Stłoczono tam kilka solidnych dzielnic Warszawy oraz innych
bantustańskich stolic; jedno miejsce: skromne - niewielkie. Cały świat tam
mieszkał, cały darł się i tarł się wniebogłosy, na bosaka, w bamboszach, aż
krew z zębów płynęła i nie tylko. Z powolną, cegła po cegle, futryna po
futrynie implozją Silesii odchodzi w bezpowrotność peerelowska stereometria
chłopięcych i dziewczęcych marzeń. Dziewczętom uśmiechała się kariera poprzez,
chłopcy chcieli czerpać z życia na przekór grzecznie brzmiącym formułkom o
rewolucji, Leninie, z którego chciano, bym był bez domieszki dumny. Pierwsza poważna
literacka debata? Tam. Pierwsza żyletka i pierwsza krew? Tam. Pierwsze
spotkanie z hipokryzją w postaci czystej? Tam. Baterie R14, jedyne, które trawił
magnetofon DUX? Tam. Były Tam miejsca ciasne, ciemne, sztucznie zaciemniane,
ograniczone kotarą, ochędóstwem skąpym. To Tam właśnie uciekałem, gdy... I lody
tamtejsze, nawet nie porównujcie, nawet nie próbujcie porównywać; doprawdy,
zaiste, albowiem nie wiecie co z czym i co do czego. Powiedziałbym, najlepiej
na zdjęciu pokazał, ale kto miał w głowie utrwalać obraz rozbrajającego
wężowiska, długie po horyzont raje przed lodziarnią? Mnie byłoby po prostu żal
klatki wyodrębnionej spośród trzydziestu
sześciu. Poza tym, kogo bym miał utrwalać? Konkurentów, wrogów, tyłowłazów?
Niedoczekanie wasze, zakładnicy delikatnego przywiązania do wymazów siermiężnej
trwałości. ”Konwencja żałujących" stanowi jakość nową, osobną, godną
osobnej wzmianki. Zostawiania śladów mijającego także w języku. Czy ważne to,
co ewidentnie za plecami? Czymś takim epatuje stylistyka wysilonych, ponurych
wspomnień, które po delikatnym przetworzeniu zamieniają się w tworzywo
osobliwości, na wskroś współczesną lirykę mocy i niemocy. Czas to pieniądz przekształca
moje rodzinne miasto w gigantyczne pole namiotowe, w bezwstydny plac budowy
obiektów doraźnych i gibkich. Pamiętam pierwsze pytanie Dziadka na widok
Superbudy... Lepiej go nie cytować, nie mam wątpliwości: lepiej będzie schować
je w sobie, następnie zabrać do skrzynki. Patrzymy teraz na Silesię i myślimy w
duchu: to ostatni akt destrukcji, już więcej się nie da, już więcej nie można, nawet
nie wypada. Jeżeli stoi coś i się nie chwieje: zostawmy. Napisawszy to, ugryzłem
się w palec: jak to, czyżby na tym właśnie miał się kończyć śmiały spacer ku
świetlanej?? Niedoczekanie nasze. Z
odejściem Hotelu Silesia - najbardziej wytwornego przybytku uciech na
peerelowskim województwie katowickim w bezpowrotną odchodzi także zacny portugalski
akcent w całym socjalistycznym obozie. Nie wiem jak w innych miastach, chwilowo
nie dbam o to, ale nasza Silesia stanowi bodaj jedyny w Katowicach budynek
nieprywatny zdobiony glazurą. Jej właśnie po latach wspomnień i zamętu
najbardziej mi żal. Niby nic, a jednak coś. Silesia nasza kochana, do której
wpadały dziewczęta na chwilkę lub cięte słówko, lub by przeczesać włosy.
Silesia - kto by pomyślał - nie ma jej. A jeszcze niedawno, jeszcze wczoraj była.
I w mordę tam można było zarobić; tam, a ściślej: w obrębie drogi dojazdowej,
chyba że się zawczasu przyznałeś, skąd jesteś i że znasz Kalmusa.
wtorek, 27 sierpnia 2019
poniedziałek, 29 lipca 2019
czwartek, 25 lipca 2019
O książce: „Życie rodzinne Zanussich. Rozmowy z Elżbietą i Krzysztofem" Barbary Gruszki-Zych
Czytelnicy wywiadów ujawniających obfitość sekretów życia
powszechnie znanych postaci podejmują lekturę z pragnieniem urzeczywistnienia
czegoś niemożliwego; z jednej strony liczą na opowieść z założenia szczerą, z
drugiej chcieliby osobiście zafunkcjonować w roli uczestnika rozwijającej się
narracji. Dotrzeć do faktów, przyglądać się im z perspektywy centrum zdarzeń
wymaga nadzwyczajnego taktu, powagi i zaufania. Zaufania, można powiedzieć,
podwójnego; przede wszystkim do osoby moderującej rozmowę, nadto do tworzywa,
na które składa się język, styl, sposób istnienia i przesłanie dzieła. Rozmowy,
dialogi, wywiady zdolne zabezpieczać tak rozumiane oczekiwania, budzić będą
zainteresowanie i niesłabnącą ciekawość. Wśród wielu znamienitych pozycji odnajdziemy
także arcydzieła gatunku. Są to książki, które sprawiają, że oderwany od zajęć,
wyrwany z gier i zabaw czytelnik nawet nie zauważy, że czyta. Owszem, zauważy,
ale dopiero wtedy, gdy dotrze do zdania wieńczącego powzięte wątki. W takich
sytuacjach czytającego ogarnia coś, czego od razu nie potrafiłby określić;
wydaje mu się, że uczuciem tym jest „żal" albo jego stokroć łagodniejsza,
delikatniejsza odmiana. Żałujemy, gdy coś się kończy, żal nam tylko dlatego,
ponieważ coś fascynującego dobiegło kresu. Smutno nam, ale zbytnio się nie
martwimy, nie przepytujemy się z empatii, troski, bezmiaru humaniorów.
Mistrzowie światowego kina wiedzą gardzą poetyką urwanej opowieści, wystrzegają
się historii pozbawionej zakończenia, wyrazistej kody, doniosłego akordu.
Opowieść bez wykrzyknika sumującego obfitość podjętych wątków i nieobecność
przesłania to odpowiednik pojedynku wyrafinowanej perfidii z artystyczną
miernotą. Taka opowieść zacznie się i... zdechnie na sali kinowej; minie bez
echa, rezonansu, refleksji. Nie zaowocuje opowieścią wtórną. Zapadnie się
gdzieś. Rozpadnie się. Zniknie.
Historie
non fiction wynikają wprost ze scenariusza wymyślonego i napisanego przez
życie. W tej konkurencji nie ma ono sobie równych; liczące tysiące, miliony
grono potencjalnych pretendentów po wyścigu zajmie na podium najwyżej miejsce
oznaczone numerem dwa. Bywają zawodnicy, którzy na skutek udręczenia bądź
desperacji podejmują ryzyko zmiany reguł gry; posiłkują się wówczas fantazją,
dowcipem, błyskotliwością i innymi zaletami. Czasami miejsce oznak talentu
zajmie prymitywny kamień, czasami będą to pretensjonalne nożyce.
Zarysowana możliwość dotyczy niestety bardzo wielu współczesnych projektów i
realizacji. Książce Barbary Gruszki-Zych „Życie rodzinne Zanussich. Rozmowy z
Elżbietą i Krzysztofem" ewentualność taka nie grozi. Rozłożony w czasie
akt twórczy; te rozmowy trzeba było przeprowadzić, pozwolić im dojrzewać.
Wymagały zatem czasu, miejsca i okoliczności. Domagały się przekształcenia w
tekst. I dalej uformowania, pogrupowania, umiejscowienia w obrębie
najwłaściwszych asocjacji i celowych odniesień. Rezultat przeszedł najśmielsze
oczekiwania. Chwała autorce za przedsięwzięty trud, chwała bohaterom, chwała
życiu - najlepszemu scenarzyście, które zawsze najlepiej podpowiada i radzi.
Pytanie: co z tego przypadnie w udziale czytelnikowi? Sporządzenie listy
czytelniczych profitów to przywilej i powinność recenzenta.
O ile refleksje postaci filmów Krzysztofa
Zanussiego koncentrują się wokół
wyrafinowanych, doniosłych koncepcji reżysera, o tyle w rozmowach
rodzinnych moderowanych przez Barbarę Gruszką-Zych najczęściej wybrzmiewa pean
na cześć mądrości praktycznej. Wybrzmiewa w postaci głosu nieustannie
towarzyszącego światopoglądowej identyfikacji. To tym razem występuje w roli
gigantycznego i jednocześnie czułego ekranu. Mistrz kina, ale przede wszystkim
filozof, który gęstej od znaczeń strukturze myśli podsuwa płaskorzeźbę emocji,
uczuć i niewymownej, pozornie bezgłośnej zadumy. Dzięki Zanussiemu światowe
kino skorzystało ze sposobności sprawdzenia się w konkurencjach
najtrudniejszych z trudnych, krańcowo niefilmowych, spowinowaconych z innymi
formami wyrazu, zastrzeżonych dla myślicieli. A może jest inaczej, a może najpierw
była filozofia, po chwili pojawił się mędrzec obdarzony niejako przy okazji
bukietem niefilozoficznych sprawności i kompetencji; zasługą jednej, jednej
albo kilku z nich, jest między innym to, że z pozoru dostępna, łatwa i
„przyjazna" w odbiorze forma przekazu informacji rezygnuje z zamiaru
łatwego zamienia jej w ugrzecznioną, lekkostrawną marmoladkę czy uproszczony,
sprymitywizowany, dostrzegający wartość w liczeniu się z możliwościami publiki wybierającej
bełkot bezguścia. Energii pierwotnej intencji nie osłabiają ani skomplikowana
symetria procesu twórczego, ani bezwzględny dyktat ramy modalnej filmowego
dzieła sztuki. Gdzieś coś mimo wszystko przepada, przepadło, przepadnie. Bo
takie jest życie i nic tej prawidłowości nie zmieni. U Zanussiego straty są
jednak mało odczuwalne. Dzieje się tak na skutek opanowanej do perfekcji sztuki
myślenia bilansowego. Wskazaniom tejże państwo Elżbieta i Krzysztof skutecznie
przyglądają się w życiu codziennym i rodzinnym. O tym, że nie ma czegoś bez
czegoś innego, że wartość to nie tylko cena, że taka a nie inna pozycja w
świecie kultury, filmu, filozofii, towarzystw finansowych to skutek założenia i
konsekwencji, że zdrowie to dar, ale także nagroda, że nie wierzy się wyłącznie
sobie i dla siebie, że dopiero wiara urzeczywistniona czynem otwiera na Boga,
bliźnich, własną duszę, a także ciało i ogół, bezmiar do odnalezienia w
obejściu. Jak sobie radzić w sytuacjach tragicznych bez konieczności nadawania
im takiego akurat piętna? Co to znaczy: ścigać się z krewnymi, szczególnie z
mamą, tatą? Po której stronie w bilansie otwarcia zapisać to, czym uposażył nas
dom, po której to, co zawdzięczamy szkole, kościołowi, układom towarzyskim,
namiętności, miłości, pasjom, doskonale opanowanym sprawnościom, wśród których
dominuje biegła praktyczna znajomość kilku języków obcych? Jednoznacznych
odpowiedzi wprost nie znajdziemy; możemy je wytropić i wyodrębnić w tekście
ołówkiem, paznokciem lub szminką.
Zanussiemu - reżyserowi i
mędrcowi, filozofowi i nauczycielowi zawdzięczamy wiele, bardzo wiele. Książka
Barbary Gruszki-Zych: „Życie rodzinne Zanussich. Rozmowy z Elżbietą i
Krzysztofem" wpisuje się najściślej w centralne pasmo przekazu, którym
artysta od lat pragnie nasycić treść polskiego i światowego dyskursu. To
książka na ten sam temat. Dzięki sympatycznej atmosferze, sensownym, mądrym,
przyjaznym pytaniom autorki, a także licznym momentom zdziwienia, jakie
wynikają z równorzędnego zaangażowania uczestników odnosimy wrażenie, jakbyśmy
bezpośrednio kontaktowali się ze źródłem niepowtarzalnych walorów osobistych i
twórczej mocy. Dzieło odsłania piękno rodzinnego dialogu. Piękno dialogu i
życia.
środa, 6 lutego 2019
W Bronowicach
O "Weselu" można by w
nieskończoność. Ze swadą i oskomą, z przesadą i bez przesady. Istotny trop
wszelkiej analizy znajdziemy w podpowiedzi określanej mianem podobieństwa zachodzącego
między zbiorem faktów a ich sfunkcjonalizowaniem w postaci artystycznego przetworzenia.
Taką zależność narzucają kładki łączące epizody historyczne ze starannie opracowanym
artefaktem literackim. Powiedziało się o zbiorze zdarzeń, tymczasem wypada zapytać:
jakich? Kogo lub czego ściśle dotyczących? Podczas dzisiejszego "czytania
Wesela" w "bronowickiej chacie" - czyli w odnowionym dawnym Muzeum
Młodej Polski często mówiono Gadamerem, momentami dopuszczano do głosu Brzozowskiego,
rzadko, rzadziej pozwalano mówić Wyspiańskiemu. Brak wzmianki na temat
"rogu obfitości", jakim były ówczesne bronowickie gumna, kopce, stogi
i komory zepchnęły rozmowę na tory osobne i umowne. Wyświetlanie tematu
weselnego w anturażu "liturgii przejścia" stanowi przykład
rozumowania na wyrost. Takie cebulki można sadzić na parapetach urzędu stanu
cywilnego w gminie otoczonej gęstym lasem. Nasi bohaterowie, zwłaszcza jeden bohater,
którego prototypem był szkolny kolega Wyspiańskiego, niczego aż tak istotnego
nie przeżywali. Racja, zagrzał ich, rozgrzał zorganizowany na okoliczność
towarzyskiego spotkania płynny zastaw gospodarski. Nikt stamtąd poza
bezcielesnym prawie Wyspiańskim trzeźwy do domu nie wrócił. Trzeźwość zachowuje
również (jakżeby inaczej) rezolutna Isia - najstarsza córka Włodzimierzostwa
Tetmajerów. Poza tym wszyscy znajdowali się pod wpływem: albo pili, albo
zamierzali, albo zdobywali się na śmiałą konstatację, że aktualnie mają już dość.
A Wyspiański stał i patrzył; na wszystkich i na każdego z osobna. Patrzył, wściekły
jak nigdy w życiu. Patrzył, oczom nie wierzył. Seria sytuacji zawstydzających,
seria zdarzeń z gatunku ostrego zrozumienia, przebrała miarę, przechylała czarę,
przechodziła w postać dygoczącego smutku; niestety to zbyt wiele, niestety za
dużo tego. Czas i przestrzeń nie sprzyjają, o kim, o czym i dla kogo te zalążki
i rozwinięcia? też do końca nie wiadomo. Jedyną nadzieją niezależny akt
twórczy, partytura i szkic tego, co się usłyszało w chwili obezwładniającego
skupienia. Zobaczył nagle, stanęło przed nim, zawirowało, zaiskrzyło weselnie.
Blisko by upadł, szczęściem miał za plecami futrynę. O nią wsparty stawał się z
chwili na chwilę jedynym widzem, który się tym, co zobaczył, zapragnął
podzielić.
Trzeba nade wszystko pamiętać, że
Wyspiański miał wówczas głowę zaprzątniętą czym innym. Kalendarium życia, towarzyskich
agonów i twórczości notują skrzętnie najmniej siedem niezależnych motywów; dwa
z nich dotyczą wyodrębnionych sporów i animozji z malowanym bohaterem wieczoru.
Podczas jednej z rozmów Wyspiański poczuł, że dawny szkolny kolega wyraźnie ma
go za nic. Nic się (niby) nie stało, ot maleńkie nieporozumienie, brak towarzyskiej
zgrabność, którym można tłumaczyć przedweselną tremę. Zaprawdę nic a nic, Rydel
prosząc kolegę o przyjęcie zaszczytnej roli świadka, najwyraźniej zapomniał, że
Stanisław niedawno sam stawał na kobiercu, co implikuje obowiązek zaproszenia
na ucztę także małżonki przyjaciela. Przed samym ślubem Lucjana i Jadwigi doszło
między kolegami do drobnej słownej utarczki, sprawa dotyczyła... stroju (nader
skromnego) Wyspiańskiego. Stanisław stał przed drzwiami bazyliki w długim
sztukowanym płaszczu, co najwymowniej świadczyło o tym, że aromatu grosza jego obszerne
kieszenie od dawna nie czuły. Projekt najbliższych wydatków zwiększał deficyt.
Wyspiański nie nadużywał szuflad, nie pozwalał rękopisom dzieł "skończonych"
dojrzewać miesiącami. Działał - można powiedzieć - impulsywnie, w tempie tylko
troszkę wolniejszym od tego, co dzisiaj postawilibyśmy obok dziennikarskiego
speedu. Nie wiadomo, co bardziej, co najbardziej okręcało się wokół szyi?
Pomyślmy tylko, jak się czuje młodzieniec, który od trzech lat z górką wypatruje
symptomów, który pracuje w trybie raczej technologicznym, któremu płacą z
odwłoką za zrealizowaną pracę, od którego niepokoją koniecznością zwrotu
pożyczek, który niedojada, nie dopija, który odkrył przed chwilą pod brodą niepokojącą
wstydliwą zmianę. Wyobraźnię Wyspiańskiego opanowała praca nad
"Legionem". Co z tego, że tekst z chwili na chwilę nabierał ciała...
Uruchomione sprawy nie pozwalały o sobie zapomnieć, trzeba było imprezy w
chacie Tetmajerów, żeby się czym innym zachłysnąć. Zasugerowałem istnienie o
siedmiu obiektywnych, udokumentowanych problemów, jako tako opisałem pięć, kto
lub co stoi za brakującymi? Zaczynu obu dotykały pracowite dłonie Teofili. Sama
w sobie była problemem. Problemem Wyspiańskiego było także przyglądanie się
sobie w nowej roli; od kilku tygodni był małżonkiem, czego nie rozniosła po
Krakowie żadna spokojna wieść ani krzykliwa feta. Rydel reprezentuje inną
krawędź istnienia; tym, że zmienia stan, żyło całe miasto. Nie brakowało opinii
przepełnionych obawami, zdań spod znaku przestrogi, wróżb że aż strach pomyśleć.
Jedyna radość, że wreszcie, rozpustą bowiem i niewypłacalnością kończy się
starokawalerstwo. Nie brakowało w Krakowie osób, którym rysująca się
perspektywa zarazem podobała i nie podobała się. Sprawy nie osadzano na skale,
ot igraszka zwiewna, rzewna, fanaberia, błysk, lamperia. Nie mówcie więc,
szanowni Państwo, że mamy w dramacie do czynienia z misterium przejścia.
Naturalnie przechodzono; z alkierza do gabinetu, gabinetu do izby, gdzie ścisk,
pisk i basetla, i kozice. Trzeba było muzykantom szóstką zaświecić, żeby przywleczona
z rodzicami dzieciarnia mogła sobie na skrawku klepiska pohulać. A wszystko z
inicjatywy Stanisława, który za pośrednictwem Helenki wydał odpowiednie polecenie
muzyce: "teraz niech zatańczą wyłącznie dzieci". Była to bodaj jedyna
okoliczność świadcząca o realnym wpływie Artysty na przebieg zdarzeń w
bronowickiej chacie. Nawet świeżo poślubionej Teofili za mankiet nie chwytał i
słowem nie temperował. Skutkiem siedmiu boleści stał o futrynę wsparty i
czekał. Z owego czekania, patrzenia wysnuwał rzecz nową, historię wesołą i
ogromnie przez to smutną... Bo martwić
się było czym, weselić zaś tylko tym, co i tak szybko przemija.
Nasz pobyt w Krakowie
przekształciliśmy w pouczającą, kaloryczną, opalizującą znaczeniami opowieść. Trudno uwierzyć, ale bezcenne
rekwizyty faktycznej osnowy nadal czekają na oczy i uszy nawiedzających
ożywioną po remoncie całość. Wycieczki naukowe do Bronowic były przed laty
tradycją naszej szkoły. Wracaliśmy przeważnie zachwyceni miejscem oraz bardzo
mądrą opowieścią na temat genezy "Wesela" jako jednego z
najważniejszych tekstów literatury polskiej. Z jednej wycieczki przywiozłem
dylemat - zagadnienie: Czy arcydzieło Wyspiańskiego należy do literatury
regionalnej? Pytanie dotyczy różnic między literaturą typowo krakowską i
charakterystycznie polską. Którędy przebiega granica? Czy nakłada się ona na granice
historyczne i geograficzne? Z iloma krainami ziemia krakowska sąsiaduje? Tym
pytaniom towarzyszył stukot kół na szynach kolei żelaznej. Odkąd zdefiniowano
trafność idei autobusowego komunikowania Katowic z Krakowem, korzystamy wyłącznie
z efektywniejszej opcji. Trasa kolejowa na odcinku Katowice - Kraków w kilku
miejscach zawiera odcinki, które nawet rumiane ekspresy pokonują z maksymalną prędkością
25 km/h. Dawniej wysiadało się na stacji Kraków-Mydlniki i stamtąd polami, szlakiem
Jaśka z "Wesela", truchtem do Bronowic. Droga powrotna wiodła przez
Łobzów, Karmelicką, Planty, Rynek - obowiązkowe punkty. Niech nas z krakowskimi
bohaterami "Wesela" łączy coś równie ważnego jak wiedza o treści i
formie utworu, niech połączą nas widoki (inne, niepodobne) rozprzestrzeniające
się wzdłuż trasy powrotu z Bronowic. Doświadczenie podróży sprzed blisko (za
chwilę przeczytamy: sprzed ponad) dwunastu dekad rozpatrywano w kategoriach
wyprawy. Jak wiele się zmieniło! Ciekawi mnie, co na to uczestnicy tamtych
wydarzeń? Czy w przejawach nowoczesnej aglomeracji dostrzegliby wypełnienie czy
zaprzeczenie zarysowanej w utworze perspektywy? Czy na czymś takim, na takim
właśnie rozwoju Bronowic i Krakowa zależało Wyspiańskiemu? Krakowa, w którym
jest cząstką pośród cząstek, Bronowic, o odwiedzaniu których z powodu nadmiaru
obowiązków oraz nadejścia oczekiwanej, spodziewanej nie mogło być mowy.
Szczęściem dał się namówić wtedy, dzięki czemu mamy Arcydzieło na miarę
najwybitniejszych dokonań i możliwości, mamy historię ponurą i ogromnie
przez to pouczającą.
wtorek, 15 stycznia 2019
Wyspiańskiego mi zadano...
Wyspiańskiego mi zadano.
Wyspiańskiego mi uwidoczniono. Osadzono w pamięci, pod grzywką włosów, w
bliskości rdzenia. Lata moje pacholęce mijały w atmosferze powszechnego przygotowania
obchodów setnej rocznicy urodzin artysty. Zrezygnowano z pomp ssąco-tłoczących,
odpuszczono sobie (wreszcie) igrzyska namolnych interpretacji, nie nadeptywano
szczegółów, nie dotykano sfer dyskretnych, choć nikt nie stronił od tego, by
wyłaniającym się dowodom recepcji podsuwać propozycje ideologicznie skłamane. Z
setną rocznicą urodzin zbiegły się w jeden spokojny, stonowany artefakt melodie i
rojenia szkolnych korytarzy, świetlic, pracowni. Zbiegła się w jedno wielka
tęsknota za czymś, za kompozytowym wypełnieniem ponurych szczelin w nas. Tym
sposobem z igliwia i chrustu wyrastało przytulisko emocji ważnych i potężnych.
Ważnych, ponieważ skojarzonych z misją, potężnych z racji dojmującej różnicy,
jaka zaistniała między ciężarem przesłania i możliwościami percepcji. Patronem
szkoły był Lenin. Miał tylko jeden portret i reprodukcję przedstawiającą go w
akcji: oto przywódca rewolucji podejmuje herbatką dwóch albo trzech chłopów bez
specjalnych zasług. Postaci różnią się powierzchownością, nasyceniem, stanem...
patron ma twarz faraona, który nagle poruszony nieokreśloną wieścią przyjął
minę dobrodzieja wytężającego słuch. Dzieło nie prowokuje pytań uniwersalnych, acz
ewangeliczne: "przyjdźcie do Mnie wszyscy..." można by śmiało uzupełnić:
przyjdźcie nawet w siermiędze, od trzydziestu lat nieczesanym kożuchu, mimo lata
w baranicy, w rozchełstanej podkoszuli i z bronią... Przyjdźcie, czeka was nowy
udział w wieków dziele. Reprodukcje dzieł Stanisława Wyspiańskiego - pamiętam,
bo śniły się zwykle nad ranem - podobnych obietnic nie przedsiębrały. Portrety
dzieci: Helenka, Teodor, Miecio, Staś, pociechy sąsiadów, panny Pareńskie,
pastelowe fotosy przedstawień: Kapral, Rycerz, Wernyhora, Dziad, Ksiądz, Żyd,
pawie piórka, Czepcowa, Czepiec, Isia, Chochoł, Rachela, Poeta, Jadzia, Lucek,
Wojtek, Jasiek, Stasek, Bajok, podkowa i to, co i do czego naparskano. Czas
ujawni, że autonomicznych prac, autonomicznych, czyli niezainstalowanych per
secula seculorum w miejscach niedostępnych choć widocznych, naliczono blisko
dziewięćset. Niebywała sprawność, niezwykły upór, pracowitość, nieporównywalna
z niczym konsekwencja. Tylko pozwolić artyście tworzyć; doczekamy się dowodów wprost
niezwykłych i nieporównywalnych. A wszystko niestety kosztem zdrowia... wątłego już w
punkcie wyjścia. Chciałbyś zachować kreatywność, niezależność, godność
osobności - zajrzyj do książek, odwiedź wyspiański Kraków, podejmij pielgrzymkę
od adresu do adresu, rozejrzyj się, zapytaj, kogo mijał, przed kim stronił i
czym się przed tłumem bronił. Pytaj także, kogo lubił, z kim się choćby lubił
spierać, komu uprałby koszulę, komu upadłby do stóp. Bez cienia przesady warto dziełu
poświęcić czasu moc, skoro artyści się nie zmieniają, skoro jeden do drugiego
podobny, to tym bardziej podobny, a czuły, a wrażliwy, a złośliwy, a usłużny bliski
artyście wianuszek widzów i krótkowidzów. Powiadasz, że publiczność się
zmieniła?? Żartujesz chyba. Jest taka jak przódy. Nie tyle podejrzliwa czy
nierozumna, zuchwała czy obleśna. Nic podobnego. To dla niej, choć z myślą o
nas, Wyspiański tworzył. Wyspiański oczywisty, Wyspiański spoglądający z każdej
ściany, obecny w pejzażach zawieszonych wyżej lamperii w świetlicy, Wyspiański
w oczach, zmarszczkach atłasowej, lnianej materii strojów, Wyspiański w czerni,
bieli, w zarysach, barwach, kreskach. Staś lub Miecio, obaj tak bardzo podobni
do matki, w teatralnych kołnierzykach, słomkowym kapeluszu, który nie bez racji
uważałem za wyrobek chiński. Obrazy, który ani krata, ani na kracie rdza ze
mnie nie wytrzęsie.
czwartek, 3 stycznia 2019
Nieobecność barwionego tynku
Nieobecność barwionego tynku na fasadzie siedemnastowiecznego kościoła zaskakuje i przynagla; cegła stanowi wyróżnik gotyku i neogotyku, to również podstawowe tworzywo architektury funkcjonalnej i mieszkaniowej. Szczególne piękno "myślącej" cegły odnaleźć można w samowystarczalnym onegdaj Nikiszowcu. Zanim wchłonęło tę dzielnicę miasto ogrodów i ogrodzeń oraz sławnego jak Sarajewo kongresu klimatycznego, żyło sobie po swojemu, raz za razem stając się faktycznym i rzekomym teatrem działań. Już w końcówce lat sześćdziesiątych zrównano ją z endemicznym, widowiskowym, identyfikowalnym atelier. Nie było odtąd filmu dotyczącego Śląska lub jego skrawków i okrawków, którego twórca nie spojrzałby na Nikisz z... miłością. Nawet epizody tranzytowe filmu "Konsul" rozgrywają się w nocnych plenerach Nikiszowca. Zaiste warto odwiedzić to miejsce. Odwiedzić nie tylko wirtualnie. Odwiedzić ze względu na walor określony nie do końca ryzykownym mianem. Wacław Berent stworzył powieść: "Żywe kamienie" - rzecz dotyczy bliskiego, dalekiego gotyku; mistrz katowickich deskrypcji literackich miałby prawo nadać swojemu dziełu tytuł "Myślące cegły" (szansa na rynkowy rozkwit znikoma), ale czy od razu trzeba się mierzyć z autorytetem wysokich tonów. W pisaniu (prawdopodobnie) chodzi o szczerość, czyli stan umysłu, w jaki wprawić może wyłącznie doświadczenie spotkania z uśmiechniętą Beatrycze. "Żywe kamienie" dotyczyły tworzywa, z którego formowano kościół. W centralnym kwadracie Nikiszowca, centralnym, czyli usytuowanym pierwotnie na skraju, powstała świątynia, której projekt stanowi naturalne ukoronowanie planu urbanistycznego dzielnicy. Rozwiązania tego typu to w mniemaniu powszechnym przykład konsekwencji. Kopalnia i kościół - dwa solidnych rozmiarów maszty, których charakterystyczne grzywki widać z siedmiu, nawet ośmiu kilometrów, określają wzniesione w ich cieniach symetrie, proporcje. Hełm kościoła pw. Św. Anny przygląda się okolicy znad lepkiej i smukłej zieleni, a czerwone paski kominów - dwóch wielkich flamastrów w gromadzie rozproszonych, ogryzionych ołówków, pędzelków - potwierdzają głęboką słuszność wielce pragmatycznej teorii starożytnej. Autor tej części świata w robocie się nie oszczędzał; nie wykluczam, że dwaj bracia - dzielni planiści, architekci, przedsiębiorcy przyjęli wyzwanie Najwyższego. I nie mam na myśli dyrektyw najmądrzejszego spośród spadkobierców niemieckiego Don Kichota. Realizowali projekt na piątkę z plusem bez dogadzania względom ospałych berów i baronów. Zbudujemy miasteczko, do którego będą się wam ludziska garnąć. Samowystarczalne i samoswoje. Podobną motywację dostrzec można w orientacji, nastawie, kształcie i tworzywie świątyni. Z "myślącej cegły" ona, ale w projekcie miała się wyłonić z tradycji magnackich. Na terenie Katowic nie znajdziemy obiektów reprezentujących historyczną stylistykę czystą. Owszem - znajdziemy na przykład modernizm,, ale.... Zatem do określeń stylu historycznego dodaje się tutaj przyrostek "neo". Kościół neogotycki, neobarokowy, kościół neo-neo... Barok to przede wszystkim wnętrza. Wnętrza to szczegóły. Fasada i absyda rzucają raz litościwy, raz budzący trwogę cień nikiszowieckiej świątyni. Jej fasada z cegły, z cegieł ludzkie wzniesiono siedziby, to tworzywo tutejszego (powiem z poznańska) fyrtla. Święta Anna - Patronka, której na Śląsku nawet górę oddano w opiekę, zaprasza, opalizuje, intryguje, miesza dramaty z gorliwością. Czeka. I na anioła, i na podciepa.
wtorek, 1 stycznia 2019
Pióro serdeczne
Na początku Nowego Roku 2019 wiersz sprzed lat. Przywołałem w nim obrazy i sytuacje pór roku. Z tego względu nadaje się na występowanie w pozycji utworu okolicznościowego.
Pióro serdeczne
dało ci siebie.
Chwila i
siejesz
udrękę, lament,
wiary,
nadzieje,
ciężki atrament.
Głowa przy
głowie,
słowo po
słowie,
ciecz wsiąka,
dech ściąga,
treść wciąga.
I nie
doczekasz,
czas gnije,
próby,
ni wetowanej
chryjami zguby.
Płatkami pomiń
zeszłorocznego
śniegu gorące
mierzyć powietrze.
Przy
starorzeczu,
skąd dawną wodę
pchnęła ku
morzu nowa uroda,
śliską
cembrowiną odprowadzaj smutki,
śliską
cembrowiną odprowadzaj smutki,
śliską
cembrowiną odprowadzaj smutki,
ślis cembro
dzaj…
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Głową... do końca
Głową… do końca Opublikowano 14 lipca 2006 | Przez Corona radiata Głowa, gdy mądra, i z nogami rada rozumem się dzielić. Najpi...
-
z Dantego Alighieri, La vita nuova . Sonet II - naśladowanie Przebiegli, bo pobiegli ścieżyną miłości, Ku płytkiej namię...
-
„Alicja w krainie czarów”. Premiera spektaklu w Teatrze Śląskim. Lewica, prawica, centrum – wszystko we mnie pracowało; zgodnie, radośnie,...









