Piszę do was umniejszony, słabowity
i niezdarny. Smutny i zepchnięty. Umniejszony z powodu Tolusia, którego
(chwilowo) nie ma, a który we własnej osobie i pełną gębą, był. Spotkaliśmy się
we wrześniu u Joli, zadowoleni, uśmiechnięci; w obecności pań obywatelek malujących,
piszących i panów obywateli piszących i sędziackich, obywatelek i obywateli
miasteczka tegoż i miasteczek ościennych. Spotkaliśmy się posłuchać, poczytać,
pomarzyć, piątkę przybić, fotkę jedną, drugą, trzecią strzelić. Od jakiegoś
czasu w stanie spoczynku, zatem wypoczęty fest, czytał nam Andrzej tekst ze
zdania na zdanie coraz bardziej brzemienny, coraz bardziej celowy i konkretny.
Czytał z radością, jak ktoś przekonany, że ma komu. Jak wtedy, bodaj w
dziewięćdziesiątym pierwszym albo jeszcze wcześniej, gdy zostaliśmy sobie
przedstawieni przez Romka na korytarzu domu kultury przy Dąbrowskiego w
Chorzowie. Meine liebe Kapellmeister - tak bodaj
zaczynał się monolog wygłoszony wobec dwuosobowego audytorium. Było to porażające
i porywające. Toczył się w Andrzeju Skupińskim agon nieustanny, którego reguły
sformułował (zapewne w nadziei, że pojawi się wreszcie ktoś, kto w płonącej opozycji
całą myśl zobaczy) wybitny poeta i działacz społeczny Adam Mickiewicz.
Młodzieńcem był jeszcze, gdy skonstruował zależność: "taki wieszcz, jaki
słuchacz", ale gdy już odrobinkę urósł i poszerzył się, wydobył podobną
syntaktycznie: "taki słuchacz, jaki wieszcz". Skonstruował, wydobył i
wyekspediował na "tamto pole", abyśmy w dyskursach z sumieniem
własnym oraz sumieniami bliźnich mieli się czym cieszyć, epatować, okładać. Jak
było Andrzeju, powiedz mi teraz, jak było. Wiem, co mi powiesz: było i tak, i
siak. Raz tak, innym razem owak. Mogło być rankiem tak, a pod wieczór zupełnie
inaczej. Jakkolwiek było, przebiegało w uważności, w powadze jakiejś i
zachwyceniu. Twoja obecność i aktywność budziła radość i pewność zachwytu.
Pewnego razu, dawno - dawno temu stawaliśmy
wobec wartych najsubtelniejszych rozbiorów zawiłych kwestii metodycznych i
wychowawczych. Dziękuję Ci za wsparcie i zawsze przyjazne i pogodne słowo. To
był trzyletni raptem epizod, gdy widywałem Cię w roli początkowo cierpliwego słuchacza,
zatrwożonego petenta i uczciwego doradcy. Ile razy mieliśmy okazję prezentować
i konfrontować opinie? Sześć, siedem, najwyżej
osiem razy. Komfortu ciągłości nie można porównać z żadną inną formą relacji
między nauczycielem - wychowawcą a rodzicem ucznia. Przyznaj Andrzeju, że
lubiłeś te nasze na Sportowej pogaduchy o Dżej Dżeju. Ze względu na Twoją
zawsze mądrą obecność, zebrania nasze toczyły się wokół spraw istotnych. Ale
wymyśliłem... spraw istotnych. Fuj, a kysz paskudna nowomowo. I żebym nie
musiał cię stąd kolejny raz przepędzać. Czegoś mnie nauczyłeś, ale - rada w
radę - musisz przyznać, łapałem w lot. I, wiadomo, wielką darzyłem Cię atencją
za obecność na ekranie. Trzeba było - owszem - prawdziwego reżysera-artysty, by
uczynić zadość wyrafinowanym potrzebom filmoznawczego podniebienia. Lubiłeś
role podleców, czyli, wybacz Andrzeju, dużo gorszych od Leca. Czarne marzenia,
czarny charakter, czerń włosów (nazywanych "wosami") to barwa centrum
zadupia, któremu postanowiłeś wespół zespół dać wyraz. Poza planem byłeś przeciwieństwem
granych postaci. Ilu aktorów mogłoby powiedzieć to samo o sobie? Mnóstwo,
zapewniam Cię, nieprzebrane. Najpierw zwyciężali w castingach do ról postaci
uwielbianych przez publiczność, a potem wracali do swych przezwyciężonych natur.
Powiedziałeś mi kiedyś, że lubisz grywać wredzioli, byleby mieli charakter.
Dzięki Tobie zacząłem realnie rozważać możliwość aktorskiego zrealizowania się
w roli senatora Nowosilcowa. Pomyślałbyś? Rozważać, tylko rozważać, wszak
dobrze zagrany senator, czego dowodem brawurowy występ Henryka z Kochłowic, to
co najmniej Alpy aktorskich kompetencji. I doczekałeś się Andrzeju, stałeś się
mianowicie najlepszym antidotum przeciw skutkom klimatycznej hucpy, pomyśleć
tylko, som owenzet do Katowic wele Janowa przijechoł. Chopy, pedźcie mi nino, co my momy robić, no co my momy robić, pedzcie
mi. I Erwin odparł: trza napisać list
do owenztu, taki wadzy, co rządzi cołkim świotym. I natychmiast, choćby mój
najlepszy uczeń, wyjąłeś Eryku papier i zacząłeś czytać: My, chopy z Janowa, z Janowa wele Katowic,
piszymy w sprawie ratowania ludziów na świecie, bośmy się dowiedzieli od
naszego Mistrza i się mogymy poprzysiąc... Mógłbym poprzysiąc, jak wiele udało
Ci się wyrwać z jej żarłocznej gęby. Już kładła na tym łapę, już nuciła
uwerturkę pieśni zniszczenia, wtedy się pojawiałeś Andrzeju, wyznaczałeś obszar
niewielki (gadatliwy acz niemy) i krzepiłeś, utrwalałeś. Kłamie, kto twierdzi,
że taki wieszcz, jaki słuchacz. Jest odwrotnie. Czego dowodem Twoje dzieło i drogocenne
relacje z bliźnimi.
środa, 19 grudnia 2018
środa, 5 grudnia 2018
Wertuję książkę Bronisława Maja i konstatuję uroczyście,
że jeśli musiałbym się z nią kiedykolwiek rozstać, czułbym towarzyszący temu
nieprzebrany smutek, doświadczenie obezwładniającej trwogi, niepokój ramion, serca,
niepokój każdej tkanki. Rozpadające się marnym węglem skrzydła ostatecznej
rekapitulacji - ruina momentu początkowego zakładającego się o honor z chwilą oznaczającą
ostateczność nieistniejącego jeszcze. Książka pana Maja na skromniejącej stercie
bezcennego stosu, wiersze wykrzyknikami znaczone, dowodami lektury, uniesień,
euforii. Widziałem w niej produkt zdolny sycić pierwotny głód - "pro"-"dukt",
czyli pretekst pójścia jakoby dalej, otoczkę jubilerską, w której cenny kamyk.
Omiatam wzrokiem szczerbioną kolumienkę ocalałych, jakbym przed chwilą
odpowiadał na pytania ekskluzywnego wywiadu lub wypełniał rubrykę w kwestionariuszu
Prousta. Ilość książek do zabrania na wyspę kurczy się, doskonali. Dawniej minowała
i ośmieszała powagę świętych liczb, aktualnie o mało nie widać jej prawie. Wśród
nich jest książka Maja. Tylko proszę: niech trwa, nie zamykajcie jej ze mną.
Niech będzie chociaż takie, chociaż takie braterstwo atramentu.
wtorek, 13 listopada 2018
Sen za podwójną szybą
Sen za podwójną szybą
Sen za podwójną
szybą
gęsta twarda
noc
gdzieniegdzie
gubione iskry
hibernowanego
życia
i okopcony
blask
punkt po punkcie na
szczyt
piętro po piętrze
po żebrach okien
rosłej bezczelnej
żylety
dzieła chmur
oszołomień
konterfektu ciasnoty
ciemnoty na pokaz
Za chłodnym stołem
kuzyn jedyny
który oparł się
pochodowi żarłocznej
oparł się i ocalał
los niezbyt chętnie
lubił go osłaniać
przeciwnie - tylko się
dobrze przypatrz - w epoce kwiatostanu
posadził mu na pagonach
belkę starszego
szeregowego
żeby bronił ojczyzny
więc strzegł magazynu
pośród ławicy innych
też ofiarowanych
Śladem tak wielu
przed nim mógłby
zahaczyć w marszu o
źle izolowany przewód
lub ze śliskiego błotnika
runąć w koleinę
aby konając w bólach
oprócz subtelnych treści
zwracać ich osnowę
Mógłby
dotrwał, ocalał
Tej nocy nawet
dziarsko
wkroczył jak do
siebie
rozejrzał się po
ślepej kuchni
(stąd sen za
podwójną szybą zamknięty w tytule)
okno kuchni wychodzi
prosto na sypialnię
żałosną metaforę
pokoju dzieciństwa.
Skąd tak lubię październik?
Niektórzy pamiętam
po wykrojeniu zimnej
ściany instalowali
w jej miejscu
fenickie zwierciadła
inni śliską galerią
wypoczętych lasek
zdobili szybę strzępami
gazet kalendarzy
Chcieli żyć po
swojemu i mieszkać u siebie
U nas zgodnie z radą
socjalistycznego projektanta wnętrz
szybę z obu stron
myto raz na dwa tygodnie
Oszczędzając światło
czekaliśmy na kosmitów
Naonczas kuzyn
(co mu się dotąd
raczej nie zdarzało
nigdyśmy też za sobą
szczególnie przepadali
co trwać miało do
czasu)
wobec pobladłej
młodzieży
zebranej wokół
biesiadnego stołu
ożywiał w pamięci i
wywlekał chętnie
długie kwestie z Wesela
dramatu w który z
gromadą podobnych do siebie
słuchaczy technikum
wieczorowego
wchodził niezbyt
chętnie
Połączyło nas wtedy
coś przezroczystego
nagle dostrzegłem w
nim brata lub bliskiego kolegę
wielbionych przeze
mnie poetów
właściwie ich
przyjaciela
tego który poetom
gdy nadejdzie pora
schodzi bez żalu z
drogi
nie przekrzykuje
szeptu nie tarmosi sławy
ale - dokładny
poczciwy - szara eminencja zachwytu
powolny maestro
dziania
ustępuje pola;
z zawodu drukarz -
włókiennik
dobry kuzyn Janusz
Arcymistrz
naoczności i sprawca przypisów
wyrazistych
symboli i dyskretnych metek
na których chcącym
ziemię oczyścić ocalić
wyraźnie i bez
ściemy co i jak podano
Mój kuzyn Janusz
który wie
wie jak gdzie i
kiedy
zapytaj o cokolwiek
a odpowie ci
Odwiedził nas zeszłej
nocy
omiótł kuchnię
wzrokiem
na dwóch
posmarowanych kromkach
położył baleron
usiadł wsparł łokcie
o blat
przegryzł przełknął odchrząknął
i pogładziwszy czoło
pytał czemu
śpimy
wtorek, 2 października 2018
Wojski miał muchomora
Wojski miał muchomora - wszystkim się zdawało, że czerstwy i wielce
przytomny znawca lasu, polityki, etykiety, obyczajów zahaczył natenczas o
skórkę banana - czyżby ta nagła wykopyrtka skutkująca artystycznym ryciem
ściółki obrała go chwilowo z rozumu? Nic
podobnego! Mickiewicz zerwał się razu
pewnego przed świtem - działo się w Wielkopolszcze - by wypowiedzieć półgłosem
frazę: "Wojski miał muchomora". Urzeczony pięknem tej osobliwej myśli
postanowił zasadzić wokół niej zdrowy, dorodny las. Naturalnie las ze słów
organizujących wspaniałe zdania. Stąd, aby zakamuflować prywatną słabość do
wypowiedzianego we śnie, wykoncypował osobną, godną wiary pasję Wojskiego
Hreczechy, nadając jej najpiękniejszy w literaturze polskiej wydźwięk
heroikomiczny; pamiętamy wszakże Hreczeszańską niechęć do sporu tyczącego
szaraka, który na dobitkę zwiał zdezorientowanym chartom: wspaniała enumeracja
zwierząt prawdziwie szlacheckich: ryś, dzik, wilk, niedźwiedź dowodzi odwagi i
znawstwa dumnego szefa dojeżdżaczy. Skąd zatem te muchy? Wiadomo, na Litwie
much dostatek. Odpowiedź brzmi: z nadmiaru. Cóż to za model idealnego świata,
skoro trzeba się nieustannie opędzać od natarczywych owadów? Ileż to razy muchy
na bezczelnego karczowały przebieg czułych rozmów, ledwie napoczętych wątków i
chwil, kiedy to młodzi od słów - zanosiło się - chcieli przeskoczyć do czynów.
Dziewiętnastowieczne cmokanie to nie tylko czyn, ale wyczyn. I właśnie w takie
oto wolnomyślicielskie arcydzieło wkroczyły uparte skrzydła musze... a tuż za
nimi pana Wojskiego packa. Ileż razy można studzić zasób przedwczesnego
zapału... nawet hobby w końcu zmęczy. Pan Wojski jest mądry, a mądrość oznacza
jedno: "Jutro na brzask obława", czyli wszystkie ręce na pokład i
dawaj szorować heblowane dechy. Gdy się te roje nad głowami ścigać zaczną, gdy
jeden obok drugiego, gdy jeden przed drugim muszy generał za marszałka koniecznie
chce uchodzić, wsparcia wypada szukać, gdzie wpadnie i gdzie popadnie, gdzie
wzejdzie i gdzie upadnie. Kamieni się nie przestraszą, ale muchomora zapewne. Pan
Wojski - Tadeusz Hreczecha - zaraz nas o tym przekona.
czwartek, 9 sierpnia 2018
Pierwsza karta pamięci
Pierwsza karta pamięci
pierwsza karta pamięci -
repozytorium szesnastu
mega.
Śmiejesz się
- głowa nie pomieści
-
jakbyś nie wiedział,
że kpisz właśnie z materii
ponad jedenaście razy
pojemniejszej od szalejącej
podówczas dyskietki...
Nie śmiej się.
Dzięki niej
zadebiutowałeś
w roli niezależnego
fotografa,
któremu w sąsiedztwie osiedlowego
stawu
zmącił spokój widok
popielatych kalmusów
nad brudnym celofanem posłusznego
lodu.
Śmiejesz się,
jakbyś zapomniał,
dzięki czemu pojąłeś:
kategorię kresu pamięci,
języka
o warunkowej przydatności
i że musisz wybierać -
zawsze i natychmiast.
piątek, 3 sierpnia 2018
Pochylił się lipiec
Pochylił się
lipiec,
podpłynęła
ciemność,
myślałem o Panu
Cogito.
Nagle odświętną
zatrzepotał szatą
patriarcha naiwny
owadziego rodu.
Już miałem krzyknąć: sprawdzam,
ja tu rządzę - szepnąć,
ośmieszyć gust żebraczy,
wykpić frak, mankiety.
Pomyślałem o
wierszu Herberta,
Panu od
przyrody,
łobuzach od
historii.
Życiorysie pogodny
pod głazem poczęty...
dłoń ma złakniona czynu,
do gwałtu gotowa.
sobota, 28 lipca 2018
Przed dwudziestoma laty
Końcówkę czerwca 1994 roku,
lipiec i prawie sierpień cały upłynął nam na tłuczeniu tematów konkretnych. Wiedziałem
już, że Arturowi nie wcisnę żadnej polisy, on też wiedział, że nie sprzeda mi żadnych
wczasów. Artur unikał ględzenia, nawet jeśli nie podzielał opinii, rezygnował z
przekonywania za wszelką cenę. Skąd się taki wziął? Dotąd zachodzę w głowę.
Przecież od pierwszej rozmowy jasnym było, że niczego mu nie sprzedam, choć handlowałem
wówczas na potęgę. Początkowo nie rezygnowałem. Wręcz przeciwnie, pomyślcie
tylko: jak rezygnować, jeśli się ma za sparing partnera takiego wyjadacza.
Artur prowadził agencję turystyczną i ubezpieczeniową na Giszowcu. Posiadał również
sklep, w którym oferował dobrze uszytą konfekcję męską. Znajomość z szefem przedsiębiorstwa
otwierała mi dostęp do zbonifikowanych gadżetów. Nabyłem pasek skórzany, dwa krawaty,
cztery koszule. Artur wiedział, czego dusze pragną; był to szczytowy moment trwającej
od niedawna koniunktury. Słynne odprawy górnicze rozpraszane gdzie popadnie i
jak bądź. Rezolutne małżonki ratowały resztki gasnących fortun w sklepach z eleganckimi
ciuchami. Wiedzę tyczącą odzieżowego kanonu Artur przywiózł skądinąd. Sam miał,
powiadam wam, coś z (tak to wymyśliłem) tureckiego kupca. Teraz wiem, że setki
takich sprzedawców mógłby bez najmniejszego hu - hu szpagatem związać. Brakowało
mu tylko czeka z charakterystycznym dzyndzelkiem. W ogóle szczycił się
powierzchownością klasycznego eleganta, przy którym odprawieni na bogato
giszowieccy górnicy wyglądali jak łachudry. Mnie też do tego standardu
brakowało więcej niż się zdaje, chociaż wiedzę na temat, jak sprawić, by szata
zdobiła człowieka, oswajałem w trakcie nielicznych zawodowych kursów i
dokształtów. Zaiste, jeśli nie trzeba za styl płacić, można o nim dziermolić w
nieskończoność. Artur wejście na wyższą półkę chętnie mi ułatwiał; jednakowoż minie
chwila, po której i takie cymesy będę miał za nic. Po dwóch latach, zwracaliśmy
się już do siebie po imieniu, chlapnąłem od niechcenia o odbytych kiedyś studiach,
wykształceniu, zainteresowaniach. Ripostą Artur zaskakiwał prawie zawsze. Tym
razem wrzasnął, pytając, co z takim dyplomem robię w cudzym geszefcie
ubezpieczeniowym, a gdy dostrzegł między formularzami wniosków o ubezpieczenie
na życie zaczytany egzemplarz "Elegii na odejście", chciał mnie nawet
wyrzucić ze sklepu i wykluczyć z grona znajomych. Jak możesz z takim podejściem,
takim temperamentem, zdolnościami i zainteresowaniami zajmować się tym, czym
się zajmujesz, jak możesz nie dzielić się pasją z innymi, dławić to, co wiesz w
sobie, niczego innym nie objaśniać??? Przecież masz żonę i dziecko. Przecież
masz talent, wiedzę, dar rozumienia treści. Przecież wiesz, że gdybym nie miał
ubezpieczenia na życie, kupiłbym je wyłącznie za twoim pośrednictwem, bo jesteś
wspaniałym sprzedawcą, najlepszym, jakiego znam; kimś, kto się nie poddaje, nie
zraża, nie wypada z gry, kto wraca i z uwagą sprawdza, czy most spalony pośród
wrzawy i triumfalnych okrzyków nie obrósł przynajmniej pajęczyną. Gdyby nie
pochlebiało mi to, że raz na jakiś czas wpadasz do zwyczajnego sklepu na cienką
herbatkę, wytargałbym cię za grzywkę włosów.
Tak, właśnie tam - w prostym
boksie z ciuchami i biurkiem prezesa - odnowił się we mnie szlachetny
imperatyw: uczyć się bez granic, sprawiać, by inni to dostrzegli i tym widokiem
pociągnięci, uczynili we właściwym kierunku dwa albo trzy samodzielne kroki.
Tym właściwym kierunkiem jest wiedza, podówczas marginalizowana i zdominowana
przez kalafiora umiejętności. Wiedza niekoniecznie tajemna, historyczna,
polonistyczna... Wiedza w ogóle... Zawstydził mnie, a może tylko szlachetnie
zmotywował. Dość powiedzieć nasze relacje się rozluźniły, do bibliotek wszak
nie zaglądał, pewnego razu tylko zagadnął na ulicy, że chodzi za nim pomysł na
znakomitą powieść. Tytuł - rozumiesz - bez znaczenia za to treść jaka,
czytelnik wyobraź sobie otwiera książkę, a tam papier, nic tylko czysty papier.
Powieść powiedzmy taka, żeby każdy sam mógł w niej sobie pisać i pisać. Ciekawe
co? Bardzo ciekawe. Murowany bestseller. I jeszcze jedno, słyszałem, że umarł
ci Herbert
czwartek, 26 lipca 2018
Poranek - radość
Poranek -
radość
ziewam
przeciągam
się
jeszcze nie wiem
z kim
spór wiodę
z kim
zgodę
czwartek, 19 lipca 2018
Miasto o ludziach
Miasto o ludziach...
napisać o Barcelonie. Bez atlasu,
przewodnika, paragonów. Wyprowadzić ją z płytkiej pamięci, z niedawnego
dotykania, wsłuchiwania się, wyczuwania obecności, z teorii odbicia i doświadczania
gasnących reperkusji. Gdybym był mądry, przywiózłbym stamtąd kastaniety; ale
nie jestem zbyt mądry, jestem opieszały bardziej niż bystry, w związku z tym moi
sąsiedzi zażywają aktualnie rozkoszy błogiego spokoju. Chociaż klawiatura mogła
by imitować sprężystość paso doble
ocienionych ulic, jej dźwięk nie rozedrze jednak żadnej szaty, nie sprowokuje
ani zazdrości, ani protestu. Chciałbym każde o Barcelonie zdanie wyprowadzać z
rytmu czułego zasłuchania. Twoje życzenie jest dla nas rozkazem, układają się miękko
i łagodne pod opuszkami klawisze. Rytm jest naszą pocztówką, nic by tam nie zaistniało
bez rytmu. Gaudiego by nie było, kwiatów tamtejszych, przezroczy. Barcelona - latarnia magica - słowo
klucz - kwiaty, bukiety, gazony pogodnych asocjacji. Wypowiedz słowo, zadaj
sobie trud i wypowiedz nazwę, odważ się, ośmiel ją. Zapewniam, że przy kolejnej
(być może piętnastej repetycji, może też już za siódmym razem) usłyszysz w
niej, co usłyszałem w nazwie wyzbytej tak częstej w języku predylekcji do przeinaczania,
wyinaczania i pomijania źródeł i znaczeń. Polszczyzna tymczasem splotła się najczulej
z rdzeniem tylu innych języków naturalnych, pragnąc wzorem innych ewokować szlachetne
zasoby wprost z rzeczywistości. Niewiele nazw miejscowych przeżyło konfrontację
z wszędobylską potrzebą przycinania, rozszerzania, zawężania. Rzymy, Wiednie,
Paryże, Pragi, Sztokholmy, Mediolany, Kopenhagi, Lizbony, Bruksele dryfują na
powierzchni repozytorium odważnych inwencji. Barcelona nie podzieliła losu
innych nazw. Ten napis w postaci niezmienionej znajdywałem na drogowskazach
montowanych przy szosach włoskich, francuskich, niemieckich. Gdybyśmy się w
ramach nadużycia (ponieważ modyfikacje nazw własnych to skutek ewidentnych
nadużyć) wsłuchiwali się w to, co wyłoni się z imienia, skonstatujemy obecność
wymownych i często zaskakujących ekstrapolacji: Barcelona - porcelana,
barcelona - barka, barsa, forsa, farsa oraz Barcelona - Lona, luna, łuna,
Ilona. Zauważ, jak daleko odbiegają zaproponowane przykłady. Są to tylko
przykłady. Proponując zorganizowanie turnieju, którego efekt miałby służyć
rewaloryzacji sensu, uruchomiłby lawinę nie do zatrzymania. Sama nazwa żyje.
Żyje i to jak! Przybyliśmy do Barcelony w niespełna miesiąc przed hucznie
zapowiadanym referendum. Radosna atmosfera, przyjazne spojrzenia, ale także wyczuwalne
w wielu miejscach (szczególnie na rogatkach La Rambli) napięcie, nadprogramowa ostrożność,
niepewność. Pewnego razu wylotu osławionego deptaka pilnowało dziewczę
szczuplejsze od bratanicy notorycznego chudzielca. Zwisający na taśmie automat
przypominał zagadkowy rekwizyt bohaterów dziecięcych sesji portretowych niż koronny
argument zdeterminowanej apologetki porządku publicznego, której obowiązki nie
odbierają radości przekraczającej wszelkie pojęcie. Chciałem podejść
wystarczająco blisko, by stwierdzić, co skonstatowałem z odległości trzydziestu
metrów. Podejść i natychmiast utrwalić niespotykane zjawisko: uśmiechniętą,
dziecięco rozbawioną twarz policjantki, żołnierki, antyterrorystki. Podejść i, żebyście
wy nie mieli wątpliwości, wycelować, uwolnić migawkę. Akurat ktoś z naszych,
Rafał czy Łukasz, przywołał mnie dyskretnie do porządku. Po jakimś czasie
zrozumiałem, że co można - to wolno, ale czego nie wolno, tego nie można. W
pełni te słowa dotarły podczas prelekcji Grzesia Lityńskiego, którego
fotograficzne sukcesy wyznaczają takie miary jak: ilość obfotografowanych
kontynentów, krajów, kolumny, stosy albumów tematycznych, gdzie zdjęcia dobre sąsiadują
z wyśmienitymi, a także udział w sytuacjach określanych mianem tańca na granicy przetrwania. Nigdy z
ukrycia, nigdy z grubej lufy, nigdy z bliska; nigdy, przenigdy, jeśli relacje
między fotografowanymi a fotografem nie są na inny sposób bliskie. Najpierw
trzeba teren oswoić, otupać; ludzi przyzwyczaić,
chmury przegnać lub przywołać, ptaszkowi mieszkającemu w aparacie prosa nasypać,
wody polać. Łowcę sensacji, złodzieja wizerunku ścigają na lądzie, na wodzie,
pod wodą i w powietrzu. Mają rację! Pojąłem i odczułem, że fotografowanie ludzi
w pracy, ludzi pracy, służby, że fotografowanie bez wiedzy, oswojenia, zgody - to
rodzaj nieprzyzwoitości. Nie mam nic przeciw zdjęciom przedstawiającym
uniformy. Wręcz przeciwnie. Nie mam nic pod warunkiem jednak, że będą to
amplifikacje rzeczywistości lub jej znaczących fragmentów a nie karygodne
wymuszenia. I co z tego, że dziewczyna zgrabna, szczupła skoro automat, do
którego ją przypasano, o cztery numery za duży. Kaliber wprawdzie niczego
sobie. Jej kolegę, który wyłonił się nagle z opancerzonej furgonetki, zaopatrzono
w tym samym arsenale. Widok, powiedzmy sobie: partnerstwa dla pokoju ani martwił, ani dziwił, ani oburzał. Ci
ludzie pilnowali porządku, pilnowali go po katalońsku, po katalońsku o nim
myśleli i po katalońsku o nim rozmawiali. Porządek mógłby zakłócić
niekoniecznie ktoś z Madrytu, Sewilli, Toledo, Katowic. Miejsce samo w sobie
drżało, falowało regularnie; wystarczyło się przyjrzeć mozaice wypełniającej
szeroką oś La Rambli, żeby kroczyć z dużo większą niż gdzie indziej uważnością.
Niebezpieczeństwo mogło się zaczaić w koszach przytwierdzonych do latarń,
dlatego odwróciwszy do góry dnem, zamieniwszy je w bezgłośne tam-tamy,
zrekonstruowano z dawna przypisaną im funkcję. Niebezpieczeństwo kryło się w konarach
i listowiu wysokich drzew, czyli tam, gdzie gnieździły się miejscowe ptaki. Coraz
bardziej skupionym, patetycznym, rapsodycznym tonem głosiły swą historię
szlachetne i półszlachetne portyki. Surowa symetria ścian frontowych odbijała
deptakowe fanaberie, uroczyście zapewniając, że nie takich osobliwości były
świadkami, że mogłyby, po swojemu, cytując zasłyszane głosy, stworzyć pojemny
appendix ludzkich dziejów. Pilnowałem się jak nigdy, powtarzałem sobie:
przecież byłeś w tylu miejscach, przyglądałeś się tak wielu urzeczywistnionym
pomysłom, byłeś w Sztokholmie, Wiedniu, Rzymie, Wilnie, we Lwowie, Berlinie,
deptałeś obrzeża i serca tylu wysp, nie powinieneś popadać w egzaltację,
wielomówstwo, dopuszczać się zdrad, cudzołożyć z ledwo poznaną już spisywaną na
straty obfitością niedookreślenia, przesadni. Odkąd znalazłem się w Rzymie,
odtąd niepodzielnie nurtuje we mnie przekonanie, że mam przed sobą i wokół
siebie stolicę świata, namacalny dowód trwania pośród rozwarstwionej i rozwarstwiającej
nietrwałości, i że już nigdy i nigdzie nie spotkam czegoś, co by mi bardziej
dech zaparło. Domyślasz się zapewne, dokąd zmierzam. Uprzedzam, że żadnych
wysilonych paralel czy odbić się nie doczekasz. Rzym jest Rzymem, Barcelona
Barceloną. Te giganty, te państwa w miastach połączył, pomyślisz - nazbyt
egzaltowany cytat... Na widok świętej symetrii ulic i bogactwa, obfitości,
różnorodności, którymi zostały wypełnione, skonstatowałem ze zdziwieniem
całkiem realną obecność staroświeckiej, wyświechtanej, dawno zużytej i
przetrawionej euforii, której ekstrakt zawarto w pytaniu: "Czy diwy z
ćwierci lądu dźwignęli te mury... "? Tym samym pytaniem usiłowałem
zdyscyplinować wybuchy niepohamowanej ekspresji, którą implikowały ulice Rymu.
Pytanie wydarte ze słynnego sonetu zawiera przenikliwą i więcej niż sugestywną
myśl, której można by nadać rangę zasobu elementarnego, takiego mianowicie, bez
którego światło myśli dotyczącej genezy miast, utonęłoby, zapadłoby się w
niemocy. Jest zatem pierwotnie jakaś ćwierć lądu, jakaś nieuformowana powierzchnia,
skłębiona masa; dopiero wtedy, gdy się ją podniesie, osaczy, zarygluje,
okiełzna będzie mogła przedstawiać coś lub (najlepiej) kogoś. Stanie się
miejscem danym i zadanym, przestrzenią ziszczającą obietnicę onomastycznej
zapowiedzi. W wielu, zaiste w bardzo wielu miejscach czytałem, że im
piękniejszy krajobraz, tym liczniejszym i straszliwszym próbom podlegał obszar
stanowiący głęboko zakorzeniony fundament jego (endemicznego) uroku.
Podziwiając piękno, przyglądamy się bliznom, kroczymy tropem onegdajszej rany. Natura
podpowiedziała i zadała gronu szlachetnych prestidigitatorów bogactwo najosobliwszego
tworzywa, wskazała drogi wolności i godności, określiła reguły wewnętrznej
konkurencji, czegoś poskąpiła, coś obiecała. Dzięki temu wyrosło Miasto. Znad
krawędzi olbrzymiej dzieży wywołują nas również osobliwe nowości, współczesne ulice
i uliczki, donice i doniczki, róż, biel i seledyn bawełny, na której spętane
najtańszym szpagatem to zacne, to ohydne imitacje wyrobów markowych,
produkowanych w dusznych warsztatach, kosztem środowiska i zmysłów. Ktoś potem
taki produkt lub półprodukt ładuje do kontenera, a potem wiadomo: trotuary
wielkich metropolii, nieustanny karnawał w rozpadlinach sankcjonowanych poetyką
malarstwa nasyconego dosadnym, wyzbytym wszelkiej wzniosłości antropomorfizmem.
Diwy z ćwierci lądu dźwignęli te góry, co nie przeszkadza bynajmniej
progresjom, peregrynacjom, gonitwom garnąć się i zagarniać.
Gdyby
nie wszędobylska kakofonia jęków, śpiewów i języków, nazwałbym ten pejzaż: miejscem
ciszy, uspokojeniem lasu. Lasu pilnowanego heroicznie, rzetelnie. Czasami
czułem, że to ze względu na mnie te wszystkie środki bezpieczeństwa. Prawda
jest jednak inna. Umundurowani, uzbrojeni pilnują wyłaniającego się krok za
krokiem piękna ze względu na was, żebyście czytając, wymknęli się poza ramy i
ramki. Żebyście z lektury pojęli i przyjęli, że podstawowa powinność
współczesnych polega na systematycznym podawaniu dorobku przeszłości tym,
którzy nie urodzili się jeszcze. Treści umieszczone na bilbordach to kwiaty we
włosach, przeminą, zostaną zjedzone. Sztafetą podawaną jeden drugiemu jest
pomysł, namysł i akt przeszłości. Czeka na podorędziu kilka folderów
przedstawiających serie fotek z Barcelony. Są wśród nich zdjęcia okładkowe,
emblematyczne, takie, które nie mogły się nie udać. Pomyślałem, że oglądanie
ich i oglądanie, pozwoli mi tę narrację jakoś uporządkować; pomyślałem: zobaczę
i będę wiedział. Nie muszę oglądać, żeby wiedzieć! Miasto jest wystarczająco sugestywne,
że nie podobna wyrwać z pamięci wdzięku, jaki wytwarza i w jaki się przetwarza.
Wdzięk metropolii, wdzięk miasta na temat, wdzięk miasta o ludziach.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Od 36 lat
Od 36 lat wiem. Wiem i żyję z tym. cokolwiek znaczy to i tamto. Zadzwonił roztargniony Hermes, rozlało się mleko.
-
Wujek Generał, mocno przywiązany do miejsc, rytuałów i wdzięku marszruty, wędrował z małżonką na Mszę Świętą gościńcami osiedla. Nie mus...
-
EWOLUCJA JERÓW Jer twardy: ъ w pozycji słabej uległ zanikowi. Jer miękki: ь...
-
Zawsze mnie zastanawiało, skąd Jezus Zmartwychwstały wiedział, jakiego rodzaju deficyt umościł sobie w sercu Tomasza Apostoła z przydomkie...