trzeźwy do domu nie wrócił. Trzeźwość zachowuje również (jakżeby inaczej) rezolutna Isia - najstarsza córka Włodzimierzostwa Tetmajerów. Poza tym wszyscy znajdowali się pod wpływem: albo pili, albo zamierzali, albo zdobywali się na śmiałą konstatację, że aktualnie mają już dość. A Wyspiański stał i patrzył; na wszystkich i na każdego z osobna. Patrzył, wściekły jak nigdy w życiu. Patrzył, oczom nie wierzył. Seria sytuacji zawstydzających, seria zdarzeń z gatunku ostrego zrozumienia, przebrała miarę, przechylała czarę, przechodziła w postać dygoczącego smutku; niestety to zbyt wiele, niestety za dużo tego. Czas i przestrzeń nie sprzyjają, o kim, o czym i dla kogo te zalążki i rozwinięcia? też do końca nie wiadomo. Jedyną nadzieją niezależny akt twórczy, partytura i szkic tego, co się usłyszało w chwili obezwładniającego skupienia. Zobaczył nagle, stanęło przed nim, zawirowało, zaiskrzyło weselnie. Blisko by upadł, szczęściem miał za plecami futrynę. O nią wsparty stawał się z chwili na chwilę jedynym widzem, który się tym, co zobaczył, zapragnął podzielić.
      Trzeba nade wszystko pamiętać, że Wyspiański miał wówczas głowę zaprzątniętą czym innym. Kalendarium życia, towarzyskich agonów i twórczości notują skrzętnie najmniej siedem niezależnych motywów; dwa z nich dotyczą wyodrębnionych sporów i animozji z malowanym bohaterem wieczoru. Podczas jednej z rozmów Wyspiański poczuł, że dawny szkolny kolega wyraźnie ma go za nic. Nic się (niby) nie stało, ot maleńkie nieporozumienie, brak towarzyskiej zgrabność, którym można tłumaczyć przedweselną tremę. Zaprawdę nic a nic, Rydel prosząc kolegę o przyjęcie zaszczytnej roli świadka, najwyraźniej zapomniał, że Stanisław niedawno sam stawał na kobiercu, co implikuje obowiązek zaproszenia na ucztę także małżonki przyjaciela. Przed samym ślubem Lucjana i Jadwigi doszło między kolegami do drobnej słownej utarczki, sprawa dotyczyła... stroju (nader skromnego) Wyspiańskiego. Stanisław stał przed drzwiami bazyliki w długim sztukowanym płaszczu, co najwymowniej świadczyło o tym, że aromatu grosza jego obszerne kieszenie od dawna nie czuły. Projekt najbliższych wydatków zwiększał deficyt. Wyspiański nie nadużywał szuflad, nie pozwalał rękopisom dzieł "skończonych" dojrzewać miesiącami. Działał - można powiedzieć - impulsywnie, w tempie tylko troszkę wolniejszym od tego, co dzisiaj postawilibyśmy obok dziennikarskiego speedu. Nie wiadomo, co bardziej, co najbardziej okręcało się wokół szyi? Pomyślmy tylko, jak się czuje młodzieniec, który od trzech lat z górką wypatruje symptomów, który pracuje w trybie raczej technologicznym, któremu płacą z odwłoką za zrealizowaną pracę, od którego niepokoją koniecznością zwrotu pożyczek, który niedojada, nie dopija, który odkrył przed chwilą pod brodą niepokojącą wstydliwą zmianę. Wyobraźnię Wyspiańskiego opanowała praca nad "Legionem". Co z tego, że tekst z chwili na chwilę nabierał ciała... Uruchomione sprawy nie pozwalały o sobie zapomnieć, trzeba było imprezy w chacie Tetmajerów, żeby się czym innym zachłysnąć. Zasugerowałem istnienie o siedmiu obiektywnych, udokumentowanych problemów, jako tako opisałem pięć, kto lub co stoi za brakującymi? Zaczynu obu dotykały pracowite dłonie Teofili. Sama w sobie była problemem. Problemem Wyspiańskiego było także przyglądanie się sobie w nowej roli; od kilku tygodni był małżonkiem, czego nie rozniosła po Krakowie żadna spokojna wieść ani krzykliwa feta. Rydel reprezentuje inną krawędź istnienia; tym, że zmienia stan, żyło całe miasto. Nie brakowało opinii przepełnionych obawami, zdań spod znaku przestrogi, wróżb że aż strach pomyśleć. Jedyna radość, że wreszcie, rozpustą bowiem i niewypłacalnością kończy się starokawalerstwo. Nie brakowało w Krakowie osób, którym rysująca się perspektywa zarazem podobała i nie podobała się. Sprawy nie osadzano na skale, ot igraszka zwiewna, rzewna, fanaberia, błysk, lamperia. Nie mówcie więc, szanowni Państwo, że mamy w dramacie do czynienia z misterium przejścia. Naturalnie przechodzono; z alkierza do gabinetu, gabinetu do izby, gdzie ścisk, pisk i basetla, i kozice. Trzeba było muzykantom szóstką zaświecić, żeby przywleczona z rodzicami dzieciarnia mogła sobie na skrawku klepiska pohulać. A wszystko z inicjatywy Stanisława, który za pośrednictwem Helenki wydał odpowiednie polecenie muzyce: "teraz niech zatańczą wyłącznie dzieci". Była to bodaj jedyna okoliczność świadcząca o realnym wpływie Artysty na przebieg zdarzeń w bronowickiej chacie. Nawet świeżo poślubionej Teofili za mankiet nie chwytał i słowem nie temperował. Skutkiem siedmiu boleści stał o futrynę wsparty i czekał. Z owego czekania, patrzenia wysnuwał rzecz nową, historię wesołą i ogromnie przez to smutną...  Bo martwić się było czym, weselić zaś tylko tym, co i tak szybko przemija.
    Nasz pobyt w Krakowie przekształciliśmy w pouczającą, kaloryczną, opalizującą znaczeniami  opowieść. Trudno uwierzyć, ale bezcenne rekwizyty faktycznej osnowy nadal czekają na oczy i uszy nawiedzających ożywioną po remoncie całość. Wycieczki naukowe do Bronowic były przed laty tradycją naszej szkoły. Wracaliśmy przeważnie zachwyceni miejscem oraz bardzo mądrą opowieścią na temat genezy "Wesela" jako jednego z najważniejszych tekstów literatury polskiej. Z jednej wycieczki przywiozłem dylemat - zagadnienie: Czy arcydzieło Wyspiańskiego należy do literatury regionalnej? Pytanie dotyczy różnic między literaturą typowo krakowską i charakterystycznie polską. Którędy przebiega granica? Czy nakłada się ona na granice historyczne i geograficzne? Z iloma krainami ziemia krakowska sąsiaduje? Tym pytaniom towarzyszył stukot kół na szynach kolei żelaznej. Odkąd zdefiniowano trafność idei autobusowego komunikowania Katowic z Krakowem, korzystamy wyłącznie z efektywniejszej opcji. Trasa kolejowa na odcinku Katowice - Kraków w kilku miejscach zawiera odcinki, które nawet rumiane ekspresy pokonują z maksymalną prędkością 25 km/h. Dawniej wysiadało się na stacji Kraków-Mydlniki i stamtąd polami, szlakiem Jaśka z "Wesela", truchtem do Bronowic. Droga powrotna wiodła przez Łobzów, Karmelicką, Planty, Rynek - obowiązkowe punkty. Niech nas z krakowskimi bohaterami "Wesela" łączy coś równie ważnego jak wiedza o treści i formie utworu, niech połączą nas widoki (inne, niepodobne) rozprzestrzeniające się wzdłuż trasy powrotu z Bronowic. Doświadczenie podróży sprzed blisko (za chwilę przeczytamy: sprzed ponad) dwunastu dekad rozpatrywano w kategoriach wyprawy. Jak wiele się zmieniło! Ciekawi mnie, co na to uczestnicy tamtych wydarzeń? Czy w przejawach nowoczesnej aglomeracji dostrzegliby wypełnienie czy zaprzeczenie zarysowanej w utworze perspektywy? Czy na czymś takim, na takim właśnie rozwoju Bronowic i Krakowa zależało Wyspiańskiemu? Krakowa, w którym jest cząstką pośród cząstek, Bronowic, o odwiedzaniu których z powodu nadmiaru obowiązków oraz nadejścia oczekiwanej, spodziewanej nie mogło być mowy. Szczęściem dał się namówić wtedy, dzięki czemu mamy Arcydzieło na miarę najwybitniejszych dokonań i możliwości, mamy historię ponurą i ogromnie przez to pouczającą.                         

wtorek, 15 stycznia 2019

Wyspiańskiego mi zadano...


Wyspiańskiego mi zadano. Wyspiańskiego mi uwidoczniono. Osadzono w pamięci, pod grzywką włosów, w bliskości rdzenia. Lata moje pacholęce mijały w atmosferze powszechnego przygotowania obchodów setnej rocznicy urodzin artysty. Zrezygnowano z pomp ssąco-tłoczących, odpuszczono sobie (wreszcie) igrzyska namolnych interpretacji, nie nadeptywano szczegółów, nie dotykano sfer dyskretnych, choć nikt nie stronił od tego, by wyłaniającym się dowodom recepcji podsuwać propozycje ideologicznie skłamane. Z setną rocznicą urodzin zbiegły się w jeden spokojny, stonowany artefakt melodie i rojenia szkolnych korytarzy, świetlic, pracowni. Zbiegła się w jedno wielka tęsknota za czymś, za kompozytowym wypełnieniem ponurych szczelin w nas. Tym sposobem z igliwia i chrustu wyrastało przytulisko emocji ważnych i potężnych. Ważnych, ponieważ skojarzonych z misją, potężnych z racji dojmującej różnicy, jaka zaistniała między ciężarem przesłania i możliwościami percepcji. Patronem szkoły był Lenin. Miał tylko jeden portret i reprodukcję przedstawiającą go w akcji: oto przywódca rewolucji podejmuje herbatką dwóch albo trzech chłopów bez specjalnych zasług. Postaci różnią się powierzchownością, nasyceniem, stanem... patron ma twarz faraona, który nagle poruszony nieokreśloną wieścią przyjął minę dobrodzieja wytężającego słuch. Dzieło nie prowokuje pytań uniwersalnych, acz ewangeliczne: "przyjdźcie do Mnie wszyscy..." można by śmiało uzupełnić: przyjdźcie nawet w siermiędze, od trzydziestu lat nieczesanym kożuchu, mimo lata w baranicy, w rozchełstanej podkoszuli i z bronią... Przyjdźcie, czeka was nowy udział w wieków dziele. Reprodukcje dzieł Stanisława Wyspiańskiego - pamiętam, bo śniły się zwykle nad ranem - podobnych obietnic nie przedsiębrały. Portrety dzieci: Helenka, Teodor, Miecio, Staś, pociechy sąsiadów, panny Pareńskie, pastelowe fotosy przedstawień: Kapral, Rycerz, Wernyhora, Dziad, Ksiądz, Żyd, pawie piórka, Czepcowa, Czepiec, Isia, Chochoł, Rachela, Poeta, Jadzia, Lucek, Wojtek, Jasiek, Stasek, Bajok, podkowa i to, co i do czego naparskano. Czas ujawni, że autonomicznych prac, autonomicznych, czyli niezainstalowanych per secula seculorum w miejscach niedostępnych choć widocznych, naliczono blisko dziewięćset. Niebywała sprawność, niezwykły upór, pracowitość, nieporównywalna z niczym konsekwencja. Tylko pozwolić artyście tworzyć; doczekamy się dowodów wprost niezwykłych i nieporównywalnych. A wszystko niestety kosztem zdrowia... wątłego już w punkcie wyjścia. Chciałbyś zachować kreatywność, niezależność, godność osobności -  zajrzyj do książek, odwiedź wyspiański Kraków, podejmij pielgrzymkę od adresu do adresu, rozejrzyj się, zapytaj, kogo mijał, przed kim stronił i czym się przed tłumem bronił. Pytaj także, kogo lubił, z kim się choćby lubił spierać, komu uprałby koszulę, komu upadłby do stóp. Bez cienia przesady warto dziełu poświęcić czasu moc, skoro artyści się nie zmieniają, skoro jeden do drugiego podobny, to tym bardziej podobny, a czuły, a wrażliwy, a złośliwy, a usłużny bliski artyście wianuszek widzów i krótkowidzów. Powiadasz, że publiczność się zmieniła?? Żartujesz chyba. Jest taka jak przódy. Nie tyle podejrzliwa czy nierozumna, zuchwała czy obleśna. Nic podobnego. To dla niej, choć z myślą o nas, Wyspiański tworzył. Wyspiański oczywisty, Wyspiański spoglądający z każdej ściany, obecny w pejzażach zawieszonych wyżej lamperii w świetlicy, Wyspiański w oczach, zmarszczkach atłasowej, lnianej materii strojów, Wyspiański w czerni, bieli, w zarysach, barwach, kreskach. Staś lub Miecio, obaj tak bardzo podobni do matki, w teatralnych kołnierzykach, słomkowym kapeluszu, który nie bez racji uważałem za wyrobek chiński. Obrazy, który ani krata, ani na kracie rdza ze mnie nie wytrzęsie.             

czwartek, 3 stycznia 2019

Nieobecność barwionego tynku




            Nieobecność barwionego tynku na fasadzie siedemnastowiecznego kościoła zaskakuje i przynagla; cegła stanowi wyróżnik gotyku i neogotyku, to również podstawowe tworzywo architektury funkcjonalnej i mieszkaniowej. Szczególne piękno "myślącej" cegły odnaleźć można w samowystarczalnym onegdaj Nikiszowcu. Zanim wchłonęło tę dzielnicę miasto ogrodów i ogrodzeń oraz sławnego jak Sarajewo kongresu klimatycznego, żyło sobie po swojemu, raz za razem stając się faktycznym i rzekomym teatrem działań. Już w końcówce  lat sześćdziesiątych zrównano ją z endemicznym, widowiskowym, identyfikowalnym atelier. Nie było odtąd filmu dotyczącego Śląska lub jego skrawków i okrawków, którego twórca nie spojrzałby na Nikisz z... miłością. Nawet epizody tranzytowe filmu "Konsul" rozgrywają się w nocnych plenerach Nikiszowca.  Zaiste warto odwiedzić to miejsce. Odwiedzić nie tylko wirtualnie. Odwiedzić ze względu na walor określony nie do końca ryzykownym mianem. Wacław Berent stworzył powieść: "Żywe kamienie" - rzecz dotyczy bliskiego, dalekiego gotyku; mistrz katowickich deskrypcji literackich miałby prawo nadać swojemu dziełu tytuł "Myślące cegły"  (szansa na rynkowy rozkwit znikoma), ale czy od razu trzeba się mierzyć z autorytetem wysokich tonów. W pisaniu  (prawdopodobnie) chodzi o szczerość, czyli stan umysłu, w jaki wprawić może wyłącznie doświadczenie spotkania z uśmiechniętą Beatrycze. "Żywe kamienie" dotyczyły tworzywa, z którego formowano kościół. W centralnym kwadracie Nikiszowca, centralnym, czyli usytuowanym pierwotnie na skraju, powstała świątynia, której projekt stanowi naturalne ukoronowanie planu urbanistycznego dzielnicy. Rozwiązania tego typu to w mniemaniu powszechnym przykład konsekwencji. Kopalnia i kościół  - dwa solidnych rozmiarów maszty, których charakterystyczne grzywki widać z siedmiu, nawet ośmiu kilometrów, określają wzniesione w ich cieniach symetrie, proporcje. Hełm kościoła pw. Św. Anny przygląda się okolicy znad lepkiej i smukłej zieleni, a czerwone paski kominów - dwóch wielkich flamastrów w gromadzie rozproszonych, ogryzionych ołówków, pędzelków - potwierdzają głęboką słuszność wielce pragmatycznej teorii starożytnej. Autor tej części świata w robocie się nie oszczędzał; nie wykluczam, że dwaj bracia - dzielni planiści, architekci, przedsiębiorcy przyjęli wyzwanie Najwyższego. I nie mam na myśli dyrektyw najmądrzejszego spośród spadkobierców niemieckiego Don Kichota. Realizowali projekt na piątkę z plusem bez dogadzania względom ospałych berów i baronów. Zbudujemy miasteczko, do którego będą się wam ludziska garnąć. Samowystarczalne i samoswoje. Podobną motywację dostrzec można w orientacji, nastawie, kształcie i tworzywie świątyni. Z "myślącej cegły" ona, ale w projekcie miała się wyłonić z tradycji magnackich. Na terenie Katowic nie znajdziemy obiektów reprezentujących historyczną stylistykę czystą. Owszem - znajdziemy na przykład modernizm,, ale....  Zatem do określeń stylu historycznego dodaje się tutaj przyrostek "neo". Kościół neogotycki, neobarokowy, kościół neo-neo... Barok to przede wszystkim wnętrza. Wnętrza to szczegóły. Fasada i absyda rzucają raz litościwy, raz budzący trwogę cień nikiszowieckiej świątyni. Jej fasada z cegły, z cegieł ludzkie wzniesiono siedziby, to tworzywo tutejszego (powiem z poznańska) fyrtla. Święta Anna - Patronka, której na Śląsku nawet górę oddano w opiekę, zaprasza, opalizuje, intryguje, miesza dramaty z gorliwością. Czeka. I na anioła, i na podciepa. 

wtorek, 1 stycznia 2019

Pióro serdeczne



     Na początku Nowego Roku 2019 wiersz sprzed lat.  Przywołałem w nim obrazy i sytuacje pór roku. Z tego względu nadaje się na występowanie w pozycji utworu okolicznościowego. 



Pióro serdeczne
dało ci siebie.

Chwila i siejesz
udrękę, lament, wiary,
nadzieje, ciężki atrament.

Głowa przy głowie,
słowo po słowie,
ciecz wsiąka, dech ściąga,
treść wciąga.

I nie doczekasz,
czas gnije, próby,
ni wetowanej
chryjami zguby.

Płatkami pomiń zeszłorocznego
śniegu gorące mierzyć powietrze.

Przy starorzeczu,
skąd dawną wodę
pchnęła ku morzu nowa uroda,

śliską cembrowiną odprowadzaj smutki,
śliską cembrowiną odprowadzaj smutki,
śliską cembrowiną odprowadzaj smutki,

ślis cembro dzaj…


środa, 19 grudnia 2018

Meine liebe Kapellmeister


    Piszę do was umniejszony, słabowity i niezdarny. Smutny i zepchnięty. Umniejszony z powodu Tolusia, którego (chwilowo) nie ma, a który we własnej osobie i pełną gębą, był. Spotkaliśmy się we wrześniu u Joli, zadowoleni, uśmiechnięci; w obecności pań obywatelek malujących, piszących i panów obywateli piszących i sędziackich, obywatelek i obywateli miasteczka tegoż i miasteczek ościennych. Spotkaliśmy się posłuchać, poczytać, pomarzyć, piątkę przybić, fotkę jedną, drugą, trzecią strzelić. Od jakiegoś czasu w stanie spoczynku, zatem wypoczęty fest, czytał nam Andrzej tekst ze zdania na zdanie coraz bardziej brzemienny, coraz bardziej celowy i konkretny. Czytał z radością, jak ktoś przekonany, że ma komu. Jak wtedy, bodaj w dziewięćdziesiątym pierwszym albo jeszcze wcześniej, gdy zostaliśmy sobie przedstawieni przez Romka na korytarzu domu kultury przy Dąbrowskiego w Chorzowie. Meine liebe Kapellmeister - tak bodaj zaczynał się monolog wygłoszony wobec dwuosobowego audytorium. Było to porażające i porywające. Toczył się w Andrzeju Skupińskim agon nieustanny, którego reguły sformułował (zapewne w nadziei, że pojawi się wreszcie ktoś, kto w płonącej opozycji całą myśl zobaczy) wybitny poeta i działacz społeczny Adam Mickiewicz. Młodzieńcem był jeszcze, gdy skonstruował zależność: "taki wieszcz, jaki słuchacz", ale gdy już odrobinkę urósł i poszerzył się, wydobył podobną syntaktycznie: "taki słuchacz, jaki wieszcz". Skonstruował, wydobył i wyekspediował na "tamto pole", abyśmy w dyskursach z sumieniem własnym oraz sumieniami bliźnich mieli się czym cieszyć, epatować, okładać. Jak było Andrzeju, powiedz mi teraz, jak było. Wiem, co mi powiesz: było i tak, i siak. Raz tak, innym razem owak. Mogło być rankiem tak, a pod wieczór zupełnie inaczej. Jakkolwiek było, przebiegało w uważności, w powadze jakiejś i zachwyceniu. Twoja obecność i aktywność budziła radość i pewność zachwytu. Pewnego razu, dawno -  dawno temu stawaliśmy wobec wartych najsubtelniejszych rozbiorów zawiłych kwestii metodycznych i wychowawczych. Dziękuję Ci za wsparcie i zawsze przyjazne i pogodne słowo. To był trzyletni raptem epizod, gdy widywałem Cię w roli początkowo cierpliwego słuchacza, zatrwożonego petenta i uczciwego doradcy. Ile razy mieliśmy okazję prezentować i konfrontować  opinie? Sześć, siedem, najwyżej osiem razy. Komfortu ciągłości nie można porównać z żadną inną formą relacji między nauczycielem - wychowawcą a rodzicem ucznia. Przyznaj Andrzeju, że lubiłeś te nasze na Sportowej pogaduchy o Dżej Dżeju. Ze względu na Twoją zawsze mądrą obecność, zebrania nasze toczyły się wokół spraw istotnych. Ale wymyśliłem... spraw istotnych. Fuj, a kysz paskudna nowomowo. I żebym nie musiał cię stąd kolejny raz przepędzać. Czegoś mnie nauczyłeś, ale - rada w radę - musisz przyznać, łapałem w lot. I, wiadomo, wielką darzyłem Cię atencją za obecność na ekranie. Trzeba było - owszem - prawdziwego reżysera-artysty, by uczynić zadość wyrafinowanym potrzebom filmoznawczego podniebienia. Lubiłeś role podleców, czyli, wybacz Andrzeju, dużo gorszych od Leca. Czarne marzenia, czarny charakter, czerń włosów (nazywanych "wosami") to barwa centrum zadupia, któremu postanowiłeś wespół zespół dać wyraz. Poza planem byłeś przeciwieństwem granych postaci. Ilu aktorów mogłoby powiedzieć to samo o sobie? Mnóstwo, zapewniam Cię, nieprzebrane. Najpierw zwyciężali w castingach do ról postaci uwielbianych przez publiczność, a potem wracali do swych przezwyciężonych natur. Powiedziałeś mi kiedyś, że lubisz grywać wredzioli, byleby mieli charakter. Dzięki Tobie zacząłem realnie rozważać możliwość aktorskiego zrealizowania się w roli senatora Nowosilcowa. Pomyślałbyś? Rozważać, tylko rozważać, wszak dobrze zagrany senator, czego dowodem brawurowy występ Henryka z Kochłowic, to co najmniej Alpy aktorskich kompetencji. I doczekałeś się Andrzeju, stałeś się mianowicie najlepszym antidotum przeciw skutkom klimatycznej hucpy, pomyśleć tylko, som owenzet do Katowic wele Janowa przijechoł. Chopy, pedźcie mi nino, co my momy robić, no co my momy robić, pedzcie mi. I Erwin odparł: trza napisać list do owenztu, taki wadzy, co rządzi cołkim świotym. I natychmiast, choćby mój najlepszy uczeń, wyjąłeś Eryku papier i zacząłeś czytać: My, chopy z Janowa, z Janowa wele Katowic, piszymy w sprawie ratowania ludziów na świecie, bośmy się dowiedzieli od naszego Mistrza i się mogymy poprzysiąc... Mógłbym poprzysiąc, jak wiele udało Ci się wyrwać z jej żarłocznej gęby. Już kładła na tym łapę, już nuciła uwerturkę pieśni zniszczenia, wtedy się pojawiałeś Andrzeju, wyznaczałeś obszar niewielki (gadatliwy acz niemy) i krzepiłeś, utrwalałeś. Kłamie, kto twierdzi, że taki wieszcz, jaki słuchacz. Jest odwrotnie. Czego dowodem Twoje dzieło i drogocenne relacje z bliźnimi.  

środa, 5 grudnia 2018


Wertuję książkę Bronisława Maja i konstatuję uroczyście, że jeśli musiałbym się z nią kiedykolwiek rozstać, czułbym towarzyszący temu nieprzebrany smutek, doświadczenie obezwładniającej trwogi, niepokój ramion, serca, niepokój każdej tkanki. Rozpadające się marnym węglem skrzydła ostatecznej rekapitulacji - ruina momentu początkowego zakładającego się o honor z chwilą oznaczającą ostateczność nieistniejącego jeszcze. Książka pana Maja na skromniejącej stercie bezcennego stosu, wiersze wykrzyknikami znaczone, dowodami lektury, uniesień, euforii. Widziałem w niej produkt zdolny sycić pierwotny głód - "pro"-"dukt", czyli pretekst pójścia jakoby dalej, otoczkę jubilerską, w której cenny kamyk. Omiatam wzrokiem szczerbioną kolumienkę ocalałych, jakbym przed chwilą odpowiadał na pytania ekskluzywnego wywiadu lub wypełniał rubrykę w kwestionariuszu Prousta. Ilość książek do zabrania na wyspę kurczy się, doskonali. Dawniej minowała i ośmieszała powagę świętych liczb, aktualnie o mało nie widać jej prawie. Wśród nich jest książka Maja. Tylko proszę: niech trwa, nie zamykajcie jej ze mną. Niech będzie chociaż takie, chociaż takie braterstwo atramentu.      


Głową... do końca

  Głową… do końca Opublikowano 14 lipca 2006 | Przez Corona radiata       Głowa, gdy mądra, i z nogami rada rozumem się dzielić. Najpi...